wtorek, 18 grudnia 2012

Ferdinand Sedm Kul

Kolor miedziany jak u klasycznego angielskiego bittera, do tego niezłe wysycenie i piana obfita w kolorze ecru. Zapach zdradza słodową proweniencję i wprowadza w lekki niepokój zważywszy jeszcze na zawartość cukru w składnikach. Czyżby czekał na nas przesłodzony ulepek? I cóż ma oznaczać, że Siedem Kul to piwo ziołowe, jak chce jedna z informacji na etykiecie? W każdym razie pod względem wizualnym jest wyjątkowo pięknie i zachęcająco, także zapach pomimo jednostronnego charakteru jest całkiem przyjemny.

Pierwszy łyk i zagadka rozwiązana. W kuflu czai się ciekawy polotmavy trunek (niby vienna lager, ale filuternie przełamujący styl), w którym mocne i głębokie nuty słodowe toczą walkę z goryczką, choć zdecydowanie bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie, że to symbioza. To co odpowiada za słodszą stronę trunku, to karmel, delikatne, suszone owoce, pełnia słodowego aromatu, z miodowo-kwiatowym echem. Od niebiańskiej słodyczy aż wiruje na podniebieniu i wtedy wkracza zdecydowana, lekko ściągająca  goryczka, czyniąc rzadko spotykaną woltę w charakterze trunku. Goryczka wybrzmiewa w bardzo długim finiszu, a jej ziołowość, intensywność i moc tworzą ze słodowym echem całkiem niezłe duo, które nie chce zakończyć występu.

Siedem Kul to piwo wybitnie deserowe, pełne, gęste i mocno aromatyczne. Zarówno zwolennicy słodu jak i wyraźnej goryczki znajdą tu coś dla siebie. Połączenie jest jednak na tyle odważne i dwugłosowe, że niejeden degustator może skonfundowany podkulić ogon i zapytać: dla kogo ten słodko-gorzki koktajl? Dla mnie jak najbardziej. Browar Ferdinand nie wypuszcza tuzinkowych produktów, starając sie przy tym by jego trunki trzymały wysoką jakość.

Uwaga! Polotmave idealnie się przyswaja i pomimo niezbyt wysokiej (jak na trzynastkę) zawartości alkoholu, miłe ogniki wzniecane przez wszędobylskich psotników, łechcą nasza głowę :)
Skutečne pivo (czyt. prawdziwe piwo), to w tym przypadku całkiem adekwatna informacja i chyba po raz pierwszy pomyślałem, że taki baner na etykiecie nie musi być tylko czczą pisaniną.
5.5 vol / B+

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Bastard

Zakrętka typu twist off otwiera nam pięknie bursztynowy płyn, którego aromat niesie przyjemne chlebowe i słodowe komponenty. Wysycenie całkiem spore, jednak ulatnia się nazbyt szybko, a wraz z nim znika na powierzchni rachityczna piana. Z etykiety łypie na nas czerwonym okiem emotwarz, człowieka androgenicznego. Piekielne ognie niczym diabelskie języki liżą jej oblicze. Bastard czyli hmm... powiedzmy drań, jest słodki (trochę jak tytułowy bohater jednego filmów Woody Allena) a goryczka daleko w tle dopełnia całości.

Zaiste dziwny to produkt, gdyż cała oprawa wydaje się ukłonem w stronę młodego pokolenia i zdąża w stronę trunku z niecodziennym charakterem - świadczą o tym zarówno hasła reklamowe (nieco żenujący Cool beer from hell) jak i mocna nazwa, ale w gruncie rzeczy otrzymujemy wzmocnionego pilznera w typowym dla Pivovara Herold, zestawieniu. A więc wybitny słód (wsparty dodatkowo nie wiedzieć czemu cukrem) i dopiero potem cała reszta. Jednak w porównaniu z tradycyjną rodziną piw z Brzeźnic - nomen omen - Bastard, zawodzi i jest wyraźnie gorszy. Wspomniany słód zawiera nuty chlebowe, trochę siana, śladowo miód, wyraźnie chlebowych naleciałości i niewielki "wspomagający" DMS. Chmiel łagodny i wyczuwalny, ale jest go jak na lekarstwo, przy dłuższym obcowaniu z trunkiem słodycz zaczyna przyciężkawo brzmieć, a nawet przynudzać, choć późnojesienne popołudnie sprzyja tego rodzaju trunkom. Brak piany i wysycenie, które tak szybko zniknęło jak mocno się zaczęło, nie dodają całości skrzydeł. Wysoka zawartość alkoholu daję się odczuć jedynie w głowie, a nie na języku i to trochę ratuje ocenę. Niemniej jednak Bastrad to zaledwie ciekawostka z tradycyjnego browaru, który próbuje podążać za trendami rynkowymi. W tym przypadku niespecjalnie z powodzeniem. Zważywszy na cenę i ilość piwa (butelka 0,33 l) lepiej zdegustować tradycyjną linię Herolda. I co z tego że jest B-?
6.1 vol / B-

Książęce korzenne aromatyczne

Można być dumnym ze swojej religii i zamiatać pod dywan wstydliwe epizody. Można być dumnym z Boga i udawać, że teodycea nie kuleje. Można być dumnym ze swojego nałogu (znam takich). Można być dumnym ze swojego kraju (takich już tysiące). Można być dumnym ze swojej zaściankowości, wynosząc na piedestał swoje wady i przywary. Można hodować na stole serwety, a na podłodze birmańskie dywany. Można na święta myć okna i wietrzyć pościel. Można nie czytać książek zasłaniając się brakiem czasu. Można myć auto co tydzień i parkować sobie pod oknem dla złudnego bezpieczeństwa. Można być dumnym ze swoich ciasnych horyzontów. Można hołubić własne resentymenty. Można udawać, że niewidzialna ręka rynku umie naprawić świat, można w konsekwencji ignorować to co doprowadziło do wojny. Można lekceważyć pisarzy i artystów tylko z tego powodu, że nie podzielają naszych politycznych poglądów. Można udawać bohaterstwo, krzycząc z trwogi. Można wymachiwać flagami kiedy w głowie uwiera ciasny mózg, a potrzeba jest surowej pracy. Można wierzyć, że nagroda spotka cię po śmierci (choć nawet za życia niezbyt na nią zasłużyłeś). Można udawać, że tutaj jest świat nie gorszy niż tam i że nie mamy czego się wstydzić. Można tuszować karłowatość i pod niebiosa wynosić walkę za wolność waszą i naszą. Można przywdziewać maskę moralizatorską trzymając po biblijnemu rodzinę pod butem. Można udawać światowca, tylko dlatego że posiadło się zdolności językowe, z kulturą być jednakowoż na bakier. Można w końcu opiewać same zalety ignorując, że są podszyte niewybaczalnymi wadami. Można udawać że korzenne aromatyczne jest piwem.

PS To nie jest recenzja Książęcego Korzennego (po dwóch łykach zasilił on bowiem trzewia mojej kanalizacji), a jedynie refleksja nad rodzimą próbą dorównania europejskim standardom. Choć nie wiadomo po co te wysiłki, skoro ta przeklęta Europa jest be, a nas stać na dużo więcej...
5.0 vol / C

wtorek, 11 grudnia 2012

Taxis

W czasach dzieciństwa stereotyp Czech utrwalało wiele zjawisk osadzonych w kulturze popularnej, przyjętych u nas jak wizytówki krainy zza południowej granicy. Jedną z nich była Wielka Pardubicka - bodaj najtrudniejsza z gonitw terenowych dla koni na świecie. A na pewno w Europie. Nie było chyba wśród moich rówieśników nikogo, kto nie kojarzyłby widoku olbrzymiego rowu wypełnionego wodą i wpadających doń rumaków poganianych przez niewysokich, ale wystarczająca zdeterminowanych dżokejów, dla których wspomniana przeszkoda jawiła się niczym najważniejszy w życiu test, którego oblanie mogło oznaczać niezmywalną plamę na honorze. Widok dla jednych fascynujący, dla innych przykry, niemniej jednak na trwale zapisany  w obrazie Czech. Po tym przydługim wstępie, który stanowi preludium do innej atrakcji Pardubic - lokalnego browaru Pernstejn, przechodzę do opisu jednego z ich flagowych trunków. Jego etykietę zdobią - a jakże - galopujące konie, i trudno się dziwić takiemu wyborowi w kontekście tego co napisałem powyżej. Każdy chwali się tym co najbardziej znane.

Zapach tu mamy lekko zbożowy, z miodowymi nutami i minimalnym drożdżowym echem. W sumie całkiem przyjemne zestawienie. Kolor bursztynowy zawładnął na dobre kuflem. Piana niewielka, wysycenie całkiem spore.
Smak wybitnie słodowy, ze szczególnym naciskiem na "wybitnie", gdyż jakość tego elementu zdaje się być niepodważalna. Szerokie spektrum słodowości zawiera aromaty zbożowe, chlebowe, trochę siana, odrobina miodu, kwiatowo-ziołowe nuty i minimalny diacetyl podbijający całość. Goryczka ledwie zaznaczona, w finiszu wyraźniejsza, nieco pestkowa i całkiem długo wybrzmiewająca. Po dłuższej chwili ściąga podniebienie, zmuszając do kolejnego łyku niosącego łagodzący słód. Trudno to piwo nazwać sesyjnym - podwyższona zawartość alkoholu i wysoki ekstrakt raczej do tego nie skłaniają, a jednak z łatwością wyobrażam sobie spędzenie z Taxisem upojnego wieczoru. W całej rozciągłości tego słowa, gdyż alkohol przyswaja się momentalnie i ulatuje on niczym opar przez warstwy organizmu wprost do głowy.
Szukając po sklepowych półkach alternatywy dla klasycznych czeskich pilznerów spożywanych każdego dnia, warto skusić się na mocniejszą wersję złocistego trunku z Pardubic.
6.0 vol / B+

wtorek, 4 grudnia 2012

Herold světlý březnický ležák

Herold to jeden z tych czeskich browarów, które po cichu warzą sobie piwo, wykonując swoją robotę rzetelnie, jak należy, bez koniunkturalnych wzlotów i medialnych upadków. Jeśli można eksportują swoje produkty, ale przede wszystkim bazują na swoim regionie, choć piwa z Herolda nie trudno wypatrzyć w całych Czechach. Ot zwykły czeski browar jakich jeszcze całkiem sporo tam się ostało. Ostatnio próbowaliśmy pszenicznego specjału reprezentującego brzeznickie wyroby, dzisiaj spróbujemy to co zwykle bywa perłą w koronie czeskich piwowarów - pilznera. Na marginesie można jeszcze dodać, że tak konserwatywny browar nie unika trendów i potrafi uwarzyć całkiem smaczną nowinkę w agresywnym opakowaniu - ale o tym w niedługiej przyszłości.

Zapach słodowy z nutą chmielową, całkiem przyjemny to aromat i nienaganna introdukcja. Piana dość spora, wysycenie duże - nasze oko cieszy nieustanny marsz pęcherzyków w górę kufla. Kolor klasycznie złoty, z lekką patyną. W smaku Herold dąży do balansu, choć jest to symetria skrzywiona co nieco w stronę goryczki, i należy podkreślić że to złamanie służy trunkowi - jak i większości przypadków - całemu stylowi. Goryczka wspaniale przetacza się po podniebieniu i długo wybrzmiewa w finiszu, a jej czystość i ziołowa trawiastość należy do najlepszych czeskich tradycji. Słód wykwintny, owiany aromatem słomy i chleba całkiem zmyślnie dopełnia goryczkę. Wypełnia trunek treścią i choć mamy do czynienia z dvanactką, nie jest zbyt uciążliwy. Do tego lekki diacetyl, który w przypadku Herolda jedynie stanowi coś w rodzaju katalizatora dla bukietu i nie wnosi niepożądanych posmaków. No i na końcu kwaskowa świeżość podbijająca sesyjny charakter piwa.

Bardzo udany produkt, którego wypada poznać nie tylko miłośnikom czeskich pilznerów. Będąc za południową granicą szukajcie charakterystycznego szyldu Pivovara Herold i uraczcie się tym niepozornym, ale świetnym piwem.
5.2 vol / B+

czwartek, 29 listopada 2012

Sonnenbräu Eber-Weisse

Jeśli na etykiecie pojawia się wizerunek świni wychylającej szklanicę piwa, a w nazwie użyto gotyckiego kroju czcionki, to z pewnością mamy przed oczami niemiecki trunek. Tego swoistego, a nawet osobliwego poczucia humoru, trącącego z jednej strony przaśną wiejskością i lekkim dystansem do własnej tradycji z drugiej strony, trudno pomylić z czymkolwiek innym. Nie ma to jak usiąść wygodnie z butelką bawarskiej specjalności w ręku i rozmarzyć się o starych, dobrych czasach wypełnionych jodłowaniem, alpejską panoramą i konkretnym mięsiwem opiekanym na wolnym ogniu. Aż łezka się woku kręci, a skórzane szorty marszczą gdzie nie potrzeba.

Zapach naszego weizena jest drożdżowo-bananowy, i w sumie nie byłoby w tym nic godnego szerszego omówienia, gdyby nie intensywność tego pierwszego skłądnika - zaburza on nieco harmonię aromatu. Kolor piwa złocisty, sam płyn bardzo mętny, początkowo obfita piana, opadła jak emocje po premierze nieudanego filmu. Ciągle patrząc na "świńską etykietę", wpatrując się w jej drugi plan z  wieżą kościoła górującą ponad dachami malowniczo miasteczka przycupniętego w jakiejś dolinie, raczę się pierwszym łykiem.

Śliski i gładki smak drożdży wydaje się rywalizować tutaj ze wszystkim. Dodatkowo jego posmak nieco zjełczałego masełka wyraźnie nie licuje z całością. Gdzieś obok majaczą wytrawne banany i cierpkie goździki. Cytrusy są obecne w szerokim tle, choć momentami tłumi je kwaśność. Warto podkreślić, że postarano się o zaznaczenie goryczki, a chmiel wyraźnie wybrzmiewa aż do finiszu. Weizen z Sonnenbrau to "pszenica" ulokowana pośród tej wytrawnej grupy, która dodatkowo ma ambicje lekkiego wstrząśnięcia nieco ugładzonym stylem. Ze względu na swój brak słodyczy aspiruje do bycia sesyjnym napitkiem, ale drobne niedociągnięcia jak i wyraźne wady, nie zachęcą mnie do wychylenia następnych kufli. Przede wszystkim zapach, który także ma swoje odzwierciedlenie w smaku, powoduje moją lekką awersję. Zbyt mało aromatyczne estry, także nie poprawią oceny. Do zalet można przypisać goryczkę oraz niezłą treściwość przy ogólnie lekkim charakterze. Rekapitulując: piwo nie należy do bawarskich wizytówek, a ledwo majaczący potencjał został zaprzepaszczony w jakimś piwowarskim bezhołowiu. Otruć sie nie da, wypić jakoś też, ale nie zmienia to faktu, że ciężką będzie dzisiaj wyjść poza C. Mniej niż B-.
5.0 vol / C+

poniedziałek, 26 listopada 2012

Hron Premium

Primator do dobrze znany polskiemu piwoszowi browar, usytuowany tuż za granicą w Nachodzie. W swoim portfolio ma cały szereg różnych trunków, o urozmaiconym obliczu i jakości. Hron to piwo u nas spotykane rzadziej, natomiast w miejscu produkcji poprzedzono jego sprzedaż kampanią promocyjną, w związku z czym nie jest anonimowe. Ale wszystko wskazuje na to, że przeznaczone zostało raczej na masowy rynek. Włodarze browaru chwalą się, że powstało według starych receptur i uwodzi swoim aromatem i smakiem. Skąd my to znamy...

Cechy zewnętrzne Hrona są nienaganne - mamy pięknie sklarowany, złoty płyn, widzimy niezłą pianę oblepiającą szkło oraz wysycenie jakie odpowiada stylowi. Problem zaczyna się w czasie pierwszych prób organoleptycznych. Zapach rozczarowuje - trochę słodu, odrobina kwasku minimalne aromaty chmielowe i wyraźnie wyczuwalny diacetyl. Pierwszy łyk potwierdza obawy - nie jest to piwo uwarzone dla koneserów, a jego grupa docelowa została określona najszerzej jak się dało. Goryczka głęboka, choć nieco ściągająca i zbyt "pestkowa", pozbawiona aromatycznego uroku, zdecydowanie dominuje nad miałkim słodem o niewielkiej rozpiętości bukietu. Wspomniany maślane posmaki są początkowo wyczuwalne, ale wraz z opróżnianiem kufla przechodzą do finiszu, gdzie konkurują z długo wybrzmiewającą goryczką. Niespecjalnie przeszkadzają, ale także nie za bardzo pomagają, dodatkowo tworząc wraz z goryczką niezbyt udany mariaż. Balans wyraźnie przesunięty w stronę goryczki, po kilku łykach nuży, zaczynamy myśleć o tym czego nie ma: aromacie pilzneńskiego słodu, bardziej wyrafinowanym chmielu. Gdyby dołożyć tutaj nieco klasycznych słodowych nut, trunek wskoczyłby na zupełnie inny poziom, gdzie zaczynają się prawdziwe oceny, a nie naciągane "niewiadomoco".

Hron zawodzi i nie warto po niego sięgać powtórnie. Na sklepowych półkach można bez trudu znaleźć o niebo lepsze piwa w tym przedziale cenowym. A szukając po sąsiedzku (np. Krakonos), nawet piwa wybitne. W przypadku Primatora potwierdza się stara, banalna i wyświechtana prawda, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością.
5.0 vol / C+

niedziela, 25 listopada 2012

Bombardier Premium Bitter

Angielskie piwa to ciągle u nas rzadkość. Nawet jeśli się pojawiają to ceny przyprawiają o zawrót głowy. Tym bardziej trzeba się cieszyć, gdy możemy w rozsądnej cenie poznać klasyczny angielski styl wprost z wyspiarskiego browaru. Nie jest to oczywiście browar niszowy, ale zważywszy na jakość oferowanych produktów tej stajni (patrz Double Chocolate Stout), pewnym kredytem zaufania warto go obdarzyć. Bombardier od Wells & Youngs reprezentuje najbardziej klasyczny styl: bitter, w wersji premium bitter, a więc mającej uchodzić za wizytówkę. Przy okazji (niestety) z pewnością pojawi się refleksja dotycząca jakości i poziomu brytyjskich dużych browarów w kontekście rodzimego rynku. Ale dość narzekania.

Po przelaniu do kufla naszym oczom ukazuje się znakomicie sklarowany płyn w barwie ciemnej miedzi, wyjątkowo efektownie się prezentujący, zwłaszcza że kremowa piana wieńczy zawartość szkła i nie zamierza odpuścić, klejąc się doń niemiłosiernie. Zapach bardzo przyjemny, niesie ze sobą aromatyczny słód i królestwo angielskiego chmielu z całym jego dobrodziejstwem. Wizualnie Bombardierowi nie można nic zarzucić, a z pewnością w konkursie na najbardziej klasyczny wygląd bittera, zająłby on zasłużenie wysokie miejsce. Po pierwszym łyku emocje nieco zostają ostudzona, ale podkreślam: nieznacznie. W smaku da się wyczuć alkohol i to jest zła wiadomość tonująca nieco pierwsze wrażenie. Poza tym jest bardzo dobrze. Goryczka głęboka i całkiem mocno pobrzmiewa, aż do średniego finiszu, ujawniając nam opiewaną chwałę  chmielu Fuggles - żywiczność, nuty tropikalne i anyżowe, wszystko jednak stonowane, nienachalne, z iście brytyjską powściągliwością statecznego dżentelmena. Do tego słód, z wyraźną dominacją nut karmelowych i minimalnie palonych. Na podniebieniu pojawia się lekki kwaskek wtórujący wspomnianemu alkoholowi, co w efekcie nieco podkreśla jego obecność. Z jednej strony ta kombinacja sprawia, że ogólny charakter Bombardiera jest ożywczy pomimo niewielkiego wysycenia (naturalnego dla tego stylu), ale z drugiej strony staje się przyciężkawa i trochę irytująca na dłuższą metę. Niemniej jednak, kiedy tempo degustacji spada wada ta zdaje się rozmywać w dominujących zaletach. Jeśli zatem chcesz spędzić cały wieczór przy tym piwie, nie spiesz się, daj sobie czas na długie dysputy i dobrą zabawę, którą Bombardier ma podkreślić a nie zastąpić. Wtedy nie będziesz zawiedziony. Etykieta przyciąga wzrok krzyżem św. Jerzego, który to symbol jednocześnie kojarzy się z krajem rodzinnym Bombardiera. Nie ma w niej zaskoczenia, ale pewna solidność połączona z dyskretnym smakiem warta jest odnotowania.

Pomiędzy B a B+ (w związku z pewnymi chemicznymi dodatkami - w końcu na jaką cholerę to paskudztwo dodawać do naturalnych piw - postanowiłem skłonić się do oceny nieco niższej).
5.2 vol / B

środa, 21 listopada 2012

Herold světlý kvasnicový pšeničný ležák

Pivovar Herold to mało u nas znany browar warzący całkiem ciekawe piwa, dlatego zachęcam wszystkich odwiedzających naszych południowych sąsiadów, by osobiście zapoznali się z ofertą z Brzeźnic. Konsekwencja w prezentowaniu medali na etykiecie, może łatwo nas zmobilizować do weryfikacji zasadności ich przyznania, co jednych wprawi w błogi nastrój innym zaś pozwoli poczuć się recenzentami recenzentów. A propos: etykieta całkiem przyjemna, niemiłosiernie poprawna, w tej swojej klasyczności prawie urocza, a z pewnością sympatyczna. Przewrotny napis (raczej niezamierzona to przewrotność) głosi, że mamy do czynienia z pszenicznym lagerem, co przywodzi na myśl Książęcą pszenicę z Tychów, dość krytycznie onegdaj przeze mnie potraktowaną. Ale bez obaw - to najzwyczajniejszy w świecie weizen w z bawarskim rodowodem, do tego niepozbawiony błysku oryginalności.

Najpierw zapach w którym wyraźnie dominują goździki i banany, te ostatnie niemal osaczają nozdrza. Płyn złoty, mętny. Wysycenie całkiem spore, piana średnio gruba, stara utrzymać się długo, i więcej w tym zamysłu niż wykonania. W połowie kufla zmęczona opada i szukaj wiatru w polu.
Smak wyraźnie słodowy, choć niepozbawiony zwiewnej goryczki, która niemniej jednak jest na tyle łagodna, że można ją przegapić. Za to w finiszu aromaty chmielowe występują już całkiem pierwszoplanowo, ale stanowią jakby dopełnienie niezwykle gładkiego słodu wybrzmiewającego przez długi czas. Wracając do smaku: bananowe estry, rozciągnięto tutaj do granic możliwości. Chwilami sąsiadują z gumą balonową i zaskakującym znienacka miodem gryczanym, a gdzieś w tle pobrzmiewa jabłko. Do tego oczywiście goździki tak wtopione w aromat, iż wydaje się jakbyśmy żuli płatki tego kwiatu. Na koniec orzeźwiające nuty cytrusowe i przytłumione drożdżowe echo. Sporo tego, choć odnoszę wrażenie, że wkradł się do receptury mały zamęt. W zależności od tempa spożycia przeszkadzają dwie rzeczy: pijąc szybko, duszkiem, słodowa część zbyt dominuje, stając się przyciężkawa, natomiast degustując spokojnie, powoli racząc się niewielkimi łykami, goryczka zaczyna się uwydatniać i oddzielać od całości burząc harmonię smaku.

Słodownia browaru Herold. Coraz to rzadszy widok w browarach.

Raczej nie wychylisz tego trunku więcej niż dwa kufle, ale w końcu nie musi to być wadą. Tak czy owak Herold to całkiem przyjemny pszeniczniak, z wyraźnymi aspiracjami przełamania bawarskiego schematu. Czy zakończyło się to sukcesem? Zapewne znajdzie się wielu, którzy taką opinie podzielą, dla mnie jednak jest to sukces połowiczny, co nie przeszkadza ocenić tego piwa pozytywnie. Coś pomiędzy B a B+.
5.0 vol / B

poniedziałek, 19 listopada 2012

Vyškovská Desítka

Mając na uwadze poprzednie produkty Vyskovskiego browaru, oczekiwałem solidnego trunku,  wpisującego się w miły trend małych czeskich browarów, warzących lepiej od komercyjnych braci. Nie zawiodłem się.

Desitka siłą rzeczy jest piwem przeznaczonym do powszedniego spożycia i mało kto rozwodzi się nad jej zaletami. Niejednokrotnie wspominałem o  tym, że dla większości najważniejsze jest to by nie przeszkadzała w czynnościach, którym towarzyszy. Próby uczynienia z niej napoju wyrafinowanego i zasługującego na szersze omówienie, nie należą do częstych, a nierzadko spełzają na niczym, niosąc ambitnym porażkę. Tym bardziej należy docenić próby udane łączące subtelny i lekki charakter będący znakiem rozpoznawczym tej pilzneńskiej rodziny, z elementami starającymi się troszkę go
wywindować, podrasować czy też zwyczajnie ubarwić. Vyskovska desitka zalicza się do takich piw i chwała jej za to, że planując długie posiedzenie, nie będziemy zagubieni w dobrze zaopatrzonej piwotece.

Kolor szczerozłotego samorodka, wysycenie porządne i całkiem aromatyczny zapach, rozpoczynają nasza przygodę. Piana niestety niezbyt pokaźnych rozmiarów, ale może to być wynikiem niedbałego zaserwowania. W zapachu dominuje wyraźnie, czysty słód, pozbawiony naleciałości. Całkiem przyjemnie wnika on do nozdrzy, a chmielowe tło, podkreśla ten aromat. Smak to idealna wypadkowa dwóch klasycznych składowych pilznera: głęboka i szeroka goryczka, nienachalnie wtórująca wspaniałym słodowym aromatom, pełnym letniego siana, świeżego pieczywa, odrobiny kwiatowości i śladowym ilościom lipowego miodu. Finisz średniej długości, w którym im bliżej końca, tym bardziej do głosu dochodzi chmielowy aromat. Pivovar Vyskov uraczył nas świetnym piwem, będącym niemal kwintesencją stylu. Łagodnym, orzeźwiającym, aromatycznym i niezwykle sesyjnym trunkiem, o którym warto pamiętać nie tylko w czasie lata.
4.2 vol / B+

wtorek, 13 listopada 2012

Altbier, Pils, Piwo na Miodzie Gryczanym - Browar Jabłonowo



Paczka przyszła dyskretnie, bez wielkiego szumu i zapowiedzi, tak po prostu. W środku 3 piwa. Ale po kolei. Browar Jabłonowo to stały bywalec dużych sklepowych sieci. Niby jest mały, trochę regionalny, starał się nieco wygrać na modzie preferującej odmienne browary od koncernowych, jednak zawsze trącił lekką tandetą, choć ambitnie próbował to emploi przełamać - na przykład flagowym Belfastem, który do dzisiaj stanowi marketingowy atut browaru. Szeroki katalog piw obejmuje zarówno typowe mózgotrzepy, strongi, mocne i inne wymysły na szybką akcję, jak i jakieś cudaki typu Pedritos. Od sasa do lasa, ale taka a nie inna jest myśl przewodnia w Jabłonowie. Ostatnio coś drgnęło i wprowadzono kategorię piw dla tzw. konesera i stąd akcja, w efekcie której na moim stole wylądowała drewniana skrzyneczka skrywająca trzy specjały. "Browar Jabłonowo" staje się tylko przypiskiem do "Manufaktury Piwnej". W dobie industrializacji termin manufaktura miał zdecydowanie pejoratywne zabarwienie, a teraz by zaimponować konsumentom i odwołać się do kulturowych kodów, wyrażenie to wraca do łask. Ma się kojarzyć z solidnością, ręczną robotą i ekskluzywnością. Zatoczyliśmy już koło, a dzięki koncernowym produktom, nowoczesny kojarzy nam się źle. Takie czasy...

niedziela, 11 listopada 2012

Freibergisch Bockbier

Piana przyjemnie szeleści, wtórując tańczącym liściom za oknem. Trochę sobie zaszeleściła i szybciutko opadła, ale zważywszy na wysoką zawartość alkoholu nie powinno to raczej dziwić. Kolor ciemnobursztynowy, płyn sklarowany nienagannie, wysycenie poniżej średniego. Zapach ubogi, rachityczny, minimalne aromaty słodowe, na doczepkę odrobina karmelu i tyle. Smak ciekawie zbalansowany czyni z tego trunku całkiem przyswajalny napitek, a przecież alkohol wyraźnie jest wyczuwalny, co jednak w niczym nie przeszkadza w degustacji. Właściwie uzupełnia on bukiet i nieźle wtóruje pozostałym komponentom. Na początek przede wszystkim słód, ale nuty palone tudzież karmelowe stanowią istotne tło dla słodowego spektrum, później łagodna ale głęboka goryczka finiszująca całkiem długo. Trochę owocowych i winnych śladów dopełnia całość i pomimo wszechobecnego alkoholu, nasz bock zdaje się lekki niczym piórko - no może będzie to raczej pióro, ale jednak. Nieczęsto spotyka się nuty alkoholowe, bez których piwo traciło by swoje zalety. W tym przypadku tak jest i nie wiem właściwie czy to wynik specyficznego nastroju, w którym wysokie procenty stanowią świetne dopełnienie dnia, czy to bezsprzeczny walor saksońskiego trunku. Pod koniec uwydatnia się karmelowa słodycz i całkiem miłe palone, nawet wypada zaryzykować stwierdzenie:palące, przypominające klasyczne brandy, aromaty.

Wypić więcej niż butelkę byłoby zdecydowanie trudno, w przypadku niektórych ustrojów stanowiłoby to nawet działanie zahaczające o szaleństwo i mogące zakończyć się rubasznym pośpiewywaniem zapomnianych szlagierów, ale jeśli szukasz czegoś zdecydowanego by zaakcentować jakąkolwiek okazję, a mocniejsze trunki nie leżą w twojej naturze, bockbier z Freiberga będzie adekwatny i wprowadzi cię w odpowiedni nastrój. Oczywiście nie jest to piwo wybitne, raczej wypadałoby go zaliczyć do tych napitków, które albo przypadną do gustu po pierwszym łyku, albo pozostawią po sobie wiele wątpliwości. Innymi słowy: polecam ale nie gwarantuję, że degustacja ta nie będzie jednorazowa.
6.7 vol / B

czwartek, 8 listopada 2012

Magaryčių Alus

Litwa kojarzy nam się raczej z wymęczonym wieszczem (dygresja: dzisiaj międzynarodowy dzień stouta). Niektórym z polską przebrzmiałą i ciutkę peryferyjną mocarstwowością. Dla wielu z nas to z pewnością jeden z najbardziej niezbadanych i egzotycznych sąsiadów, pomimo pojawiających się tu i ówdzie wzmianek. Jak w takim przypadku nie spróbować ich piwa, zważywszy na jego względnie łatwą dostępność. A przecież nic tak nie przybliża i charakteryzuje obcych jak ich używki. Rozwinięcie dygresji: (ale chaotyczny zapis:) dzisiaj międzynarodowy dzień stouta. Trochę dziwaczna nowa świecka tradycja, raczej komercyjna fanaberia, zabawa pomysłem, trudno przecież sobie wyobrazić, że każdy styl reprezentowany choćby w BJCP wyróżniono by odrębnym dniem. Czekałoby nas świętowanie dwa razy w tygodniu. Trochę przewrotnie zatem biorę się za degustację piwa, które ze stoutem nie ma nic wspólnego, w dodatku wywodzącego się z kraju lezącego tuż za północno-wschodnią granicą, choć mniej znanego od ojczyzny czarnego, spalonego piwa z kremową pianką.

Litewski specjał zaserwowano w butelce zamykanej krachlą i ozdobioną etykietą przypominającą produkty domowe. Jak się okaże te swojskie tropy i konotacje są jak najbardziej uzasadnione. W kuflu pojawia się bursztynowy płyn, pod światło przypominający świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, z racji tego, że mętność piwa jest niebywała. To bowiem ilość drożdży zalegających na dnie butelki, odpowiada za taką a nie inną prezencję trunku. Wysycenie nikłe, niemal zamierające już w czasie przelewania do szkła. Piana znika szybko jak amfora, trudno ją zauważyć czy zapamiętać. Zapach słodowy, z odrobiną łąkowego siana. Smak wybitnie słodowy, ozdobiony nutami siana, letniego miodu i całkiem sporą dawką chleba. Wyraźnie da się także wyodrębnić kwiatowe aromaty i przejrzałe owoce. Przechylając kufel, raz za razem, na dnie majaczą opadłe drożdże rysując fantazyjne kształty. Nie ma co mówić mamy do czynienia z czymś wizualnie niecodziennym i niespotykanym na rodzimym rynku. Finisz raczej krótki, w którym pobrzmiewa orzechowe echo. Pije się Magaryciu całkiem przyjemnie, lekko skonfundowanym aparycją trunku ten czas spędzony nad kuflem wypełni próba ogarnięcia zawartości, choćby w kontekście technologicznym (przecież to wygląda jak zupa właśnie uwarzona w zakamarkach gospody!), zatem na monotonność nie będzie można narzekać. Przyzwyczaiwszy się już do tego anturażu, może poczuć lekkie zmęczenie, zwłaszcza w odniesieniu do "wiejskiej" części bukietu (siano, kwiaty, ulęgałki itd.) ale z pewnością nie nastąpi to szybko. Mówiąc bez owijania w bawełnę, można spokojnie wychylić kilka szklanic litewskiego trunku i choć nie należy on do wybitnych, wyczuwamy przyjemną nić sympatii. Zwłaszcza myśląc o łąkach, bezkresnych polach i słonecznych popołudniach na wsi. Sielski obrazek z dawnych lat, rozkosznie zmącony drożdżami i alkoholem. Solidne B, ale planując łąkowy piknik z litewskim piwem, radzę uważać na wysoką zawartość alkoholu.
5.8 vol / B

wtorek, 6 listopada 2012

Permon Světlý Ležák

Zakręcił się w nosie zapach chlebowo-zbożowy, bardziej przypominający kellerbiera niż czeskiego pilznera. Przez niego przebija wyraźne masło, jakby stał przed nami talerz świeżo posmarowanych pajd chleba. Im dłużej wciągam ten zapach tym mniej mi on odpowiada, ale w samym preludium niespecjalnie drażni on moje zmysły. W końcu nie muszę intensywnie wąchać i wąchać... Kolor pięknie złoty, pojawia się lekkie zmętnienie jak u niektórych bawarskich kuzynów. Piana biała, wyraźna i dumna, pieści z lubością kufelek. Wysycenie tego trunku raczej średnie, w każdym razie dwutlenek węgla nie atakuje naszych nozdrzy od drugiej strony. Svetly lezak Permona to "jedenastka" czyli dokładnie pośrodku czeskiej tradycji. Możemy zatem spodziewać się połączenia wysokiej pijalności i sycącej treściwości. Pierwsze łyki dowodzą, że istotnie w tej materii udało się osiągnąć kompromis.

Piwo jest subtelnie wyważone, co z biegiem lat zaczynam doceniać coraz bardziej. Pośród hardych przedstawicieli czeskich gigantów, taka harmonia jest balsamem, którym z radością przychodzi się delektować. Jeśli szukasz nut słodowych z łatwością je odnajdziesz, jeśli natomiast gustujesz w goryczce, bez trudu ją zidentyfikujesz. Jednakże ustalenie co tutaj wiedzie prym będzie niezwykle trudne. Słód atakuje podniebienie chlebowymi smakami, czuć także wspomniane nuty zbożowe, trochę suszonego siana i śladowy miód lipowy. Goryczka stara się nie drażnić, w pierwszej fazie neutralizuje słodową głębię, by w finiszu rozkwitnąć bujnym aromatem. To właśnie końcówka wybrzmiewa niewiarygodnie długo i jest jedną z mocnych stron sokołowskiego pilznera. Po pewnym czasie gdy ziołowość żateckiego chmielu znika za horyzontem podniebienia, pojawia się maślana kwaśność, którą z bólem serca muszę odnotować i wystawić na światło dzienne,chociaż przez sympatię chciałoby się tę ewidentną wadę ukryć jak najgłębiej. Gdybym dysponował czarodziejską różdżką bez wahania bym jej w tym przypadku użył bo Permon uwarzył naprawdę porządnego pilznera. Niemniej jednak z trudem jestem sobie w stanie wyobrazić spędzenie przy tym trunku długiego wieczoru, a w tym kontekście to niemal porażka. W końcu taki właśnie cel przyświeca większości producentom pilznera. Wspomniana wada powinna przyprawić sladka o pąsowe policzki i zmobilizować do niezbędnych korekt, na jakie ten trunek zasługuje. Ocenę sprawiedliwie zaniżyć jednak trzeba, choć przez wzgląd na możliwą perspektywę poprawy, postaram się być nie taki surowy. Na razie coś pomiędzy B a B+. Czekam na więcej.
4.1 vol / B

poniedziałek, 5 listopada 2012

Permon Pšenične

Kolejny przedstawiciel czeskiego browaru Permon (i nie ostatni). Sokołowskie wyroby niejednego zaskoczą, a obszerny katalog produkowanych piw gwarantuje dużo zabawy. Zaczynajmy.

Wysycenie potężne jak islandzki gejzer, zdaje się niemal rozsadzać kufel. Piana na pół kufla nie zamierza opaść choćby o połowę. Jak wiadomo te cechy w przypadku piw pszenicznych nie należą do wątłych, ale tutaj mamy coś co może zadziwić niejednego piwosza. Kolor jasnosłomkowy bardzo ładnie komponuje się z bielą spienionej czapy. Zapach drożdżowy z nutami banana i goździków. Pszenica z Permona posiada ekstrakt 11 Blg i kusi żółto-pomarańczową etykietą z wizerunkiem pary rolników, w rycinie nawiązującej do złotych lat 50. i ciężkiej pracy na roli w skolektywizowanym gospodarstwie. Większość i tak nie skojarzy historycznego kontekstu, więc pozostaje jedynie cieszyć się ze zgrabnej szaty graficznej.

Zwięzła, by nie powiedzieć skromna strona internetowa, donosi nam jedynie o zawartości ekstraktu, alkoholu, kolorze i temperaturze serwowania. Króciutki opis nie precyzuje jakich składników użyto do uwarzenia tego piwa. Choć wyczuwam wyraźnie chmiel żatecki, a to oznacza, że Permon uraczył nas recepturą, w której wytrawne nuty nie będą ospale chować się w dalekim tle. Mamy tutaj wszystko co potrzeba - wyraźne banany, niemal cierpkie cytrusy, goździkową nutę a wszystko to podlane chmielowym sosem. Całość świetnie zestawiona, z lekką fantazją i odwagą eksperymentatora, charakteryzującą tylko doświadczoną rękę. Kto miałby odwagę warzyć bawarski specjał na własną modłę? Należy zaznaczyć z całą stanowczością, że pobrzmiewają tutaj wyraźne echa bohemskiego pilznera co czyni z tego trunku produkt wielce oryginalny. Ta próba fuzji w przypadku Permona wyraźnie się powiodła, w przeciwieństwie do pszenicy z Browaru Tyskiego, który uwarzono z myślą o podobnym celu. Polski produkt nie wyszedł z tej sztuki obronną ręką, a czeski przykład dowodzi, że mogło się to udać.

Jeżeli szukacie oryginalnej pszenicy, lub nie jesteście entuzjastami piw łagodnych, preferując raczej wytrawne, nachmielone trunki, spróbujcie pszenicy z Permona. Gwarantuję, że kilkoro z was zmieni swoje zapatrywania na ten styl.
4.6 vol ( na butelce napisano min. 5) / B+

niedziela, 4 listopada 2012

Permon India Pale Ale P.I.P.A

Permon IPA czyli P.I.P.A to czeska wariacja na temat brytyjskiego stylu. Miałem okazję degustować ten trunek zarówno z kija jak i z butelki. Poniżej kilka refleksji z tych dwóch wydarzeń.

Odwiedziwszy praską knajpę Zly Casy (tutaj kilka słów o tym miejscu), na pierwszy ogień wybrałem złocisty trunek, którego cena, choć wcale nie niska, nie przyprawiała o zawrót głowy. Przede mną w kuflu pojawił się bursztynowy, sklarowany płyn, cieszący oko urodą, z niewielką pianą i takim też wysyceniem. Butelkowany odpowiednik powiela te cechy jedynie w kolorze, prezentując lekko zmętniały płyn o nad wyraz obfitej pianie i dość potężnym wysyceniu. Lana wersja została wyposażona w chmielowy zapach z ziołowym tłem, w wersji butelkowej, te aromaty występują nieco mniej intensywnie. W obu przypadkach słód bardzo delikatny i "panoramiczny", czyli stanowiący szerokie tło dla tego, co w tym stylu charakterystyczne: dość dużej dawki głębokiej goryczki, która jednak nie jest zbyt nachalna. Charakterystyczne dla amerykańskiego cytrusowo, żywiczne nuty, w przypadku P.I.P.Y schodzą na odległy plan, bardziej eksponując goryczkę jako taką, a aromat jedynie sygnalizując. Takie rozwiązanie przybliża ten trunek bardziej do wyspiarskiej rodziny niźli tryskających żywotnością amerykańskich kuzynów, pomimo - jak zaznaczył producent - użycia amerykańskich odmian chmielu. To kolejny przedstawiciel czeskich IPA próbujący zachować europejski profil (Jubiler Amber IPA)

Wersja butelkowa w odróżnieniu od beczkowej siostry, naznaczona została niezbyt szczęśliwą kwaśnością, która siłą rzeczy obniża końcową ocenę, a została sprowokowana być może na zbliżający się termin przydatności do spożycia. Niemniej jednak do końca wyznaczonego jej czasu jeszcze trochę zostało, więc takich mankamentów piwo mieć nie powinno.

Permon IPA to całkiem udany specjał, zwłaszcza w wersji lanej i śmiało mogę go polecić entuzjastom brytyjskich trunków. Do tego niebanalna etykieta i aura egzotyki pośród morza pilznera lejącego się w tysiącach czeskich gospód. Piwo niemal sesyjne stworzone w celu alternatywnej pubowej degustacji przez cały wieczór. Sprzyja temu niewysoki ekstrakt (jak na styl) 14 stopni Blg i akceptowalna w takich przypadkach zawartość alkoholu. Smacznego!
5.7 vol / B+ (butelka B)

sobota, 3 listopada 2012

Pilsner Urquell

Pilsner Urquell obchodzi 170 lecie swojego istnienia, a w dobie marketingowych akcji, nic tak nie wzmacnia wizerunku jak okolicznościowe produkty. Oczywiście kiedyś podobne akcje również nie należały do rzadkości, ale z reguły organizowane były w jubileusze bardziej okrągłe.
Dygresja: czy ktoś jeszcze pamięta rok 1956 i setną rocznicę Browaru Żywieckiego? Z opowieści mojego ojca wyłania się arena przepełniona dantejskimi scenami.

Pilsner Urquell, zwany w ojczyźnie Pilsner Prazdroj, to browar i marka niemal mityczna. Kamień milowy, a będąc bardziej drobiazgowym - kamień węgielny najpopularniejszego stylu piwa na świecie. O genezie stylu i historii browaru przeczytacie bez trudu w annałach internetu, zatem pozwolę sobie przejść od razu do sedna.

Jubileuszowa edycja Prazdroja została opakowana w nietypową, litrową butelkę zamykaną krachlą. Zdobi ją adekwatna, gustowna etykieta, a całość wpakowano - wzorem ekskluzywnych trunków w tekturowe pudełko. Całkiem to ładne i przyjemne. Z informacji wydrukowanych na opakowaniu dowiadujemy się, że piwo ma 11.8 procent ekstraktu i 4.4 procent alkoholu. Dystrybutorem na terenie Polski tej światowej marki jest Kampania Piwowarska, a swego czasu pilzneńskie piwo było także warzone (oczywiście na licencji i pod nadzorem) w naszym kraju. Od tego czasu pojawiła się opinia, że polski odpowiednik nie dorastał nawet do pięt pierwowzorowi, a zaprzestanie produkcji w Poznaniu spowodowane było drastycznym spadkiem jakości trunku i zanikającym splendorem wśród odbiorców. Produkcja wróciła za południową granicę. W rzeczywistości przeniesienie produkcji spowodowane było bardziej prozaicznymi przyczynami (koszty, koszty). Kwestia jakości również nie do końca odpowiada obiegowej opinii (ponoć w ślepych testach degustatorzy nie znajdowali różnic), ale nie mnie się wypowiadać w tej kwestii, gdyż Urquell nie znajdował się w kręgu moich zainteresowań. Niemniej jednak ten ikoniczny browar obrósł w Polsce w szczególny rodzaj mitologii, wzmacnianej dodatkowo przez różnej maści wyrocznie odsądzające od czci i wiary wszystko co popularne.



Otwieramy tę potężną butelkę i przelewamy zawartość do kufla. Oczom ukazuje się przepięknie sklarowany płyn, w kolorze szczerozłotym. Piana całkiem spora, idealnie biała i drobnoziarnista. Wysycenie zdecydowane, objawiające się nieustannym przemierzaniem pęcherzyków gazowych w górę toni. Są one przy tym tak mikroskopijne, że oko w czasie ich obserwacji doznaje lekkiej fiksacji. Zapach minimalny, nieco przeciętny, niczym się nie wyróżnia. Przed nami najważniejszy test: smak. Podniebienie wypełnia bukiet wzorcowego pilznera. Mamy tutaj głęboką goryczkę, charakterystyczną dla czeskich chmieli, nieco ziołową, grapefruitową, odważnie wytrawną, którą uzupełnia najczystszy, niemal przezroczysty słód. To uzupełnienie jest zaledwie próbą równoważenia, gdyż nie stara się wyjść przed szereg. Goryczka długa i bezlitośnie podkreślająca walory całości. Pilsner Urquell to znakomite sesyjne piwo, potwierdzające swój światowy splendor. Nie jest piwem "arystokratycznym", bliżej mu do walki o środek, wykuwanie wzorca niż przełamywanie schematów i zaszczepianie piwowarskiego kunsztu nutami szaleństwa. Jednakże czego oczekuje czeski konsument, dla którego piwo to nieustanny towarzysz dnia? Zapewne trunku nienachalnego, uwydatniającego raczej moment i okoliczności  degustacji, niż niecodzienne walory samego piwa. Bardzo mocne B. A zważywszy na kontekst nawet B+.
4.4 vol / B+

środa, 31 października 2012

Black Hawk Nomad

Black Hawk Nomad to drugi przedstawiciel z czeskiego browaru kontraktowego, uwarzony w stylu ciemnej IPA i chmielony amerykańskimi chmielami. Mówiąc krótko stylowy oksymoron czyli Black AIPA. Z etykiety spoziera w naszym kierunku jastrząb jakby chciał oznajmić wszem i wobec, że nie będzie łatwo, a kompromisy to sobie wsadźcie w.... Ale czy może być inaczej jeśli ojcami chrzestnymi piwa są prascy gracze futbolu amerykańskiego?

Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się całkowicie czarny płyn z obfitą ,jasno brązową pianą, z całych sił oblepiających szkło i niesłychanie długo utrzymującą się na powierzchni. Zapach sosnowy, żywiczny i cytrusowy w czym zasługa chmielu Citra, Columbus i Centennial. 17- procentowy ekstrakt siłą rzeczy niesie ze sobą treściwość i jest to jedna z cech charakterystycznych piwa. Nie jest jednak ona męcząca, wydaje się świetnie równoważyć potężny chmiel, który piwowarzy zafundowali nam nie bacząc na jakiekolwiek utyskiwania. Róg chmielowej obfitości  w początkowej fazie zdecydowanie dominuje, ale gdy pierwsze wrażenie opada, ujawniają się nam dodatkowe i trochę niespodziewane atuty - całkiem udana i pełna słodowość, z minimalną nutą palonego zboża. Jednak to oczywiście goryczka wiedzie zdecydowany prym, dudniąc na długo w bukiecie, atakując początkowo iglastym aromatem by niemal nieskończenie wybrzmiewać w twardym, męskim finiszu odnoszącym się wprost do grapefruitowych pestek. Przy okazji swojej sytości jest to trunek niezwykle pijalny - choć trudno nazwać go sesyjnym ze względu na wysoki voltaż podporządkowujący zmysły niemal po pierwszym łyku - mimo to bez zbędnego wysiłku kilku twardzielom uda się spędzić przy nim miłe popołudnie po przegranym meczu :).

Black Hawk to całkiem udana receptura, w całej swej istocie odwołująca się do jankeskiej stanowczości charakteryzującej tamtejszy chmiel i akcentująca kojące i rozleniwiające właściwości słodu. Porównując jastrzębia do swobodnego jeźdźca, drapieżnik wygrywa bezkompromisowością i surowością amerykańskich lasów porośniętych bezkreśnie sosnami, świerkami, czy też modrzewiami. Zazwyczaj łatwiej je przemierzyć na skrzydłach niż chopperem. Polecam koneserom męskich (jakże nie lubię tego zwrotu) trunków. Uwaga! co słabsze konstytucje mogą już po pierwszym kuflu oddać się błogiemu uspokojeniu, wywołanemu przez obezwładniający alkohol.
6.8 vol / B+

wtorek, 30 października 2012

Vyškovský Březňák

Vyskovsky browar to nie tylko opisywane na tym blogu piwa specjalne - jak chce strona internetowa nazywając kolekcję piw górnej fermentacji - to także, albo przede wszystkim klasyczny, poczciwy pilzner - król czeskich stołów.

Niefiltrowany Breznak to svetly lezak premium, a więc prawdopodobnie dvanactka (choć ekstraktu nie udało mi się odnaleźć ani na etykiecie, ani na domowej stronie, sklepy podają taki właśnie ekstrakt). Zapach przyjemnie słodowy, uzupełniony chmielowymi nutami. Płyn rzeczywiście mętny, ale jest to mętność zdrowa i efektowna. Piana idealnie biała, początkowo średniej wielkości, po chwili opadła zaznaczając jedynie swoją obecność pod postacią cienkiej firanki dryfującej na powierzchni. Wysycenie całkiem spore co wybitnie wpływa na orzeźwiający charakter trunku. Kolor złoty zachęca do konsumpcji. Smak ujmujący miodowym słodem i grapefruitową oraz ziołowością chmielu. Goryczka początkowo zrównoważona, nienachalna, raczej uzupełnia pełną słodowość bukietu niż stara się ją całkowicie zdominować. Im dłużej jednak smakujemy Vyskovskiego pilznera tym chętniej odsłania on mistrzostwo swojego nachmielenia. Jakby zamiarem sladka było tak dyskretne doprawienie warki, aby na pierwszy ogląd  nie zniechęcała ona co wrażliwszych gardeł. Niemniej jednak całą swoją moc chmiel uwalnia na samym końcu. Finisz niezwykle głęboki i intensywny rekompensuje wszystkim miłośnikom chmielu początkową delikatność (a dla zwolenników łagodności już jest za późno na skargi :). Najpierw potężna dawka panoszy się na podniebieniu, by pod koniec dopuścić do głosu także słód. Wracając do tego ostatniego - oprócz lekkich miodowych nut, wyraźnie daje się wyczuć owocowe estry na wzór belgijskich ejli. Całkiem to ciekawy pomysł i wynika chyba z dodatku karmelowego słodu. Taki zabieg dodaje Breznakowi niezwykle chwytliwego posmaku, który nie pozwala o nim zapomnieć.

Piwo w całości jest wyważone - jego treściwość nie przytłacza, ale gęsta faktura wystarczająco syci. Alkohol przyswajamy idealnie, pełzająca moc obezwładnia już po połowie kufla i równie szybko popuszcza by wrócić ze zdwojoną siłą przy kolejnych porcjach. Jeśli szukacie czego naprawdę wyjątkowego i nieoklepanego, rekomenduję Breznaka. Pilzner z nutką szaleństwa, który dzisiaj oczarował mnie swoją niepospolitością. Czy wynika to z rzeczywistego waloru czy z jesiennego osłabienia zmysłów spowodowanego początkiem przeziębienia? Bez względu na te dywagacje jest to piwo godne zapamiętania i polecenia.
5.2 vol / A-

poniedziałek, 29 października 2012

Easy Rider Nomad

 Pivovar Nomad, to kolejny przedstawiciel czeskiego odłamu latających browarów. Z manifestu tudzież deklaracji opublikowanego na domowej stronie internetowej (ciekawostka - jest także polska wersja językowa), można się dowiedzieć o idei przyświecającej fundatorom (oklepanej, wiec przytaczać nie warto) i planach na przyszłość (zagraniczne wojaże w celu warzenia w różnych miejscach). Nic oryginalnego, już to wszyscy przerabialiśmy. Ja raczej skłaniałbym się do premiowania osiadłych piwowarów, warzących na własnym sprzęcie, systematycznie i metodycznie podnoszącymi kulturę piwną swojego regionu, ale projekty w stylu Nomada w niczym mi nie przeszkadzają, wzbogacając piwosferę. W końcu liczy się nie rodowód, ale piwo.

Easy Rider to APA, czyli American Pale Ale, rodzimy odpowiednik wyspiarskiego ejla, uwarzony w północnoamerykańskiej scenerii. Oczywiście w nozdrza uderza leśno-żywiczno-cytrusowy aromat, charakteryzujący profil tamtejszego chmielu. Owa zapachowa wizytówka stała się już tak rozpoznawalna, że nawet najwięksi laicy zaczynają wzruszać ramionami, traktując tę wyjątkowość z mniejszą nabożnością niż pół roku temu. Poza snobizmem pozostają bowiem upodobania, a te nie zawsze idą w parze z "leśnym" chmielem. Nie w moim przypadku. Kolor trunku jasno bursztynowy, mętny z dużym wysyceniem. Piana całkiem obfita i trwała, apetycznie oblepia szkło. Osad drożdżowy na dnie świadczy o refermentacji w butelce. No cóż... w Czechach można sobie uwarzyć domowymi sposobami warkę i wprowadzić ją do obrotu.


Dla jako tako obytych z gatunkiem piwoszy, smak Easy Ridera nie może zaskoczyć - mamy tutaj typowego ejla chmielonego na amerykańską modłę. Jak wynika z opisu (i aromatu oczywiście) główne skrzypce gra chmiel Chinook i Willamette. Wyraźnie daje się także zauważyć chmielenie na zimno. Słód śladowy, zaznaczony jedynie, ale przełamujący monotonność goryczki. Lekka kwaśność momentami dopełnia całosć, chwilami lekko nuży. Finisz niedługi, iglasto-sosnowy. Czy jest to piwo pijalne jak chce opis ze strony internetowej? Z pewnością z myślą o tej cesze został on uwarzony. Dwunastoprocentowy ekstrakt, odfermentowanie do 4.8 vol czyni z tego specjału lekkie piwo z charakterem. Orzeźwiające chwile zapewnia wysycenie i chmiel. do 3 kufelków z pewnością można dojść, powyżej może być zbyt jednostronnie. Niemniej jednak skuchy nie ma. Solidne B.

PS W lodówce czeka jaszcze Nomad Black Hawk czyli piwo w stylu Black India Pale Ale. Oprawa graficzna tych piw została uproszczona do liternictwa i loga. I chociaż bardzo lubię taki minimalizm, o jego powodzeniu decyduje dobór kroju pisma i ogólny układ czy też kolor. Jednym słowem wbrew pozorom stworzyć udaną etykietę, na której z pozoru nic nie ma, jest tak samo trudno jak w przypadku innych grafik. Ta sztuka nie do końca wyszła Nomadowi.
4.8 vol / B

sobota, 27 października 2012

Kolekcja Specjalności Książęcego

Nie mam w zwyczaju bazować jedynie na własnych odczuciach i doświadczeniach, szczególnie kiedy kwestia dotyczy ogólnie pojętej piwologii. Oczywiście staram się jednocześnie nie ulegać kolegom po piórze, tworząc raczej skromna kronikę mojego ritual de lo habitual niż busolę nastrojów i trendów codzienności.  Nawyk konsumpcji spienionego specjału jest mój, więc i te wpisy odzwierciedlają raczej mapę jego ekspansji i reperkusji , a nie reakcję na opinie innych. Niemniej jednak, w przypływie skonfundowania zdarza mi się zerknąć do sieci by za pomocą guglowego ustrojstwa, wybadać co zacz. Szybka prasówka utwierdza mnie w przekonaniu, że już samo pisanie o akcji Kampanii, a także wprowadzenie jej nowych produktów do blogosfery powinno być sukcesem. Jest to oczywiście wynik odruchu wdzięczności, który w profesjonalnych relacjach nie powinien mieć miejsca. Ale my przecież jesteśmy jedynie pasjonatami wyposażonymi w ludzkie namiętności. Dlatego też możemy przez moment zaniżyć standardy i pochylić się nad trzema tyskimi muszkieterami by pomóc im wgramolić się w krąg naszych zainteresowań.

piątek, 26 października 2012

Polička Eliška

Eliska to typowe czeskie tmave pivo czyli - jak to w przypadku ciemnych piw - na dwoje babka wróżyła. Zawartość ekstraktu 13 procent, w składzie znajdziemy cukier, czyli przedstawiciel swojej rodziny w pełnej krasie.

Należy zaznaczyć że dzisiejszy bohater pochodzi z browaru, które w swoim katalogu oferuje niemal same znakomite piwa. Już taka rekomendacja powinna uspokoić początkowe obawy, choć jak wiadomo, każdemu zdarzają się słabe dni. Ale dość wspomnieć znakomite Hradebni , czy prawie dorównujące mu Zavis  i przywołać wspaniałą słodowość tych przedstawicieli browaru z pardubickiego kraju by łaskawym okiem spojrzeć na Eliskę. Czy tmave będzie równie udane?

Kolor płynu, głęboko ciemny z wyraźnymi rubinowymi refleksami powstałymi w połączeniu z kontrastującym światłem. Zapach lekko karmelowy z tłem odrobinę rozpuszczalnikowym, ale nie nadającym całości tonu. Piana bardzo ładna, w kolorze ecru, utrzymuje się wyjątkowo długo.

Data przydatności do spożycia nie minęła i jeszcze daleko jej do tego, ale smak trunku wyraźnie nie pozostawia złudzeń - piwo częściowo skwaśniało i jego ocena nie może być obiektywna. Zważywszy na brak pasteryzacji, zaistniały stan rzeczy należałoby obarczyć nieprawidłowym przechowywaniem. No cóż, takie rzeczy przytrafiają się każdemu, nie warto rozdzierać szat, choć Eliska była łakomym kąskiem, zwłaszcza po całkiem przychylnych recenzjach w sieci. Jakiś kredyt zaufania jej się jednak należy i z tego co jest spróbuję stworzyć choćby zarys tego co było.

Ciekawsza wersja etykiety

Nawet w tym stanie można tutaj wyczuć aromatyczny karmel, owocowe tło z lekką kawową nutą i wyraźną dawkę klasycznej czeskiej goryczki. Finisz długi i chmielowy stanowi duży atut tego piwa. Trudno pokusić się o określenie ogólnego charakteru, choć wypada wnioskować z gładkości i aksamitności, że jest to piwo orzeźwiające (szkoda, że wyczucie tej cechy zaburzył kwaśny posmak). Natomiast z całą stanowczością zaznaczam, że słodkość stanowi tu jedynie element bukietu, ustępującą wytrawności. Eliska jest więc piwem stosunkowo lekkim jak na swoje parametry wyjściowe i śmiało można ją zaliczyć do piw udanych. W jakim stopniu? Trudno mi zawyrokować, ale z pewnością będę wypatrywał tego specjału na sklepowych półkach by uzupełnić recenzję o garść faktów, a nie domniemań.
5.8 vol

wtorek, 23 października 2012

Young’s Double Chocolate Stout

Czarny jak diabelska smoła płyn wypełnia szkło. Od razu formuje się piękna, jasnobrązowa piana na grubość palca wskazującego. Warto odnotować jej długą żywotność, co nieczęsto się zdarza u pobratymców. Zapach bardzo przyjemny, roztacza się wokoło - delikatny, niemal intymny chmiel i łagodny aromat palonego słodu. Zazwyczaj piwa z dodatkiem tego składnika mają problem z zapachem. czasem jest on zbyt intensywny, niekiedy ostry, na granicy przyzwoitości. Trudno uchwycić złoty środek, który trunkowi Wells & Youngs udało się wspaniale zaznaczyć.

Pierwsze łyki odkrywają przed nami wszystkie atuty. Niespotykana i obezwładniająca nuta gorzkiej czekolady stanowi wiodący komponent bukietu, nie bez kozery w końcu użyto takiej a nie innej nazwy. Delektując się trunkiem, mija kilka chwil i lekkie oszołomienie ustępuje a oprócz czekolady pojawiają się także owocowe estry. Wyczuwam wytrawną wiśnię, nieco wędzonej śliwki, kawę, toffi, karmel, wanilię. Od samego wymieniania można dostać zawrotu głowy. Wszystko zaserwowane w niemal matematycznej harmonii, by nie użyć frazesu o boskiej symetrii. Każdy element ma swoje miejsce i wypełnia kunsztowną układankę w mistrzowski sposób. Przy całej swojej złożoności, pozostaje ten stout piwem dość lekkim i nawet - można śmiało zaryzykować - orzeźwiającym, w czym zapewne zasługa odpowiedniego wysycenia. Finisz godny najwyższych laurów, niczym zwieńczenie opery w najlepszej arii, zniewala głębią i aromatycznym chmielem. Jeden łyk to długa podróż od przypominającej Afrykę, tajemniczej gorzkiej czekolady, poprzez bujność i obfitość owocowego sadu, z małym postojem podczas zimowych świąt, zakończona królewską wytwornością.

Double Chocolate to trunek skończony, efekt wspaniałej receptury, wytrawny i aksamitny towarzysz degustacji dla każdego amatora piwa. W tym przypadku uprzedzenie czy miłość do piw ciemnych nie odegra żadnej roli w ocenie - ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Ustąpi raczej naturalnej aprobacie dla angielskich piwowarów. W tej cenie trudno będzie znaleźć coś równie jakościowego i pysznego, zważywszy dodatkowo kraj pochodzenia, gdzie jak wiadomo, ceny nie rozpieszczają. Eleganckie wrażenia uzupełnia osadzona w brytyjskiej powściągliwości oraz dyskretnym uroku oprawa graficzna w dedykowanej butelce. Cóż więcej potrzeba? Chapeau bas, panie i panowie! Mamy dzisiejszego wieczoru coś ocierającego się o doskonałość.
5.2 vol / A-

wtorek, 16 października 2012

Opat Bitter

Pivovar Broumov znany jest w Polsce ze swoich wyrobów, z racji dość bliskiego sąsiedztwa. Broumov to czeskie miasteczko na styku województwa dolnośląskiego i hradeckiego kraju, szczycące się starą tradycją piwowarską. Na polskich półkach sklepowych butelki ozdobione etykietą Opat można spotkać dość regularnie, a mnich o okrągłej twarzy wznoszący do nas kufel spienionego płynu jest ich charakterystycznym elementem. I gdyby nie on, etykieta mogłaby być całkiem udana, proporcje, liternictwo i kolorystyka są bowiem żywe i przyjemne, Jednak z drugiej strony mieć w nazwie słowo Opat i nie eksponować jego wizerunku to jakby nazywać się Duvel i zapomnieć o diabelskich atrybutach. Ups, nieco się zagalopowałem, ale w końcu taka łopatologia graficzna nie jest całkiem odosobniona.

Na etykiecie tej desitki widnieje dopisek Bitter, co ma podkreślać specjalne nachmielenie trunku. Wypijemy, zobaczymy.
Piwo ma kolor jasno złoty, lekko mętną toń i dość oszczędną pianę, która pozostaje w postaci niewielkiej kołderki. Zapach skąpy, nieco słodowy, minimalnie chmielowy. Trudno od piwa o niskim ekstrakcie oczekiwać dużo więcej.
Pierwsze łyki i piwo zawodzi. Wspomniany chmiel żatecki jest obecny w szerszym niż zwykle wymiarze, ale oczywiście nie jest jakoś specjalnie wyolbrzymiony. Oczekujących na potężną dawkę goryczki rodem z modnych ostatnio małych browarów, muszę rozczarować. Opat nie sili się na oryginalność prześcigając się w natężeniu, skupia się bardziej na podkreśleniu czeskiego profilu użytego chmielu. Stąd w jego profilu pobrzmiewają klasyczne, ziołowe nuty. Nie w chmielu jednak tkwi rozczarowanie. Towarzyszący goryczce słód jest dziwnie płytki i blady, o niezdecydowanej nucie słodowej i wyraźnie źle komponuje się z chmielową głębią. Dodatkowo wyczuwalna kwaśność pomieszana z dużym wysyceniem nie pomaga tego wrażenia przełamać, wręcz przeciwnie, zdaje się go podbijać. Finisz długi i wyraźnie chmielowy, początkowo zdominowany przez wspomniany słodowy wybryk, który na szczęście szybko zanika ustępując miejsca aromatowi z Żateca.

Kadź zacierna w broumovskim browarze
Pod koniec butelki owa nieregularność, ten rozchwiany i niedopracowany smak zdaje się mijać, jakby wyparował gdzieś w powietrze, a ostatnie łyki rzutem na taśmę starają się zniwelować wcześniejsze wrażenia. Niestety przebudzenie przychodzi zbyt późno i nie może podwyższyć oceny. Słabe i lekko naciągane B-.
4.0 vol / B-

sobota, 13 października 2012

Allgäuer OsterFestbier

W zakamarkach spiżarni odkryłem piwo, które należy spożyć z uwagi na mijający termin przydatności. Nie ma zatem co wybrzydzać, czas rozpocząć degustację Allgauera z zającem łypiącym do nas okiem wprost z etykiety. Długouchy znalazł się na niej nie bez kozery - stojące przed nami piwo to specjał uwarzony na wielkanocne święta.

Kolor pięknie złoty, niesłychanie rozświetlony jakby słoneczny promień ktoś zamknął w płynie. Piana śnieżnobiała, drobnoziarnista, zasilana armią bąbelkowych pływaków. Nie jest zbyt obfita, ale dzielnie próbuje utrzymać się jak najdłużej. Wysycenie ponad średnią, a kwasek przyjemnie szczypie w język. Zapach trunku wyrównany, trudno wskazać tutaj dominatora - słód i chmiel bez faworyta wciskają się w nozdrza.

Smak całkiem łagodny, choć goryczka wyraźnie atakuje zmysły. Nie jest gryząca, raczej dyskretnie głęboka. Słód dopełnia bukiet, i choć nie można zarzucić mu niedbałości, nazbyt nieśmiało sprawdza się w swojej roli. Ponadto wyczuwam lekki maślany posmak, który suma summarum niespecjalnie przeszkadza. Tu i ówdzie pojawiają się chlebowe nuty, całkiem przyjemne i stanowczo zahaczające o finisz. Ten ostatni długi i wyraźnie akcentujący całość, nawet  - ujmując to nieco zgryźliwie - podsumowując te składniki bukietu, których wcześniej specjalnie nie wyczułem. Mamy w nim wspaniały chmiel, wspomnianą nutę chlebową, lekki kwasek, słodową głębię i coś na kształt kolendry, choć to raczej wynik mojej galopady życzeniowej niźli autentyczny składowa zakończenia. Niemniej jednak to właśnie finisz jest zdecydowanym atutem Allgauera. Poza tym niespecjalnie jest nad czym się rozwodzić. Zupełnie przeciętne to piwo które poza wyróżnioną cechą i niezłą goryczką, nie może zaoferować niczego więcej co warto byłoby zapamiętania.

Pod sam koniec słód nieco się uwydatnił, a goryczka zatraciła swoją moc, dodatkowo nabywając lekko nużącego profilu. Taka wolta czyni to piwo nieśmiało dziwacznym, ale nie odważyłbym się tego odchylenia nazwać artystycznym szaleństwem. Jest pewien kłopot z ostateczną oceną, dlatego zalecam zainteresowanym własną degustację i wyrobienie sobie osądu podług osobistych preferencji. Aha, alkohol wspaniale się przyjmuje - "zajączek" już hasa po głowie.
5.5 vol / B

czwartek, 11 października 2012

Poutnik Světlé Výčepní Pivo



Pivovar Poutnik ma fajny kapsel. Etykieta już nie jest taka fajna, ale stara się nie razić. Szkoda, że tylko tyle.  Pivovar Poutnik jest fajny bo fajnie brzmi jego nazwa (po polsku, bo po czesku termin ten oznacza oczywiście coś zupełnie innego), przypominająca nieco sputnik, nacechowany tajemniczymi, odległymi i fascynującymi konotacjami. Poutnik to nie oklepany Kozel, czy inny Gambrinus. Poutnik brzmi dumnie. Browar ufundowano w 1552 roku w miejscowości Pelhřimov i znajduje się on niedaleko od innego, onegdaj opisywanego przeze mnie zacnego browaru Kacov. Coś chyba jest na rzeczy w tych środkowych Czechach, że przycupnęły tutaj takie sympatyczne browary. Może powietrze?

Zapach Poutnika przypomina właśnie ukrojona kromkę chleba z dodatkiem aromatów chmielowych. Nie jest to wybitnie intensywne, ale mamy przed sobą desitkę więc siłą rzeczy bukiet nie może roztaczać woni nazbyt szeroko. W kuflu pieni się słomkowy, krystalicznie czysty płyn, wpadający w złoty odcień. Piana średnia, drobnoziarnista, idealnie biała, oblepia szkło i stara się utrzymać długo, co wychodzi jej z zadziwiającą łatwością. Wysycenie dość duże, a bąbelki suną ku górze aż miło.

Smak niezwykle zbalansowany i jak na niewysoki ekstrakt całkiem bujny. Oczywiście nie jest to piwo gęste czy sute, ale aromatyczny i zdecydowanie atrakcyjny słód nie ma się czego wstydzić, a uzupełniająca go goryczka gładko przechodzi przez przełyk. Chłodząca kwaskowość plasuje Poutnika w grupie piw gaszących pragnienie, jednak zawężenie tylko do tej cechy niewątpliwie będzie ujmą na honorze trunku. Jest on bowiem świetnym przedstawicielem piw powszednich, których spożycie ogranicza jedynie pojemność naszego żołądka (a raczej głowy). Finisz długi, chmielowy dopełnia świetne wrażenie z degustacji. Poutnik jest piwem wartym notatki w podręcznym kajecie, by w razie spodziewanych długich biesiad móc się zaopatrzyć w niebanalne i smaczne piwo. 

Warzelnia browaru z Pelhřimova
Jeśli doszukiwać się dodatkowych zalet, które mogłyby wywindować piwo do najwyższej ligi, do głowy przychodzi mi uwolnienie słodu z przykładnej przyzwoitości. Jeśli nadać mu minimalną dozę szaleństwa i złamać jakimś zdecydowanym, owocowym posmakiem, mogłaby być to jedna z najlepszych desitek w Czechach. Wodze fantazji zawsze można popuścić, ale obiektywnie rzecz ujmując: jest świetnie!

4.0 vol / B+

wtorek, 9 października 2012

Falkon Milk Stout

Na etykiecie czarna krowa wywala czerwony język i trzeba przyznać, że w przypadku tego piwa oprawa Falkona znacznie wyprzedza nieco uproszczony wzór innego piwa z repertuaru browaru (AIPA opisana tutaj). Po przelaniu do kufla naszym oczom ukazuje się czarny płyn, w którego toni zanika wszelkie światło. Nie jest to piwna czarna dziura, lecz metafora jednolitej barwy, chociaż chciałoby się czasami w takiej kosmicznej awanturze zatopić zmysły oszołomione niebywałym aromatem. W tym przypadku raczej nam to nie grozi, choć bukiet dobywający się do nozdrzy zapowiada interesujące kilka minut. Karmelowa nuta jest przyjemnie łagodna i z lubością wciąga się ją raz po raz, ponadto da się wyczuć smak toffi i kawy rozbielonej kremową smietanką. Piany niestety jak na lekarstwo, jakby zniknęła wraz z światłem w głębi czarnego napitku. Rachityczne wzory pojawiające się na szkle to jedyne co świadczy o jej istnieniu, ale oprócz tego ze świecą szukać rasowego zwieńczenia trunku.

Piwo znakomicie wpisuje się w spokojny wieczór, podczas którego zamierzamy trochę pomedytować nad książką lub filmem. W knajpie degustacja też powinna wypaść całkiem przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubimy chłonąć atmosferę starych drewnianych wnętrz owianych zapomnianym zapachem fajki. A jeśli jesteście amatorami ciemnych wyspiarskich stylów, to spędzicie przy tym specjale nawet dłuższe posiedzenie. Niemniej jednak piwo przeznaczono raczej do degustacji niż masowego spożycia.

W pierwszej chwili uderza aksamitna karmelowość, w której pobrzmiewa kwasek balansujący na granicy kwaśności, ale o dziwo ten balans podkreśla pojawiającą się w następnej chwili łagodną choć bardzo długo wybrzmiewającą goryczkę, która w finiszu rozkosznie czaruje podniebienie. Finisz zatem radośniedługi, nieagresywnie zapadający w pamięć. Tym wrażeniom chwilami towarzyszy jakby waniliowe tło będące zwieńczeniem całości. Ekstrakt Falkona to niemal 16 procent, a zawartość alkoholu 6.5 procenta, lecz gdybym nie widział etykiety, trudno by mi było uwierzyć zarówno w tak wysoki ekstrakt, jak i dość sporą zawartość voltów. Im płynu w kuflu ubywa tym więcej chce się go spróbować, ale pojawia się także lekki szum świadczący o niezłym kamuflażu mocy. Niby spokojne, wieczorowe piwo dla zagubionych dusz, ale po czasie ujawnia swój zadziorny pazur. Powinno być B+, ale ze względu na brak piany... W porządku, nie bądźmy pryncypialni.
6.5 vol / B+

poniedziałek, 8 października 2012

Raptor / California Pivovar Matuška


Pivovar Matuška to jeden z najbardziej "gorących" i komentowanych minibrowarów u naszych południowych sąsiadów. Sam byłem świadkiem jak praski piwosz zachwalał produkty browaru swemu amerykańskiemu znajomemu krzycząc na całą gospodę, że Matuška jest "the best". Ile w tym prawdy, a ile dobrze prowadzonej promocji, każdy powinien ocenić sam. Niemniej jednak piwa ze wsi Broumy rozlewane są do charakterystycznych butelek o pojemności 0.7 litra (równolegle także w mniejszych), a zdobią je etykiety znacznie odróżniające się od konkurencji. I chociaż w moim odczuciu i odbiorze bardziej przypominają opakowanie wiejskiego mleka, nie można im zarzucić braku rozpoznawalności. Sam przybytek powstał bardzo niedawno, bo w roku 2009, a został ufundowany w sercu Czech, na terenie chronionego parku krajobrazowego Křivoklátsko. Każdego kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o tym terenie (a z pewnością warto, gdyż jest to miejsce uznawane za perłę czeskiego krajobrazu) i przy okazji zapoznać się z jedną z najpiękniejszych czeskich powieści, odsyłam do "Śmierci pięknych saren" autorstwa Oty Pavela.

niedziela, 7 października 2012

Hubertus Světlý Ležák

Kacov leży 60 kilometrów na południowy wschód od Pragi. Miasto łączy z piwem nie tylko dwuznaczna w języku polskim nazwa (niejednemu z nas przytrafił się poczciwy katz, kiedy nie udało się powstrzymać smaku na wodzy i wychyliło się zbyt dużo kufli pysznego napoju), ale także historyczny, bo sięgający średniowiecza, choć niewielki browar, z powodzeniem radzący sobie na piwowarskim rynku naszych południowych sąsiadów. Hubertus natomiast - to marketingowa nazwa produktów z Kacova, która tak na marginesie, została przyjęta stosunkowo niedawno. Kibice piłkarskiej Viktorii Żiżkov z pewnością kojarzą czerwone logo ze stylizowanym liternictwem, gdyż Pivovar Kacov jest sponsorem zielono-czerwono-białych (obecnie klub występuje na zapleczu pierwszej ligi). W samej stolicy lanego Kacova można zdegustować W restauracji U Klokočníka tuż obok praskiego więzienia na Pankracu. Przybytek to pozbawiony zadęcia i nieskażony turystyką z całym anturażem tego przemysłu (drożyzna, tandeta, niska jakość). Miejsce idealnie nadaje się do obserwacji prawdziwych Prażan, którzy z lubością delektują się tutaj piwem i jadłem, mało sobie robiąc z "nietutejszych", okazjonalnych gości. Sława gospody, niskie ceny i miejscowy koloryt przywiódł nas do tego miejsca w późny wieczór, w związku z czym zostaliśmy wpuszczeni na jedno szybkie piwo, a nadmiar wrażeń uniemożliwił przeprowadzenie solidnej degustacji, o samym spisaniu choćby wrażeń, nie mówiąc. Zapamiętałem jedynie, że piwo jest warte uwagi i nie można go ot tak przeoczyć, zaopatrzyłem się więc w dwie butelki tego specjału by odrobić kronikarską lekcję.

Pivovar Kacov od frontu
Z reguły ocena degustacji piwa lanego i butelkowego wypada korzystniej na rzecz tego pierwszego (choć oczywiście nie jest to regułą), podszedłem więc do butelki Hubertusa z pewnym kredytem zaufania, mając na względzie zapamiętane walory lanego braciszka. Zupełnie niepotrzebnie - opakowany w szkło trunek poradził sobie znakomicie, choć początek przygody nie zapowiadał takiego finału.

Widok warzelni

Zapach po przelaniu do kufla nie imponuje, raczej dość mizernie wdziera się do nosa. Ledwie da się wyczuć odrobinę zbożowego słodu i śladowe chmielowe nuty. Piana także niespecjalnie wzorcowa, opadła po jakimś czasie. Wysycenie średnie, kolor natomiast mistrzowski - złoty niczym promień słońca, zdobi szkło w którym się znajduje. Po tej niespecjalnie udanej zapowiedzi pierwszy łyk rozwiewa wszelkie wątpliwości. Smak urzeka bukietem i jakością składników. Kufel wypełnia trunek skończony, którego receptura została dopracowana w najmniejszym szczególe. Bukiet smaków został zrównoważony jakby ktoś używał do tego laboratoryjnej wagi. Słód łagodnie głęboki przybiera miodowe nuty, a nawet incydentalnie owocowe ślady. Ta część pilznera wydaje się idealna, można oddać się jej oddziaływaniu bez żadnych zastrzeżeń. Warto zwrócić uwagę, że opisywany trunek to klasyczna "dvanactka", choć odfermentowano ją do zaledwie 4,7 procenta alkoholu. To musi wpływać na treściwość i wpływa. Do tego goryczka trzymająca całość w ryzach, z każdym łykiem zachęca do dalszej degustacji. Finisz przyjemnie słodowy z dudniącym chmielowym echem, wybrzmiewa bardzo długo dając pijącemu czas na rozkoszowanie się jakością. Hubertus to piwo na każdą okazję od zwykłego zaspokojenia pragnienia, poprzez posiłki na walorach deserowych skończywszy. Amatorzy pilznera docenią stateczny i zrównoważony smak zaliczając piwo do górnej półki tego typu piw w Czechach. Znudzeni monotonią jasnych piw dolnej fermentacji docenią piwowarski kunszt specjalistów z Kacova.

U Klokočníka tuż przed zamknięciem, z perspektywy mojego stolika

Zaskakujące jest to, że butelkowy Hubertus niemal idealnie oddał walory lanego odpowiednika. Przywołując tamten kufel wychylony tuż przed zamknięciem U Klocnika, mogę postawić obie wersje na równi obok siebie, a opakowany w butelkę specjał będzie ustępował jedynie cechami zewnętrznymi - pianą i zapachem. Jak dla mnie - piwo po które sięgnę niejeden raz.
4.7 vol / A-


piątek, 5 października 2012

Falkon AIPA

Falkon to wzorem duńskiego Mikkellera browar bez browaru zainicjowany przez pewnego czeskiego piwosza. Oto co pisze on w deklaracji fundacyjnej, krótkim manifeście przedsięwzięcia: Falkon to projekt pewnego bezimiennego entuzjasty piwa, który jest niezadowolony ze stanu kultury piwa w naszym kraju. Potem następuje krótka krytyka pilznerowej monokultury piwnej u naszych czeskich sąsiadów i zapowiedź piwowarskiej edukacji. Nic oryginalnego, większości kontraktowcom przyświecają podobne cele. Ten wyrzut zaskakuje jednak w kontekście Czechów, narodu uznawanego za wychowanych na piwie. Pomyślcie jaki ugór Bezimienny zastałby u nas.

Zapach żywiczny, przypomina sosnowy las chwilę po letniej burzy lub w momencie wycinki sosny. Ten drzewny wtręt wydaje się charakterystyczny dla naszego dzisiejszego bohatera. Kolor klasycznie bursztynowy, płyn niemal klarowny, czyli w tym przypadku, "niemal" oznacza zaledwie upalną mgiełkę, tuż za progiem przemysłowej klarowności. Piana średnia, wysycenie podobnie. Drobnoziarnisty kożuszek z całych sił przylega do powierzchni i nie chce go puścić za żadne skarby świata, znacząc misterne ślady na szkle, wraz z ubywaniem płynu. Pierwszy łyk i już wiadomo, że owe 82 IBU z etykiety nie zostało napisane na pokaz. Goryczka jak to w tym stylu dominuje, atakując zmysły żywicą drzew iglastych, cytrusami, trawą, ulotnymi, korzennymi nutami i dzikimi kwiatami. i do tego cały czas obecne sosnowe wióry (nie wiem czemu się ich tak uczepiłem, ale będąc dzieciakiem kiedyś w lesie, lizałem świeżo ściętą sosnę i żułem ścinki. a to połączenie drzewa z żywicą stanęło mi przed zmysłami w czasie degustacji czeskiego piwa). Zasługa to oczywiście amerykańskich odmian chmielu: columbus, chinook, cascade, które zostały użyte do uwarzenia Falkona. Chmiel i goryczka to jedno w AIPA a drugie to oczywiście słód. W tym przypadku mamy go niewiele i jest on mało treściwy, choć pod tym parasolem chmielowym można go bez trudu odnaleźć. Nie zaszkodziłoby nadać mu nieco wyrazistości i owocowości. Finisz zawodzi - choć jest głęboki - takie można się spodziewać po ilości użytego chmielu - trwa zbyt krótko, a iglasta bujność, ten las ciemny, powinien wybrzmiewać znacznie dłużej. Ekstrakt trunku to 14.5 Blg, a więc stosunkowo niewiele jak na amerykańską wersję IPA. Ma to oczywiście przełożenie w treściwości i koniec końców w nieco rachitycznym słodzie.
W związku z tymi parametrami piwo w zasadzie jest sesyjne, choć podwyższona zawartość alkoholu i duże IBU może znacząco wpłynąć (obiektywnie) na długodystansowość degustatora skazanego tylko na Falkona. Wydobycie ciekawej "drzewnej" nuty należy zaliczyć na plus, brak bardziej zdecydowanego słodu na minus. Plus z minusem podobno się znoszą. Mamy zatem B.
6.3 vol / B

czwartek, 4 października 2012

Vyskovsky Hefe Weissbier

Do knajpy Zly Casy w praskiej dzielnicy Nusle trafiliśmy popołudniem. Klientów jeszcze niewielu, barman leniwie poruszał się po sali, a 24 nalewaki lśniły za kontuarem. Samo miejsce warte jest choćby pobieżnej introdukcji (o dzielnicy wspomnę przy okazji następnych recenzji). Na piwnej mapie stolicy Czech to już niemal lokal legendarny, choć mogący się pochwalić zaledwie kilkuletnia historią. To tutaj serwuje się produkty niewielkich czeskich (i nie tylko) browarów, piwa przemawiające do konsumentów szukających czegoś więcej niż tylko klasycznego pilznera. A że u naszych południowych sąsiadów pije się piwo i degustatorów nie brakuje, nic dziwnego, że to przedsięwzięcie było skazane na sukces. Imponujący batalion piw beczkowych uzupełnia niemal armia piw butelkowych, swobodnie dostępnych na terenie lokalu w oświetlonych lodówkach. Jak chcesz wyciągasz i zgłaszasz w barze. Dodatkowo barman całkiem sprawnie posługuje się językiem polskim (przynajmniej takie robi wrażenie) i stara się nas zrozumieć. Coraz rzadszy to przypadek - większość młodych Czechów nie podejmuje żadnego wysiłku zrozumienia bratniej mowy (czy wiecie że 27% słów w obu językach brzmi tak samo? niestety nie zawsze znaczą to samo) i słysząc polskie wyrazy momentalnie przechodzą na angielski.
24 nalewaki to zdecydowanie za dużo by spróbować obfitości lejących się z każdego z nich. Za słaba głowa i za chudy portfel. Bo trzeba uczciwie zaznaczyć - tutaj nie jest tanio. Niemniej jednak udało mi się zdegustować 3 piwa, nietypowego pszeniczniaka i dwie słynne IPA. Zaczniemy od Vyskovskiej pszenicy, by ejle zostawić sobie na deser.

Tu się wchodzi...

Do stolika podano kufel z bardzo mętnym płynem w kolorze miodowo-złotym. Piana  - o dziwo - nie była zbyt obfita, trunek nie wychodził ze szkła, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że okazała się całkiem trwała. Wysycenie także dość leniwe jak na pszenicę. Aromat trochę zaskakujący. Wkładając nos do kufla pełnego weizena spodziewamy się koktajlu zapachu bananów, drożdży i cytrusów, w różnym wzajemnym nasyceniu, choć z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem potrafimy ten bukiet zlokalizować. Vyskovsky specjał znacznie wybija się ponad przeciętność. Na pierwszy niuch czujemy przede wszystkim cytrusy, ale jakie cytrusy! To absolutnie egzotyczny akcent z ananasem na czele i pomarańczą czającą się za plecami. Dopiero w dalszej kolejności mamy typowe banany i odrobinę drożdżowych śladów.
Pierwszy łyk to krótka chwila ekscytującej niepewności. czy to co czuje mój nos będzie odwzorowane także na podniebieniu? Bez obaw, wszystko czuć wyraźnie, pełny egzotyczny bukiet ananasów, pomarańczy i bananów i do tego wyraźnie zaznaczona goryczka, nie od niechcenia, dla przyzwoitości, ale funkcjonująca na pełnych prawach. Oczywiście dyskretnie cofnięta, ale w pełni aromatyczna. Na końcu tego szeregu czają się niemal niewidoczne maślane drożdże.

...tu się siedzi

Przy tych wszystkich opisanych cechach piwo jest w zasadzie lekkie, niemal aksamitne, gładko przechodzi przez spragnione gardło i spokojnie można zaliczyć go do grupy trunków sesyjnych. Oczywiście nie mówimy tutaj o całonocnej balandze, ale pełny wieczór obsłuży bez problemu. Żeby nieco ostudzić nastroje - nie jest to piwo wybitne, bawarskie pszenice niosą czasem pełniejsze aromaty i ciekawsze zestawiania, ale przyczepić się trudno a plusik należy się za oryginalną próbę ananasowego zaskoczenia.
4.7 vol / B+

środa, 3 października 2012

Benediktin

Przyjemny aromat chleba, uzupełniony słodem i minimalnie chmielowym tłem. Piana niewielka, ale próbuje się utrzymać. Kolor szczerozłoty, płyn niewinnie zamglony, a wysycenie jest całkiem spore. Piwo zwie się Benediktin i zostało uwarzone w Broumovie (w naszym kraju najbardziej znane produkty browaru to oczywiście piwa Opat) nawiązując swoją recepturą do ojców założycieli piwowarstwa w regionie Broumova czyli benedyktyńskich opatów. 300 lat browaru to 300 lat pierwszego budynku browarnego - historia warzenia sięga ponoć czasów średniowiecza.

W ustach rozlewa się całkiem treściwy płyn, w którym słód gra rolę pierwszoplanową. Wyraźnie Wybijają się owocowo-miodowe nuty, do tego pyszne chlebowe akcenty, lekki kwasek, odrobina wyschniętego właśnie siana. Goryczka pozwala sobie na niewiele, dopełniając bukiet i osłabiając nieco oszałamiające działanie słodu. Finisz zdumiewającą krótki, choć wyraźnie aromatyczny. Trochę chmielu, dużo słodu i pod koniec orzechowa gorycz. Mogłoby to trwać znacznie dłużej, z pewnością bym się nie obraził.

Pivovar Broumov. Sprzed 300 lat nie został tu zapewne kamień na kamieniu
Nie ma się zasadniczo specjalnie do czego przyczepić, ale owa podkreślana wielokrotnie słodowość jest zbyt intensywna. Nie można także zarzucić jej niskiej jakości, nie wypada odmówić złożoności i warto docenić głębię, jednak co za dużo to niezdrowo, jak mawiały nasze mamy. Goryczka jest obecna, równoważy to niebo w gębie, ale mimo wszystko wydaje się nieco obca w całym bukiecie, jakby bezwstydnie nie na miejscu, dobrana nie z tej półki co reszta, w nazbyt skromnej ilości. Może to kwestia dominacji słodu, może nieodpowiedniego doboru chmielu. Nie mam pojęcia, jednak im dłużej myślę o Benediktinie tym bardziej odczuwam pewien dysonans i zgrzyt. Natomiast nie mogę zgodzić się z częścią opinii o metaliczności tego trunku. Być może lekki kwasek wpływa na tę ocenę, ale charakterystyczna metaliczność pilznerów (jak choćby wyczuwalna w Cieszyńskim Browarze Zamkowym, gdzie jest na tyle charakterystyczna by stanowić, o ironio, nieodzowny element większości piw tam warzonych) nie ma tutaj miejsca. Zawartość alkoholu dość spora, a ten wchłania się całkiem swobodnie i łobuzerskim urokiem stara się zmącić zmysły. Przyjemne. Nie muszę oczywiście zaznaczać, że czyni to przewrotnie i zdradziecko, bo nijak tych procentów nie da się zlokalizować.

Trudno byłoby przy tym trunku spędzić cały wieczór. Myślę, że zniewalająca słodycz wcześniej czy później zamieniłaby się w nieznośną lepkość i początkowo gładko przechodzący przez przełyk specjał, męczyłby przy każdym hauście. Niemniej jednak degustacja nie pozostawi po sobie złych skojarzeń, ale żeby wracać... nie dziękuję.
6.0 vol / B-
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...