Biały Niedźwiedź w każdym swoim elemencie zawodzi, nie umie pokazać zwierzęcej zadziorności i potwierdza powszechny stereotyp, że Rosjanie piwa warzyć nie powinni. Zacznijmy od opakowania: butelka, choć oryginalna, jest tak siermiężna jak samochód Łada na tle włoskiego przemysłu motoryzacyjnego. Grafika ogranicza się jedynie do liternictwa i nieco spłaszczonej głowy patrona piwa. Sympatyczny jest tylko kapsel, ale przecież większość z nich (nawet tych najprostszych) zawiera w sobie sporą dawkę nostalgii za dziecięcymi czasami nieukierunkowanego kolekcjonerstwa.
Zapach nie przypomina niczego - najwyżej zwietrzałą, zasuszoną kromkę suchego białego chleba, urozmaiconą pewną trawiastą nutą pochodzenia "przyjeziorengo". Piana jest biała i należy przyznać, trzyma się długo. Kolor płynu złoty, z niewielkim zmętnieniem. Wysycenie minimalne, co czyni z tego trunku raczej zupę niż rasowego nagazowanego pilznera. Skoro mowa o gatunkach - nieraz podnosiłem na tym blogu, że głównym celem pilznera jest zaspokojenie pragnienia i szlachetna rola dyskretnego towarzysza posiłków i knajpianych biesiad. Co predestynuje go do takiej niezwykłej roli? Sesyjność wynikająca z odpowiedniego zestawienia słodu, goryczki i wysycenia. Utrzymanie idealnych proporcji i balansu tych składowych to podstawowe zadanie szanowanych piwowarów. Biały Niedźwiedź z tej perspektywy jawi się tworem zagubionego we mgle dziecka lub tworem skąpego księgowego trzymającego w ryzach napięty budżet, w którym smak odgrywa drugorzędną rolę. Prymat bylejakości i ekonomii nad smakiem. Tutaj goryczka nie równoważy, bo jej po prostu nie ma (chyba że ktoś dysponuje narzędziami laboratoryjnymi - wtedy może uda mu się odnaleźć ślad chmielu), wysycenie nie większe niż w syropie na kaszel, a słód wypełnia cały smak jakby na tym kończyła się finezja piwowara. Ta obfitość burzy proporcje i powoduje że to co jest najważniejsze w pilznerze - jego pijalność - umyka po pierwszym łyku pozostawiając w ustach wrażenie ulepku. Spróbujcie zaspokoić tym wynalazkiem pragnienie w upalny dzień...
4.9 vol / C+
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pilzner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pilzner. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 lipca 2014
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Tucher Pilsener Brauart Feinherb
Przede mną kolejne piwo z portfolio Tuchera, który na stałe
wszedł do repertuaru polskich pubów. Tym razem adekwatny do zbliżającego się,
wakacyjnego okresu, pilzner. Kanikuła za pasem a więc wszyscy spoglądają w
stronę orzeźwiających, lekkich piw, których celem jest zaspokojenie pragnienia i
nie wchodzenie w drogę innym smakom. Taka rola jasnego.
Opakowanie zachowawcze, ale estetyczne, czyli niemiecka
klasyka w całej krasie. Na plus warto odnotować, że wszystkie najważniejsze informacje (włącznie z temperaturą serwowania) zostały ujęte w kontrze. Zapach niezwykle ulotny, zanika po krótkiej chwili, a z
tego co dało się wciągnąć w nozdrza można wywnioskować, że nie odbiega od
standardu – lekkie masło, odrobina słodu i majaczący w oddali, ledwie
zaznaczony chmiel. Kolor bardzo jasnosłomkowy, niemal jak promień porannego
słońca zapędzony w objęcia kufla, z których nie umie lub nie chce się uwolnić.
Smak niestety nie przekonuje. Spod gruboziarnistej piany,
białej i trwałej jak lutowy śnieg, wyłania się trunek przeciętny. W pierwszej
fazie wyczuć można miodowy słód i – o dziwo! dawno tego nie doznałem w
pilznerze – wyraźny alkohol. Pestkowa goryczka zaczyna atakować po chwili i przeciąga
się do długiego finiszu. Nie jest ona jednak najwyższych lotów. Raczej tępawa i
męcząca. Sama w sobie być może spełniła by swoją rolę w bardziej wyrafinowanej
opozycji, ale zaserwowany przez piwowara słód pozbawiony jest złożoności.
Tym razem Tucher zawiódł, choć skomponował trunek który od
biedy można wypić, ale przecież biedy ponoć u nas już ni ma ;) Pomiędzy C+ a B–
5.0 vol / C+
wtorek, 29 października 2013
Lwówek wiedeński
Vienna lager to styl zdecydowanie u nas zaniedbywany. Być może to kwestia nazwy, bo przecież polski konsument od dawna obcował z nim, choćby za pośrednictwem dostępnego w Czechach odpowiednika wiedeńskiego lager - polotmavego piva. Do najbardziej spektakularnych prób przeniesienia na nasz grunt jego dobrodziejstw zasłynęła Odsiecz wiedeńska Pinty, która - sam byłem świadkiem - cieszyła się niezłym powodzeniem w okolicach północy podczas piątkowych nasiadówek w pobliskim pabie. Według podchmielonych piwoszy, łagodny trunek świetnie równoważył moc wcześniej skonsumowanych trunków.
Na odzew rynkowy wśród większych graczy trzeba było jednak chwilę poczekać, gdyż giganci do tematów niszowych podchodzą nieco bardziej powściągliwie, chociaż w tym przypadku, rzeczona "niszowość" jednak jest raczej na wyrost. Najpierw Kampania Piwowarska wypuszcza Czerwonego lagera, nieśmiało, jakby obawiając się bezpośredniego nazwania swojego produktu, następnie Lwówek, już bez uprzedzeń wprowadza do sklepów Lagera wiedeńskiego.
Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się bursztynowy płyn okraszony niewielką pianą, z zapachem słodowym, odrobinę złamanym kwiatowo-owocowym aromatem opartym jednak na zbożowym kręgosłupie. Piwo stara się być rześkie w czym pomaga mu niewielka treściwość. Głownie rządzi tutaj słód z wyraźnym karmelowym akcentem i owocowym echem. Goryczka przychodzi po chwili równoważąc pierwsze wrażenie mocnym pestkowym akordem. Lekka metaliczność zdecydowanie ujmuje całości, ale cóż począć... Po pierwszych łykach goryczka na dobre zadomawia się w naszych kubkach smakowych i wykrzywia co wrażliwsze gęby w grymasie, aż do długiego finiszu. W zestawieniu z niewielką bazą piwa, zbyt jest rozbujała, sprawiając nieodparte wrażenie, że ktoś tutaj lekko przesadził. Niemniej jednak Lwówek stara się trzymać obrany poziom i udanie mu to wychodzi. Pod koniec majaczy jeszcze ziołowo-aptekarski posmak, którego zapowiedź czułem we wspomnianej metaliczności. Dość mocno wytrąca on z prawie sielankowej degustacji, obniżając notę. Finezji tutaj nie ma, chciałoby się krzyknąć "więcej serca!", ale nagany nie będzie. Solidne B-.
5.7 vol / B-
Na odzew rynkowy wśród większych graczy trzeba było jednak chwilę poczekać, gdyż giganci do tematów niszowych podchodzą nieco bardziej powściągliwie, chociaż w tym przypadku, rzeczona "niszowość" jednak jest raczej na wyrost. Najpierw Kampania Piwowarska wypuszcza Czerwonego lagera, nieśmiało, jakby obawiając się bezpośredniego nazwania swojego produktu, następnie Lwówek, już bez uprzedzeń wprowadza do sklepów Lagera wiedeńskiego.
Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się bursztynowy płyn okraszony niewielką pianą, z zapachem słodowym, odrobinę złamanym kwiatowo-owocowym aromatem opartym jednak na zbożowym kręgosłupie. Piwo stara się być rześkie w czym pomaga mu niewielka treściwość. Głownie rządzi tutaj słód z wyraźnym karmelowym akcentem i owocowym echem. Goryczka przychodzi po chwili równoważąc pierwsze wrażenie mocnym pestkowym akordem. Lekka metaliczność zdecydowanie ujmuje całości, ale cóż począć... Po pierwszych łykach goryczka na dobre zadomawia się w naszych kubkach smakowych i wykrzywia co wrażliwsze gęby w grymasie, aż do długiego finiszu. W zestawieniu z niewielką bazą piwa, zbyt jest rozbujała, sprawiając nieodparte wrażenie, że ktoś tutaj lekko przesadził. Niemniej jednak Lwówek stara się trzymać obrany poziom i udanie mu to wychodzi. Pod koniec majaczy jeszcze ziołowo-aptekarski posmak, którego zapowiedź czułem we wspomnianej metaliczności. Dość mocno wytrąca on z prawie sielankowej degustacji, obniżając notę. Finezji tutaj nie ma, chciałoby się krzyknąć "więcej serca!", ale nagany nie będzie. Solidne B-.
5.7 vol / B-
poniedziałek, 14 października 2013
Heineken The Future
Jeśli chce się wypić każda okazja jest dobra, mawia stare porzekadło. Okazja czyni także złodzieja. Na koniec warto wykorzystać okazję do zwiększenia sprzedaży. Heineken odwołując się do 140-lecia istnienia kreuje przyszłość na podstawie przeszłości. Marketingowa nowomowa w pełnej krasie zachęca do degustacji.
Zapach wyraźnie przesiąknięty masełkiem,które nie jest jednak nachalne. Ponadto w dalekim tle majaczą niewyraźnie chmielowe nuty. Trzeba oczywiście mocno pociągnąć nosem by jej wyczuć. Kolor jasnosłomkowy, żeby nie powiedzieć anemicznie blady. Wysycenie i piana mocno zawodzą. Nie tak wyobrażam sobie klasycznego pilznera.
Kiedy trunek przepływa przez gardło nijak nie da się wyczuć przepastnej historii stojącej za browarem, żaden zmysł nie uruchamia przycisku "play" odtwarzającego sentymentalne nuty. Ot kolejny bezpłciowy koncerniak i tyle. Receptura piwa ledwo leci ponad ziemią, trzymając niski pułap. Czy to zaleta? Przynajmniej się nie czołga - ripostuje optymista. Wyczuwamy goryczkę, w miarę czysty słód z dopełniającym diacetylem, do tego całkiem wyraźne alkoholowe nuty. Poza tym pomiędzy słodem i goryczką przeraźliwie nudna, pusta przestrzeń kosmicznej nicości. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość to ja wysiadam na najbliższym przystanku. Jeśli tak prezentuje się wizja koncernu, którą ten trunek zwiastuje to wypada życzyć jedynie bon voyage. Jeśli limitowane edycje piw będą tak komponowane to znaczy, że świat - ku uciesze malkontentów - upada w nędze byle jakiej konsumpcji.
Z drugiej strony trudno opędzić się od widoku rozbawionej rzeszy ściskającej w ręku białą butelkę ozdobioną karminową gwiazdą, dla której te kilka chwil z trunkiem będą jedynie bezrefleksyjnym dodatkiem do zabawy. Idealne tło dla swawoli, po którym - gdy nie nadużywać - nie pozostaje żaden niepożądany posmak. Cel został osiągnięty? Niech żyje idea wyrównywania. Będzie C+, bo plus i tak nie ma znaczenia.
5.0 vol / C+
Zapach wyraźnie przesiąknięty masełkiem,które nie jest jednak nachalne. Ponadto w dalekim tle majaczą niewyraźnie chmielowe nuty. Trzeba oczywiście mocno pociągnąć nosem by jej wyczuć. Kolor jasnosłomkowy, żeby nie powiedzieć anemicznie blady. Wysycenie i piana mocno zawodzą. Nie tak wyobrażam sobie klasycznego pilznera.
Kiedy trunek przepływa przez gardło nijak nie da się wyczuć przepastnej historii stojącej za browarem, żaden zmysł nie uruchamia przycisku "play" odtwarzającego sentymentalne nuty. Ot kolejny bezpłciowy koncerniak i tyle. Receptura piwa ledwo leci ponad ziemią, trzymając niski pułap. Czy to zaleta? Przynajmniej się nie czołga - ripostuje optymista. Wyczuwamy goryczkę, w miarę czysty słód z dopełniającym diacetylem, do tego całkiem wyraźne alkoholowe nuty. Poza tym pomiędzy słodem i goryczką przeraźliwie nudna, pusta przestrzeń kosmicznej nicości. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość to ja wysiadam na najbliższym przystanku. Jeśli tak prezentuje się wizja koncernu, którą ten trunek zwiastuje to wypada życzyć jedynie bon voyage. Jeśli limitowane edycje piw będą tak komponowane to znaczy, że świat - ku uciesze malkontentów - upada w nędze byle jakiej konsumpcji.
Z drugiej strony trudno opędzić się od widoku rozbawionej rzeszy ściskającej w ręku białą butelkę ozdobioną karminową gwiazdą, dla której te kilka chwil z trunkiem będą jedynie bezrefleksyjnym dodatkiem do zabawy. Idealne tło dla swawoli, po którym - gdy nie nadużywać - nie pozostaje żaden niepożądany posmak. Cel został osiągnięty? Niech żyje idea wyrównywania. Będzie C+, bo plus i tak nie ma znaczenia.
5.0 vol / C+
sobota, 14 września 2013
Książęce Jasne Ryżowe
Mam zaległą degustację do której niespecjalnie się paliłem, ale dni coraz krótsze, wieczory chłodniejsze, nie wypada więc się lenić, zważywszy na typowo letni charakter dzisiejszego bohatera.
Browary Tyskie robią co mogą by przypodobać się rosnącej rzeszy piwnych specjalistów, dla których koncernowy smak polskiego lagera przestaje wystarczać, a w zasadzie dla których ów smak staje się passe, demode, jak chcą tego z całego serca coraz liczniejsze rzesze domorosłych Jacksonów. Całe zjawisko ma w sobie typowo polski sznyt, będący wypadkową peryferyjności, niedouczenia i ułańskiej szarży rozpalonych głów. Przecież ani nie przybywa nam piwnych specjalistów, ani koncernowi przebierańcy nie myślą trafiać do wyedukowanej niszy, czyli jak zwykle gra pozorów z przymrużeniem oka.
W tej grze uczestniczy Książęce Jasne Ryżowe. Zacznijmy od aparycji, gdyż ona bez wątpienia jest podstawowym atutem tego trunku. Kolor świetliście złoty, idealnie klarowny, stanowiący wspaniałą arenę dla nieustannie pędzących ku górze pęcherzyków gazu. Piana drobnoziarnista, całkiem obfita, śnieżnobiała lubi oblepiać szkło.
Postanowiłem zrobić mały eksperyment w ramach którego zalecaną temperaturę serwowania (1-4 stopni Celsjusza) zignorowałem, uznając za niedorzeczną. Chciałem poczuć co siedzi w środku, a niemal zmrożony płyn przelatując przez gardło doprowadziłby moje kubki smakowe do paraliżującego przeziębienia.
Pierwszy łyk i coś odrzuca, pewna aptekarska nuta w goryczce wkrada się do całości i nie sposób się od niej opędzić. Gdzie podziała się ryżowa gładkość? Niepożądany posmak złamał go w stronę produktów przemysłu mydliniarskiego. Mój Boże! Lekko deprymujący początek, co będzie dalej? Z czasem jednak niedobre wrażenie otwarcia mija i przygasa w oswojonych zmysłach. Zaczynam dostrzegać słód, w miarę czysty i rześki, do tego całkiem wyraźne chmielowe nuty, jakby nieco zapomniane w koncernowych produktach, dumnie grejpfrutowe pobrzmiewające w finiszu. Ziołowy kręgosłup lagera w Ryżowym jest wyraźny, a dodatek białych ziarenek delikatnie łagodzi zadziorność słodu, który i tak tutaj nie gra pierwszych skrzypiec, więc jest raczej dopełnieniem charakteru, a nie dominującą cechą. Rachityczność bazy nie przeszkadza, mamy bowiem tę drugą stronę. Wytrawność piwa podkreślają - jak już wspomniałem - chmielowe aromaty. Oprócz grejpfruta i bujnej zieloności ziół, mamy nieco trawy cytrynowej i skórki gorzkiej pomarańczy. Nieźle. Pod koniec kufla zapomniałem o aptece, a jej obraz zrzuciłem na karb - wstyd się przyznać - raczej nieufnego nastawienia. Ryżowe, jak to w przypadku tyskich specjałów, mało nawiązuje do swojej nazwy, ciążąc bardziej do klasycznych niemieckich pilsów i warto podkreślić (lekko bijąc się w pierś) udaje mu się to, czym zasługuje na wyższa niż zwykle ocenę. Na pewno jest to najlepsza propozycja z limitowanej serii browaru, choć z drugiej strony spędzenie wieczoru tylko w towarzystwie Ryżowego, byłoby chyba ponad moje siły. Między C+ a B-.
4.5 vol / B-
Browary Tyskie robią co mogą by przypodobać się rosnącej rzeszy piwnych specjalistów, dla których koncernowy smak polskiego lagera przestaje wystarczać, a w zasadzie dla których ów smak staje się passe, demode, jak chcą tego z całego serca coraz liczniejsze rzesze domorosłych Jacksonów. Całe zjawisko ma w sobie typowo polski sznyt, będący wypadkową peryferyjności, niedouczenia i ułańskiej szarży rozpalonych głów. Przecież ani nie przybywa nam piwnych specjalistów, ani koncernowi przebierańcy nie myślą trafiać do wyedukowanej niszy, czyli jak zwykle gra pozorów z przymrużeniem oka.
W tej grze uczestniczy Książęce Jasne Ryżowe. Zacznijmy od aparycji, gdyż ona bez wątpienia jest podstawowym atutem tego trunku. Kolor świetliście złoty, idealnie klarowny, stanowiący wspaniałą arenę dla nieustannie pędzących ku górze pęcherzyków gazu. Piana drobnoziarnista, całkiem obfita, śnieżnobiała lubi oblepiać szkło.
Postanowiłem zrobić mały eksperyment w ramach którego zalecaną temperaturę serwowania (1-4 stopni Celsjusza) zignorowałem, uznając za niedorzeczną. Chciałem poczuć co siedzi w środku, a niemal zmrożony płyn przelatując przez gardło doprowadziłby moje kubki smakowe do paraliżującego przeziębienia.
Pierwszy łyk i coś odrzuca, pewna aptekarska nuta w goryczce wkrada się do całości i nie sposób się od niej opędzić. Gdzie podziała się ryżowa gładkość? Niepożądany posmak złamał go w stronę produktów przemysłu mydliniarskiego. Mój Boże! Lekko deprymujący początek, co będzie dalej? Z czasem jednak niedobre wrażenie otwarcia mija i przygasa w oswojonych zmysłach. Zaczynam dostrzegać słód, w miarę czysty i rześki, do tego całkiem wyraźne chmielowe nuty, jakby nieco zapomniane w koncernowych produktach, dumnie grejpfrutowe pobrzmiewające w finiszu. Ziołowy kręgosłup lagera w Ryżowym jest wyraźny, a dodatek białych ziarenek delikatnie łagodzi zadziorność słodu, który i tak tutaj nie gra pierwszych skrzypiec, więc jest raczej dopełnieniem charakteru, a nie dominującą cechą. Rachityczność bazy nie przeszkadza, mamy bowiem tę drugą stronę. Wytrawność piwa podkreślają - jak już wspomniałem - chmielowe aromaty. Oprócz grejpfruta i bujnej zieloności ziół, mamy nieco trawy cytrynowej i skórki gorzkiej pomarańczy. Nieźle. Pod koniec kufla zapomniałem o aptece, a jej obraz zrzuciłem na karb - wstyd się przyznać - raczej nieufnego nastawienia. Ryżowe, jak to w przypadku tyskich specjałów, mało nawiązuje do swojej nazwy, ciążąc bardziej do klasycznych niemieckich pilsów i warto podkreślić (lekko bijąc się w pierś) udaje mu się to, czym zasługuje na wyższa niż zwykle ocenę. Na pewno jest to najlepsza propozycja z limitowanej serii browaru, choć z drugiej strony spędzenie wieczoru tylko w towarzystwie Ryżowego, byłoby chyba ponad moje siły. Między C+ a B-.
4.5 vol / B-
wtorek, 3 września 2013
Bernard jedenáctka
Bernard raz udanie, innym razem już mniej, ale suma summarum to browar raczej przeciętny. Na dzisiaj przygotowałem jedenastkę, która zdaje się potwierdzać tę sinusoidalną ocenę przybytku z Humpolca. Nieco dziwią wysokie oceny tego trunku i nagrody na festiwalach.
Wysycenie spore, piana gruboziarnista trwała i kremowa. Zapach poprawny chmielowo-słodowy. Do tego momentu jest poprawnie, ale przed nami to co najważniejsze - smak.
Pierwszy łyk i uderza w kubki smakowe obfity i tłustawy słód - jakże przyjemnie się zapowiada! Jednak znika natychmiast to wrażenie po przełknięciu. Słód przemienia się w zbożowego stracha na wróble i do głosu dochodzi goryczka. Głęboka ale tępawa i całkowicie bez finezji. Finiszuje niezbyt długo i w wyraźnej opozycji do słodu, który nagle wyłonił się z odmętów płynu. Goryczka jak wspomniałem niezbyt wysokich lotów, nazbyt pestkowa, trąci lekko stęchłym posmakiem i niedojrzałymi ziołami. Wyraźnie da się także wyczuć metaliczną nutę, która jednak tak nie razi jak np. w rodzimym Brackim. W zestawieniu do słodu, akcentującego prowincjonalny zbożowy posmak, tworzy coś na kształt chemicznego pierwiastka, który towarzyszy nam od drugiego łyku i z każdą chwilą staje się nazbyt nachalny i co tu dużo mówić - nieznośny. Pomimo faktu, że nie jest to dominująca cecha tego trunku, nie sposób wymazać z pamięci tej nienaturalnej nuty.
Bernard z powodzeniem stara się wypromować na czeskim rynku piwnym (i nie tylko), na każdym kroku podkreślając swój tradycyjny rodowód (niestety dość mocno naciągany). Jednak jak to zwykle bywa poza szumnym marketingiem, bełkotem okraszonym górnolotnymi odniesieniami i nowoczesną stylistyką przekazu, niewiele z tych deklaracji zostaje. Pierwszy łyk to za mało...
4.5 vol / C+
Wysycenie spore, piana gruboziarnista trwała i kremowa. Zapach poprawny chmielowo-słodowy. Do tego momentu jest poprawnie, ale przed nami to co najważniejsze - smak.
Pierwszy łyk i uderza w kubki smakowe obfity i tłustawy słód - jakże przyjemnie się zapowiada! Jednak znika natychmiast to wrażenie po przełknięciu. Słód przemienia się w zbożowego stracha na wróble i do głosu dochodzi goryczka. Głęboka ale tępawa i całkowicie bez finezji. Finiszuje niezbyt długo i w wyraźnej opozycji do słodu, który nagle wyłonił się z odmętów płynu. Goryczka jak wspomniałem niezbyt wysokich lotów, nazbyt pestkowa, trąci lekko stęchłym posmakiem i niedojrzałymi ziołami. Wyraźnie da się także wyczuć metaliczną nutę, która jednak tak nie razi jak np. w rodzimym Brackim. W zestawieniu do słodu, akcentującego prowincjonalny zbożowy posmak, tworzy coś na kształt chemicznego pierwiastka, który towarzyszy nam od drugiego łyku i z każdą chwilą staje się nazbyt nachalny i co tu dużo mówić - nieznośny. Pomimo faktu, że nie jest to dominująca cecha tego trunku, nie sposób wymazać z pamięci tej nienaturalnej nuty.
Bernard z powodzeniem stara się wypromować na czeskim rynku piwnym (i nie tylko), na każdym kroku podkreślając swój tradycyjny rodowód (niestety dość mocno naciągany). Jednak jak to zwykle bywa poza szumnym marketingiem, bełkotem okraszonym górnolotnymi odniesieniami i nowoczesną stylistyką przekazu, niewiele z tych deklaracji zostaje. Pierwszy łyk to za mało...
4.5 vol / C+
czwartek, 8 sierpnia 2013
Senojo Vilniaus Nefiltruotas Šviesusis Alus
Zapatrzony raczej w kierunku południowym, ewentualnie zachodnim, polski piwosz rzadko eksperymentuje z piwami zza wschodniej granicy, patrząc na nie pobłażliwym okiem. Wynika to chyba z ogólnych tendencji traktowania tamtego regionu świata z rezerwą i wyższością charakteryzującą zapewne nasze kompleksy. Czy słusznie, nie miejsce na takie dywagacje, ale warto zimnym okiem spojrzeć samokrytycznie i pochylić w pokorze głowę - w Polsce jest wiele miejsc gdzie wyśmiewany wschodni sznyt dominuje, choć został przybrany w europejskie szaty.
W każdym razie - wracając do meritum - piwa od naszych wschodnich sąsiadów nie należą do egzotyki w polskich sklepach i nie trzeba poświęcać całego wolnego czasu by uraczyć się ich smakiem. Szczególnie warte uwagi są wyroby litewskie, zwykle niefiltrowane, warzone tradycyjnie z udziałem lokalnych surowców i zaskakujące odmiennym smakiem.
Niefiltrowany lager zadomowił się w kuflu roztaczając wokoło zapach świeżego zboża. Zwykle tego typu aromat nie nastraja mnie pozytywnie, mówiąc wprost: nie przepadam za nim w piwie - tym razem zestrojony został całkiem przyjemnie, zwłaszcza że towarzysza mu kwiatowo-konwaliowe i miodowe aromaty. Złoty, mocno mętny płyn wyjątkowo cieszy oko niebanalnością i zachęca do wychylenia kufla. Piana raczej gruboziarnista nie przejawia się w formie wybujałej czapy, zadowalając się półtora centymetrową kołderką. Po tych kilku zewnętrznych atrybutach, spokojnie możemy stwierdzić, że mamy przed sobą coś w rodzaju piwnej zupy, nieczęsto u nas spotykanej.
W smaku prym dzierży słód, nieco ubarwiony czymś na kształt lipowego miodu i wspomagany estrowymi aliantami: gruszką i morelą. W dłuższej perspektywie kubki smakowe zdają się uodparniać na tego typu melanż i odczuwamy lekkie znużenie, zwłaszcza że kompozycji brakuje goryczkowego przełamania. Konia z rzędem temu kto wyczuje jaki rodzaj chmielu został użyty do doprawienia trunku. Wyraźniejsza lupulina zdecydowanie podniosłaby walory smakowe piwa. Niemniej jednak jeśli potrafimy skupić się selektywnie na zaletach, zapominając o niedoborach, nie będziemy zawiedzeni. Niefiltrowane z Litwy to piwo przeciętne, solidne, niepozbawione jednak fantazji. Można.
5.0 vol / B
W każdym razie - wracając do meritum - piwa od naszych wschodnich sąsiadów nie należą do egzotyki w polskich sklepach i nie trzeba poświęcać całego wolnego czasu by uraczyć się ich smakiem. Szczególnie warte uwagi są wyroby litewskie, zwykle niefiltrowane, warzone tradycyjnie z udziałem lokalnych surowców i zaskakujące odmiennym smakiem.
Niefiltrowany lager zadomowił się w kuflu roztaczając wokoło zapach świeżego zboża. Zwykle tego typu aromat nie nastraja mnie pozytywnie, mówiąc wprost: nie przepadam za nim w piwie - tym razem zestrojony został całkiem przyjemnie, zwłaszcza że towarzysza mu kwiatowo-konwaliowe i miodowe aromaty. Złoty, mocno mętny płyn wyjątkowo cieszy oko niebanalnością i zachęca do wychylenia kufla. Piana raczej gruboziarnista nie przejawia się w formie wybujałej czapy, zadowalając się półtora centymetrową kołderką. Po tych kilku zewnętrznych atrybutach, spokojnie możemy stwierdzić, że mamy przed sobą coś w rodzaju piwnej zupy, nieczęsto u nas spotykanej.
W smaku prym dzierży słód, nieco ubarwiony czymś na kształt lipowego miodu i wspomagany estrowymi aliantami: gruszką i morelą. W dłuższej perspektywie kubki smakowe zdają się uodparniać na tego typu melanż i odczuwamy lekkie znużenie, zwłaszcza że kompozycji brakuje goryczkowego przełamania. Konia z rzędem temu kto wyczuje jaki rodzaj chmielu został użyty do doprawienia trunku. Wyraźniejsza lupulina zdecydowanie podniosłaby walory smakowe piwa. Niemniej jednak jeśli potrafimy skupić się selektywnie na zaletach, zapominając o niedoborach, nie będziemy zawiedzeni. Niefiltrowane z Litwy to piwo przeciętne, solidne, niepozbawione jednak fantazji. Można.
5.0 vol / B
wtorek, 30 lipca 2013
Švyturys Ekstra Dortmunder
Późna pora nad jeziorem obfituje w komary. Chcąc spokojnie zdegustować piwo należało się spryskać środkami odstraszającymi natrętnego intruza. Więcej jednak z tego wszystkiego wyszło zakłamania w ocenie organoleptycznej niźli upragnionego spokoju - komary jak cięły tak cięły i jedynie przedłużająca się biesiada doprowadziła do momentu naturalnego snu uciążliwych kąsaczy.Švyturys Ekstra w typie dortmundera to klasyczna pozycja w portfolio znanego u nas litewskiego browaru. Wymyślne butelki, co rusz bardziej udziwniane, sygnalizują że mamy do czynienia raczej z potentatem a nie niewielkim browarem. Piwo pływające w kuflu ma być idealnym ugaszaczem pragnienia, trafiającym w gusta jak najszerszej grupy docelowej.
Najpierw to co widać: płyn klarowny, słomkowy, ładnie prezentuje się w szkle. Piana gruboziarnista, ale przyjemnie biała, początkowo obfita, utrzymuje się średnio długo. Wysycenie raczej średnie.
To co czuć: Początkowo do naszych kubków smakowych dobija się słód, który delikatnie trąci miodem i zawiera niewielkie zbożowe nuty. Niby nic wielkiego, ale jakoś tak przyjemnie się w ustach zrobiło. W następnej kolejności nieśmiało zapukała goryczka, niemal przezroczysta, neutralna i koniec końców niezbyt mocna. Niektórych może ten fakt zdecydowanie rozczarować, choć wypada zaznaczyć, że chmiel długo i przyjemnie finiszuje.
Jeśli browarnicy chcieli zaspokoić jak największą grupę piwoszy spragnionych złocistego płynu, sztuka ta chyba całkiem nieźle się udała. Trunek do codziennego spożycia, w szczególności na upał - ot i tyle.
5.2 vol / B
czwartek, 25 lipca 2013
Rebel Bohemia Pilsner
![]() |
| Tak wyglądał Piotrków Trybunalski w XVIII wieku |
Na początek warto pochwalić zawartość informacyjną opakowania, bo jego forma graficzna nie wybiega poza rustykolnao oklepany schemat. Mamy nazwisko piwowara, mamy ekstrakt, rodzaj fermentacji i zawartość alkoholu. Całość nieco zapożyczona wprost z czeskiego Permona, choć finalnie mniej przyjemna.
Po przelaniu do kufla formuje się gruboziarnista piana, która niestety znika po chwili, filmowo przemijając z wiatrem lub raczej łykiem (ściślej: dwoma łykami). Kolor złoty, wysycenie porządne. Zapach chlebowy, z nutami kwaskowymi i maślanymi, chyba miło kręci w nozdrzach.
Smakowo jest dość przeciętnie, a nawet słabiutko. Przede wszystkim słodowo, goryczka ledwie wyczuwalna. Ale może skupmy się na zaletach, bo krytykując przez cały czas możemy się nabawić jakiejś kwaśnej przypadłości. Słód nie jest zły - w miarę czysty, lekko miodowy z aromatem wysuszonej słomy. Diacetyl tym razem nie szarżuje, podkreślając raczej walory słodu. Brak goryczki drażni, szczególnie mocno w oczekiwanym finiszu. To trochę jakby słuchać przynudzającego dowcipu przez połowę wieczoru, a na koniec nie otrzymać nawet w rekompensacie dosadnej puenty. Trochę niby nam ten Rebel finiszuje, ale natychmiast dostaje zadyszki i rozleniwia się w odmętach słodowych. Dla miłośników lupuliny będzie to potwarz, dla pozostałych... i tak nie zauważą. Na koniec kwestia ciała piwnego - jak na niemal 12% Blg treściwość - przy dominacji słodu - nie jest wybitna. Reasumując: muszę posypać głowę popiołem i przyznać, że spodziewałem się trunku przeciętnego, bo przecież degustując nie wolno się nastawiać. Instynkt mnie nie zawiódł. Słabizna to raczej i do tego nazbyt się ceniąca.
5.2 vol / C+
wtorek, 23 lipca 2013
Rebel Vienna Lager
![]() |
| Zamiast tradycyjnej butelki fragment piotrkowskiego rynku |
Smak łagodny, niemal pełny, lekki przy tym i frywolnie obezwładniający. Dominuje słód, jednakże nie jest on hegemonem ustroju, raczej klasycznym liderem pociągającym za sznurki. Mamy tutaj karmel, miód, chleb, apetyczne i różnorodne wysuszone siano, wiśnie i łagodnie dopełniający alkohol. Ten ostatni świetnie podkreśla paletę smaków i podbija estrowe nuty. Kiedy ten wysyp smaku przewinie się przez podniebienie, wkracza niewielka goryczka, zbytnio aksamitna w swej łagodności, która długo finiszuje w duecie ze słodowym partnerem. Z tych doświadczeń wyłania się trunek, który postawił na słodowość, a chmiel mu towarzyszący ma nie przeszkadzać i najwyraźniej podbijać jeszcze ogólną tendencję. Czym to skutkuje? Do połowy kufla staram się delektować słodową symfonią, od drugiej, przysypiam lekko znużony, a nawet zmęczony.
Wiedeński lager to piwo w połowie udane, można got wypić w połowie bez względu na aurę czy porę dnia. z uwagi na pełny smak i wysoką zawartość C2H5OH raczej nie jest przeznaczone do konsumpcji sesyjnej.
Sulimar odrobił pracę domową trochę po łebkach, niemniej jednak chciał chyba wstrzelić się w neoficką niszę, którą reprezentują marketingowo ustawieni piwosze. Mamy tutaj mało znany u nas styl, mamy "rzemieślniczy" w nazwie (cokolwiek ten termin oznacza i jakkolwiek został osadzony przez konteksty w naszym słowniku), na koniec mamy "tajemniczą" nazwę, która koresponduje z etykietą jak rodowity Węgier z niepiśmiennym mieszkańcem Kantonu. Połowa oceny od biedy może być.
6.0 vol / B-
niedziela, 14 lipca 2013
Old Bobby Lager
Odpuścimy sobie historyczno-geograficzny rys wstępny do tego piwa. Kogo interesuje tło "produkcyjne" znajdzie adekwatne szczegóły choćby w internecie. Prolegomena zwykle i tak pozbawiona jest soczystej treści, konkretów, których oczekujemy z wypiekami na twarzy. Staruszek Robuś to lager o ekstrakcie 11 stopni. Uwarzony z angielskiego słodu i doprawiony wyspiarskimi chmielami. Kolor tego specjału, oscyluje w okolicach wysuszonej słomy, a głębia toni wykazuje nieskazitelna przejrzystość. Piana niewielka, opadła dość szybko, nie zanikając jednak zupełnie. Wysycenie średnie, ale bąbelki pięknie i niemal z matematyczną precyzją przenikają piwo. Zapach nieintensywny, słodowy, trochę zboża, siana i jasnej bułeczki.
Smak piwa nie powala, ale i niespecjalnie jest mu co zarzucić. Dominuje czysty słód, nienachalnie drażniący kubki smakowe, Do tego lekkie chlebowe nuty i diacetyl - wyczuwalny, ale nieprzekraczający magicznej linii czyniącej z piwa niepijalną zupę. Można nawet powiedzieć, że w tym przypadku jest on całkiem nieźle zbalansowany. Goryczka, niewielka i całkiem aromatyczna, minimalnie owocowa, choć w zdecydowanej mierze raczej ziołowa. Finisz mamy średni, początkowo chmielowy, ale zakończony wyraźnym słodowym, nawet miodowym akcentem. Niestety owych charakterystycznych chmielowych części brakuje w tym lagerze. Niekoniecznie musi to być wada, ale odwołując się do swojego poczucia lagerowego stylu oczekuję właśnie bardziej zdecydowanej lupuliny.
Old Bobby to przeciętne piwo, które można wychylić bez problemu, choć wracać tak naprawdę nie ma do czego.
4.5 vol / B-
Smak piwa nie powala, ale i niespecjalnie jest mu co zarzucić. Dominuje czysty słód, nienachalnie drażniący kubki smakowe, Do tego lekkie chlebowe nuty i diacetyl - wyczuwalny, ale nieprzekraczający magicznej linii czyniącej z piwa niepijalną zupę. Można nawet powiedzieć, że w tym przypadku jest on całkiem nieźle zbalansowany. Goryczka, niewielka i całkiem aromatyczna, minimalnie owocowa, choć w zdecydowanej mierze raczej ziołowa. Finisz mamy średni, początkowo chmielowy, ale zakończony wyraźnym słodowym, nawet miodowym akcentem. Niestety owych charakterystycznych chmielowych części brakuje w tym lagerze. Niekoniecznie musi to być wada, ale odwołując się do swojego poczucia lagerowego stylu oczekuję właśnie bardziej zdecydowanej lupuliny.
Old Bobby to przeciętne piwo, które można wychylić bez problemu, choć wracać tak naprawdę nie ma do czego.
4.5 vol / B-
środa, 1 maja 2013
Lwówek Książęcy (suplement)
W latach wczesnej młodości, odwiedzając znajomych na Dolnym Śląsku z okolic Bolesławca, słyszałem o piwie Lwówek niemal epickie opowieści. Każdy z nas (w odpowiednim wieku) ma takie wspomnienia wyryte w pamięć przy okazji degustacji regionalnych piw. Były to czasy kiedy fetysz wzrostu nie omamił ekonomicznych dusz, a lokalne przedsiębiorstwa zapewniały zatrudnienie społeczności. Przymykano oko na jakość, dumnie obnosząc się w towarzystwie swoim regionalnym cudem. Oczywiście były to czasy kiedy browar regionalny znaczył trochę coś innego niż teraz, był konkretnym miejscem, w którym pracował wujek, daleki kuzyn, czy kolega. Nie miał wiele wspólnego z reklamowym sloganem stworzonym na potrzeby marketingowej ściemy.
Miałem w tej przeszłości okazję degustować Lwówka, ale jego smak ugrzązł w pomroce (także alkoholowej) dziejów. Dzisiaj Lwówek został przywrócony do życia, zmartwychwstał - używając wyświechtanego zwrotu - jak Feniks z popiołów i na dobre zadomowił się na rynku. Sztuki tej dokonał potentat wśród małych czyli Browar Ciechan. A inicjatywa to całkiem przyjemna i szlachetna, gdyż oprócz marki otworzono także podwoje warzelni w dolnośląskim miasteczku i co za tym idzie powstało trochę nowych miejsc pracy. Czy cały szum wart jest uwagi? Czy za wzniosłą ideą poszedł produkt, dorównujący ambicji jej twórców?
Po otwarciu butelki uderza w nozdrza diacetyl, nie nadmiernie, ale zdecydowanie wyraźnie. Po przelaniu do kufla pojawia się drobnoziarnista, biała piana, w wystarczającej pokrywie. Opada po jakimś czasie, ale nie zanika. Wysycenie niezbyt wyraźne, ale kolor wzorcowy, jasny niczym sierpniowy promień słońca. Smak zawodzi. Nie ma tragedii, ale do przeciętności dość daleko. Warto pochwalić za odpowiedni poziom słodu i goryczki w finiszu, ale poza tym mamy zdecydowanie za dużo mankamentów. Po pierwsze lekko zatęchła nuta towarzysząca podczas degustacji od początku do końca. Po drugie diacetyl nie podkreśla radośnie słodu, raczej ewoluuje w stronę trochę zjełczałego masełka. Po trzecie goryczka raczej tępa, wysuszająca, co samo w sobie nie jest złe, ale zbyt monotonne, przydałaby się odrobina orzeźwiającej ziołowości. Po trzecie i decydujące - mała pijalność, co dla lagera jest gorsze niż wyrok śmierci. Dodatkowo w smaku pojawiają się chlebowe nuty, trochę siana, a nawet suchego drzewa, jednakże trochę to chaotycznie i niezbyt poukładane.
Na domiar złego niezbyt gustowna etykieta oryginalnością również nie grzeszy, penetrując rejony bylejakości, tak powszechne wśród polskich birodizajnerów.
Baaaaardzo przeciętnie.
5.5 vol / C+
PS Ponad dwa lata temu piwo to gościło już na tym blogu. Wtedy miało inne opakowanie i zdecydowanie zawyżoną ocenę. A może smakowało także inaczej?
Miałem w tej przeszłości okazję degustować Lwówka, ale jego smak ugrzązł w pomroce (także alkoholowej) dziejów. Dzisiaj Lwówek został przywrócony do życia, zmartwychwstał - używając wyświechtanego zwrotu - jak Feniks z popiołów i na dobre zadomowił się na rynku. Sztuki tej dokonał potentat wśród małych czyli Browar Ciechan. A inicjatywa to całkiem przyjemna i szlachetna, gdyż oprócz marki otworzono także podwoje warzelni w dolnośląskim miasteczku i co za tym idzie powstało trochę nowych miejsc pracy. Czy cały szum wart jest uwagi? Czy za wzniosłą ideą poszedł produkt, dorównujący ambicji jej twórców?
Po otwarciu butelki uderza w nozdrza diacetyl, nie nadmiernie, ale zdecydowanie wyraźnie. Po przelaniu do kufla pojawia się drobnoziarnista, biała piana, w wystarczającej pokrywie. Opada po jakimś czasie, ale nie zanika. Wysycenie niezbyt wyraźne, ale kolor wzorcowy, jasny niczym sierpniowy promień słońca. Smak zawodzi. Nie ma tragedii, ale do przeciętności dość daleko. Warto pochwalić za odpowiedni poziom słodu i goryczki w finiszu, ale poza tym mamy zdecydowanie za dużo mankamentów. Po pierwsze lekko zatęchła nuta towarzysząca podczas degustacji od początku do końca. Po drugie diacetyl nie podkreśla radośnie słodu, raczej ewoluuje w stronę trochę zjełczałego masełka. Po trzecie goryczka raczej tępa, wysuszająca, co samo w sobie nie jest złe, ale zbyt monotonne, przydałaby się odrobina orzeźwiającej ziołowości. Po trzecie i decydujące - mała pijalność, co dla lagera jest gorsze niż wyrok śmierci. Dodatkowo w smaku pojawiają się chlebowe nuty, trochę siana, a nawet suchego drzewa, jednakże trochę to chaotycznie i niezbyt poukładane.
Na domiar złego niezbyt gustowna etykieta oryginalnością również nie grzeszy, penetrując rejony bylejakości, tak powszechne wśród polskich birodizajnerów.
Baaaaardzo przeciętnie.
5.5 vol / C+
PS Ponad dwa lata temu piwo to gościło już na tym blogu. Wtedy miało inne opakowanie i zdecydowanie zawyżoną ocenę. A może smakowało także inaczej?
środa, 20 marca 2013
Tucher Pils
Tucher pojawia się coraz częściej w naszej okolicy. Możemy spotkać jego produkty nie tylko w sklepach, ale logo browaru pojawia się także w szyldach restauracji. Miałem okazję kilka dni temu degustować właśnie produkt bawarskiego browaru w takiej knajpie i klasyczny dunkel, zachęcał do okazania szacunku. Dzisiaj butelkowy pils. Czy wart jest swojej ceny? Czy kreowany na legendę image zasługuje na atencję? Czy stary browar warzy ciągle świetne piwa, czy żenuje jak Pietrzak na YouTubie?Zapach całkiem przyjemny, świeży powiew lupuliny w aliansie z chlebowymi i kwaskowymi nutami. Piana grubości męskiego kciuka utrzymuje się długo i oblepia szkło, wysycenie spore i radosne - niezliczone gromady bąbelków przemierzają toń trunku. Kolor jasno złoty, niemal z białawym podbiciem, rozświetla kufel słoneczną aurą. Po przechyleniu kufla w ustach rozpływa się klasyczny pils, choć wzorzec został lekko przełamany. Słód mocno kwaskowy, jakby kilka dni spędził na przytulankach z cytrynową skórką i owa egzotyczność wyraźnie zostaje w kompozycji przywołana. Do tego dalekie estrowe tony - coś na kształt czereśni. Nie wiem czy to ewokacja tych kojarzonych z wiosną i latem owoców, ale coś jest wyraźnie na rzeczy. Goryczka do tego całkiem spora, głęboka choć lekka i niezbyt dominująca. Jej wspaniała ziołowość i kwiecistość niesie obraz zielonej łąki. Finisz długi, trzymający w napięciu do ostatniej chwili jak porządny thriller.
Bawarski specjał zwiastuje ciepłe miesiące wypełnione krwistoczerwonymi pasmami zachodzącego, letniego słońca i palonych przy tej okazji ognisk. W tych okolicznościach można Tuchera wypić z całą pewnością więcej niż 4. W zimowe wieczory będzie co wrażliwszych meteoropatów raczej drażnił, gdyż każdy jego atrybut skradziony został radosnej porze roku, kiedy serce i dusza rwie się do przodu. Piwo zdecydowanie do eleganckiego spożycia, a nie kominkowej degustacji. Niemniej jednak B+ całkiem zasłużone i zdecydowanie mocne.
5.0 vol / B+
czwartek, 14 marca 2013
Bernard Sváteční Ležák
Bernard stara się utrzymać kurs wyznaczony przez właściciela po 1991 roku - łączy w sobie dyskretną choć zdecydowaną promocję z trunkami kojarzonymi jednoznacznie z czeską krainą. Wystarczy jeden rzut oka choćby na internetową stronę domową browaru by zauważyć nieco korporacyjny sznyt i pełen rozmachu prowadzony marketing. Portfolio wypełnione zostało w przeważającej części niepasteryzowanymi pilznerami, od klasycznej desitki po tmave. Bernard stara się również być obecny na zagranicznych rynkach, w czym zdecydowanie ma pomóc nasz dzisiejszy bohater Bernard Svatecni Lezak zwany w Europie Celebration Lager.
Dedykowana stylowa butelka (krachla) i etykieta utrzymaną w stonowanych kolorach (całość prezentuje się nad wyraz elegancko, choć próżno doszukiwać się tutaj - co zrozumiałe zważywszy na grupę docelową - jakiejkolwiek rewolucji designerskiej) skrywa w sobie złoty płyn, który po przelaniu do kufla nie imponuje pianą. W zapachu wyraźnie uderza diacetyl po którym do głosu dochodzą kremowe drożdże. To skondensowanie maślanych aromatów wnosi w serce nieco niepokoju, lecz być może wynika ze zwykłego nagromadzenia w wolnej przestrzeni pomiędzy trunkiem a uszczelką rzeczonych lotności. W smaku jest nieco lepiej. Diacetyl stara się jak może dopełniać całości, ale czasem wychodzi za bardzo przed szereg. Goryczka wyróżnia piwo z tłumu, lekko wysuszająca, leczniczo ziołowa, z głębokim pestkowym finiszem. Słód niezbyt wyraźny, mocno zwarty i ledwo wyczuwalnymi estrami, które nabierają kształtów w obliczu pestkowego finału. Zdecydowanie finisz podnosi ocenę Bernarda. Tak spokojnego dialogu dwóch przeciwstawnych żywiołów - trawiasto-ziołowo-pustynnego chmielu i owocowych posmaków z wyraźnie (przynajmniej dla mnie) wyczuwalną morelą, nie spotkałem dawno. Trochę szkoda, że te ciekawe owocowe nuty są zdominowane przez chmiel. Oczywiście przyczyna tego nie jest sama lupulina, ale raczej mała treściwość Bernarda, która mimo wszystko, powinna być odrobinę większa. Mamy zatem piwo dwubiegowe: na pierwszym biegu nieco jednostajne z chwilami fałszywymi akordami maślanego instrumentu, ale gdy znika już za zakrętem, wrzuca bieg drugi bardziej finezyjny i rześki nie pozwalający odpłynąć wspomnieniom słonecznych, letnich dni.
Bernard nie należy do najwybitniejszych czeskich browarów, zdarzają mu się potknięcia (choćby seria piw owocowych), ale z całych sił stara się trzymać swój poziom. Miejmy nadzieję, że jego droga będzie wiodła tylko ku lepszemu. Solidne B.
5.0 vol / B
PS Cena tego piwa w polskich sklepach woła o pomstę do nieba (8 zł). Na szczęście za naszą granicą (a mam ten przywilej, że jest ona dla mnie tuż, tuż) można nabyć butelkę za przyzwoitą cenę.
Dedykowana stylowa butelka (krachla) i etykieta utrzymaną w stonowanych kolorach (całość prezentuje się nad wyraz elegancko, choć próżno doszukiwać się tutaj - co zrozumiałe zważywszy na grupę docelową - jakiejkolwiek rewolucji designerskiej) skrywa w sobie złoty płyn, który po przelaniu do kufla nie imponuje pianą. W zapachu wyraźnie uderza diacetyl po którym do głosu dochodzą kremowe drożdże. To skondensowanie maślanych aromatów wnosi w serce nieco niepokoju, lecz być może wynika ze zwykłego nagromadzenia w wolnej przestrzeni pomiędzy trunkiem a uszczelką rzeczonych lotności. W smaku jest nieco lepiej. Diacetyl stara się jak może dopełniać całości, ale czasem wychodzi za bardzo przed szereg. Goryczka wyróżnia piwo z tłumu, lekko wysuszająca, leczniczo ziołowa, z głębokim pestkowym finiszem. Słód niezbyt wyraźny, mocno zwarty i ledwo wyczuwalnymi estrami, które nabierają kształtów w obliczu pestkowego finału. Zdecydowanie finisz podnosi ocenę Bernarda. Tak spokojnego dialogu dwóch przeciwstawnych żywiołów - trawiasto-ziołowo-pustynnego chmielu i owocowych posmaków z wyraźnie (przynajmniej dla mnie) wyczuwalną morelą, nie spotkałem dawno. Trochę szkoda, że te ciekawe owocowe nuty są zdominowane przez chmiel. Oczywiście przyczyna tego nie jest sama lupulina, ale raczej mała treściwość Bernarda, która mimo wszystko, powinna być odrobinę większa. Mamy zatem piwo dwubiegowe: na pierwszym biegu nieco jednostajne z chwilami fałszywymi akordami maślanego instrumentu, ale gdy znika już za zakrętem, wrzuca bieg drugi bardziej finezyjny i rześki nie pozwalający odpłynąć wspomnieniom słonecznych, letnich dni.
Bernard nie należy do najwybitniejszych czeskich browarów, zdarzają mu się potknięcia (choćby seria piw owocowych), ale z całych sił stara się trzymać swój poziom. Miejmy nadzieję, że jego droga będzie wiodła tylko ku lepszemu. Solidne B.
5.0 vol / B
PS Cena tego piwa w polskich sklepach woła o pomstę do nieba (8 zł). Na szczęście za naszą granicą (a mam ten przywilej, że jest ona dla mnie tuż, tuż) można nabyć butelkę za przyzwoitą cenę.
piątek, 8 lutego 2013
Rafun - snaps bir
Sznaps z piwem to wynalazek dla co bardziej niecierpliwych amatorów wirującej głowy. Wśród doświadczonych bywalców imprez oldschoolowych (czyli tych z lat 80 ubiegłego wieku) nazywany z lubością i nostalgią u-bootem, gdyż jak wiadomo ta łódź podwodna nie tylko swobodnie przemieszczała się pośród toni mórz i oceanów, ale dodatkowo zaopatrzono ją w niezwykle wybuchowe niespodzianki. Spożywało się toto w knajpach dolewając wprost do kufla (zazwyczaj pod stołem, by zakonspirować się przed czujnym wzrokiem barmana) lub bardziej oficjalnie zatapiając kieliszek okowity w złotej toni. Następnie przechylało się naczynie w taki sposób by sznaps w otoczeniu piwa rozgrzewał nasze trzewia.
Tyle przydługiego wstępu, choć uzasadnionego. Dzisiaj przede mną czeski specjał - RaFun, czyli przedstawiciel ginącego gatunku łodzi podwodnych wypełnionych wódką. 7% alkoholu nie jest odurzająco wysokie, przynajmniej w kontekście klasycznych u-bootów, ale w odniesieniu do piwa jest to już wartość całkiem spora. Plasuje ona ten trunek gdzieś w okolicach czerwonej skali na wymyślonej przeze mnie naprędce "piwnej wadze". Na etykiecie śmieje się do nas młody człowiek, zasłaniający sobie obsceniczne (nic tak nie gorszy jak golizna:) nagie sutki, zielonymi kępami trawy. Nie ma wątpliwości do kogo skierowano ten napitek.
Po otwarciu wierci nam w nosie chlebowy zapach, z niewielkim chmielem i wyczuwalną alkoholową wonią. Po przelaniu do kufla ukazuje się sklarowany płyn w złotym kolorze, z niewielką pianą, a w powietrzu dodatkowo gości przyjemny słodowy aromat minimalnie podbity śladowym diacetylem. O dziwo, nuty alkoholowe wspaniale się w tym towarzystwie ulotniły.
Smak nieco gorszy. Piwo jest dość gładkie i lekkie. Zatopiona "niespodzianka" nie jest groźna jak niemiecki okręt, choć podstępnie podpływa pod nasze ośrodki koordynacji mowy i ruchu, atakując niewybrednie. Samo środowisko poruszania się łodzi to klasyczny czeski pilzner, z wyraźną goryczką i trochę miałkim słodem. Przydałoby się więcej treściwości, choć rozumiem intencje producentów - ma być mocne, lekkie, nieodpychające. DMS cały czas balansuje na krawędzi akceptowalności, często wysuwając peryskop, a nawet momentami nieostrożnie się wynurzając! I choć summa summarum nie rujnuje całości, zdecydowanie drażni.
Chcąc szybko wzlecieć na orbitę (lub bardziej adekwatnie - zanurzyć się w odmętach procentowego morza) RaFun spełni pokładane w nim oczekiwania i niczym statek pijany ze znanego wiersza, powiedzie nas swobodnie hen za horyzont. Trudno stwierdzić czy można na tym okręcie zagościć dłużej niż kilkanaście minut, ale to już problem wszystkich idących na łatwiznę. Osobiście preferuję przygody z treściwym strong ale, jeśli zamierzam odpłynąć odholowany jak Temerainea z obrazu Turnera.
7 vol / C+
Tyle przydługiego wstępu, choć uzasadnionego. Dzisiaj przede mną czeski specjał - RaFun, czyli przedstawiciel ginącego gatunku łodzi podwodnych wypełnionych wódką. 7% alkoholu nie jest odurzająco wysokie, przynajmniej w kontekście klasycznych u-bootów, ale w odniesieniu do piwa jest to już wartość całkiem spora. Plasuje ona ten trunek gdzieś w okolicach czerwonej skali na wymyślonej przeze mnie naprędce "piwnej wadze". Na etykiecie śmieje się do nas młody człowiek, zasłaniający sobie obsceniczne (nic tak nie gorszy jak golizna:) nagie sutki, zielonymi kępami trawy. Nie ma wątpliwości do kogo skierowano ten napitek.
Po otwarciu wierci nam w nosie chlebowy zapach, z niewielkim chmielem i wyczuwalną alkoholową wonią. Po przelaniu do kufla ukazuje się sklarowany płyn w złotym kolorze, z niewielką pianą, a w powietrzu dodatkowo gości przyjemny słodowy aromat minimalnie podbity śladowym diacetylem. O dziwo, nuty alkoholowe wspaniale się w tym towarzystwie ulotniły.
Smak nieco gorszy. Piwo jest dość gładkie i lekkie. Zatopiona "niespodzianka" nie jest groźna jak niemiecki okręt, choć podstępnie podpływa pod nasze ośrodki koordynacji mowy i ruchu, atakując niewybrednie. Samo środowisko poruszania się łodzi to klasyczny czeski pilzner, z wyraźną goryczką i trochę miałkim słodem. Przydałoby się więcej treściwości, choć rozumiem intencje producentów - ma być mocne, lekkie, nieodpychające. DMS cały czas balansuje na krawędzi akceptowalności, często wysuwając peryskop, a nawet momentami nieostrożnie się wynurzając! I choć summa summarum nie rujnuje całości, zdecydowanie drażni.
Chcąc szybko wzlecieć na orbitę (lub bardziej adekwatnie - zanurzyć się w odmętach procentowego morza) RaFun spełni pokładane w nim oczekiwania i niczym statek pijany ze znanego wiersza, powiedzie nas swobodnie hen za horyzont. Trudno stwierdzić czy można na tym okręcie zagościć dłużej niż kilkanaście minut, ale to już problem wszystkich idących na łatwiznę. Osobiście preferuję przygody z treściwym strong ale, jeśli zamierzam odpłynąć odholowany jak Temerainea z obrazu Turnera.
7 vol / C+
wtorek, 29 stycznia 2013
Pszczyńskie Szlachetne
Po przeprowadzeniu małego rekonesansu internetowego, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Browar Pszczyna to nic innego jak zakamuflowany browar kontraktowy, warzący piwa w Witnicy. Dlaczego zakamuflowany? Na swojej skromnej witrynie tudzież opakowaniu, nawet słowem nie wspomniano gdzie piwo zostało uwarzone, jakby sam fakt przemilczenia tworzył historię(czytaj: budował browar).
Przy przelewaniu do kufla, wokół zakręcił się wyraźny maślany smak. "Nie będzie dobrze" - to pierwsza myśl która przebiegła moją głowę. Jednak że będzie aż tak źle, to się nie spodziewałem.
Kolor bardzo jasny, słomkowy, jak nurzający się w wodzie letni promień słońca. Piana zaszumiała w kuflu i zdecydowanie za szybko opadła tworząc niewielką warstewkę białych pęcherzyków na powierzchni. Zapach jak wspomniałem, wyraźnie podszyty diacetylem, do tego mgliste nuty siana. Pierwszy łyk odrzuca. To smutna obserwacja i fatalny prognostyk, ale smak tak odbiega od klasycznych pilznerów, że zajmuje dłuższą chwile przyzwyczajenie się do niego. Przede wszystkim dość płaski słód owładnięty nieprzyjemną maślaną dominantą z majaczącym gdzieś po drodze śladem chlebowych nut. Następnie pojawia się coś na kształt goryczki. Jest jej skąpo, oddzielona została na domiar złego od słodowego podłoża i nie jest wcale aromatyczna. Skrótowo rzecz ujmując, popełniono wszystkie możliwe błędy. Finisz niedługi i gwałtownie zanikający, w którym rachityczna gorycz spotyka się z miodowym słodem. I jedynie ten element wnosi trochę satysfakcji. Smutne prawda? Całość jest niepijalna, trudno sobie wyobrazić spędzenie z Pszczyńskim choćby średniego posiedzenia. Wysiłku wymaga nawet zmożenie zwykłej pinty (ledwo podołałem temu zadaniu). Całość zbyt płaska, balans ewidentnie zachwiany na rzecz nieciekawego słodu, a czarę goryczy przepełnia niemal królewski DMS.
Na koniec opakowanie. Dwa ziewające lwy nie są w stanie przestraszyć myszy, a co dopiero młodej antylopy. Kolorystyka świetnie kamufluje butelkę na półce wypełnionej rozpasanymi, eksplodującymi kolorami. Czyżby skrytość, niejawność, "cichociemność" przeniknęły od miejsca warzenia do samego produktu? Zatem cicho sza! Wyjdzie to wszystkim na zdrowie, zważywszy, że cena trunku plasuje produkt w klasie ocierającej się o premium, a tutaj konkurencja bywa niemiłosierna (w tej cenie można kupić nawet w Polsce, kilkanaście piw czeskich, bijących Szlachetne Pszczyńskie na głowę).
6.1 vol / C
Przy przelewaniu do kufla, wokół zakręcił się wyraźny maślany smak. "Nie będzie dobrze" - to pierwsza myśl która przebiegła moją głowę. Jednak że będzie aż tak źle, to się nie spodziewałem.
Kolor bardzo jasny, słomkowy, jak nurzający się w wodzie letni promień słońca. Piana zaszumiała w kuflu i zdecydowanie za szybko opadła tworząc niewielką warstewkę białych pęcherzyków na powierzchni. Zapach jak wspomniałem, wyraźnie podszyty diacetylem, do tego mgliste nuty siana. Pierwszy łyk odrzuca. To smutna obserwacja i fatalny prognostyk, ale smak tak odbiega od klasycznych pilznerów, że zajmuje dłuższą chwile przyzwyczajenie się do niego. Przede wszystkim dość płaski słód owładnięty nieprzyjemną maślaną dominantą z majaczącym gdzieś po drodze śladem chlebowych nut. Następnie pojawia się coś na kształt goryczki. Jest jej skąpo, oddzielona została na domiar złego od słodowego podłoża i nie jest wcale aromatyczna. Skrótowo rzecz ujmując, popełniono wszystkie możliwe błędy. Finisz niedługi i gwałtownie zanikający, w którym rachityczna gorycz spotyka się z miodowym słodem. I jedynie ten element wnosi trochę satysfakcji. Smutne prawda? Całość jest niepijalna, trudno sobie wyobrazić spędzenie z Pszczyńskim choćby średniego posiedzenia. Wysiłku wymaga nawet zmożenie zwykłej pinty (ledwo podołałem temu zadaniu). Całość zbyt płaska, balans ewidentnie zachwiany na rzecz nieciekawego słodu, a czarę goryczy przepełnia niemal królewski DMS.
Na koniec opakowanie. Dwa ziewające lwy nie są w stanie przestraszyć myszy, a co dopiero młodej antylopy. Kolorystyka świetnie kamufluje butelkę na półce wypełnionej rozpasanymi, eksplodującymi kolorami. Czyżby skrytość, niejawność, "cichociemność" przeniknęły od miejsca warzenia do samego produktu? Zatem cicho sza! Wyjdzie to wszystkim na zdrowie, zważywszy, że cena trunku plasuje produkt w klasie ocierającej się o premium, a tutaj konkurencja bywa niemiłosierna (w tej cenie można kupić nawet w Polsce, kilkanaście piw czeskich, bijących Szlachetne Pszczyńskie na głowę).
6.1 vol / C
piątek, 4 stycznia 2013
Diamond Bear Southern Blonde
Piwo wprost z rodzinnego stanu Billa Clintona, Arkansas nie zachwyca. Na szczęście w lodówce chłodzą się jeszcze dwa inne produkty browaru, więc nie można narzekać.
Minął czas świątecznych bzdetów, nudny, osowiały okres przepełniony ględzeniem o rodzinnych tradycjach i magicznych, dobrych uczynkach, z kolędami w hipermarketach i ciągnącymi się reklamami z tv w tle. Kto mógł opisywał wrażenia z degustacji piw uwarzonych na tę okoliczność, komu się udało, wystrzegał się ich jak diabeł święconej wody. Zwyczaj podkręcania śruby i podbijania grudniowej gorączki dotyczy także browarów, które gdzie tylko mogą walą te cholerne korzenne przyprawy, atakując w oczy zielono-czerwonymi etykietami. Uff... Jako zwolennik racjonalnego podejścia do tych kwestii, ignoruję falsyfikaty podsuwane przez zasady rynku, a piwo będzie dla mnie zawsze piwem, bez względu na moment jego zakupu. Nie ulegam wymuszonym nastrojom, nie wierzę w sztuczną mgłę i zimnym okiem staram się ogarniać rzeczywistość. Żaden trunek nie dostanie u mnie bonusa tylko z tego powodu, że został wypuszczony w odpowiednim momencie, właściwej etykiecie i z modnymi świątecznymi ingredientami. Albo będzie dobry, albo nie. Zresztą gdzie jest tego granica? Święto zmarłych - pumpkin ale, Boże Narodzenie - christmas ale... aż strach pomyśleć czym nas uraczą np. 1 grudnia (przypominam: Światowy Dzień AIDS).
Święta to także czas podróży i to dzięki temu wzbogaciłem się o trzy produkty małego amerykańskiego browaru Diamond Bear, ulokowanego w samym sercu stanu Arkansas, Little Rock. Na pierwszy ogień wybrałem Southern Blonde, czyli amerykańską wersję/wariację na temat niemieckiego pilznera. Jak informuje strona domowa browaru, trunek ten ma 11.5 Blg i 4,14 procent alkoholu, a nachmielony został niemieckim Perle i czeskim Saaz.
W kuflu pieni się słomkowy płyn, tak niewiarygodnie jasny i sklarowany, że przypomina raczej ice-lagery niż klasyczne pilznery. Piana niestety nie zdążyła specjalnie owładnąć powierzchni, a w zapachu wyraźnie da się odczuć DMS. Pierwszy łyk przynosi znudzenie i rozczarowanie. Piwo jest mało treściwe, bez charakterystycznych dla słodu pilzneńskiego aromatów - chlebowych czy miodowych, zaledwie gdzieś na horyzoncie majaczy coś co ogólnie można by nazwać szeroko słodowym tłem. Jak na deklarowany ekstrakt trochę to za mało. Oczywiście podobnie jak w zapachu w smaku nuty maślane również są zauważalne, a w połączeniu z dość intensywnym chmielem, tworzą mieszaninę niezbyt atrakcyjną.
Goryczka jest tutaj ślamazarna, przyciężkawa i zdecydowanie za tępa, egzystuje poza trunkiem, jakby wysforowanie się przed orkiestrę było jej ulubionym zajęciem. Ponadto zanika dość szybko, finisz rachitycznie ględzi o pójściu do domu, a degustatora łapie w kleszczowy uścisk rutyna. Mało to się różni od eurolagerów, walor pijalności także niewielki, a by się "przydymić" dla zapomnienia są zdecydowanie lepsze trunki. Pomiędzy C a C+, ale z uwagi na długi i męczący lot C+ :)
4.1 vol / C+
Minął czas świątecznych bzdetów, nudny, osowiały okres przepełniony ględzeniem o rodzinnych tradycjach i magicznych, dobrych uczynkach, z kolędami w hipermarketach i ciągnącymi się reklamami z tv w tle. Kto mógł opisywał wrażenia z degustacji piw uwarzonych na tę okoliczność, komu się udało, wystrzegał się ich jak diabeł święconej wody. Zwyczaj podkręcania śruby i podbijania grudniowej gorączki dotyczy także browarów, które gdzie tylko mogą walą te cholerne korzenne przyprawy, atakując w oczy zielono-czerwonymi etykietami. Uff... Jako zwolennik racjonalnego podejścia do tych kwestii, ignoruję falsyfikaty podsuwane przez zasady rynku, a piwo będzie dla mnie zawsze piwem, bez względu na moment jego zakupu. Nie ulegam wymuszonym nastrojom, nie wierzę w sztuczną mgłę i zimnym okiem staram się ogarniać rzeczywistość. Żaden trunek nie dostanie u mnie bonusa tylko z tego powodu, że został wypuszczony w odpowiednim momencie, właściwej etykiecie i z modnymi świątecznymi ingredientami. Albo będzie dobry, albo nie. Zresztą gdzie jest tego granica? Święto zmarłych - pumpkin ale, Boże Narodzenie - christmas ale... aż strach pomyśleć czym nas uraczą np. 1 grudnia (przypominam: Światowy Dzień AIDS).
Święta to także czas podróży i to dzięki temu wzbogaciłem się o trzy produkty małego amerykańskiego browaru Diamond Bear, ulokowanego w samym sercu stanu Arkansas, Little Rock. Na pierwszy ogień wybrałem Southern Blonde, czyli amerykańską wersję/wariację na temat niemieckiego pilznera. Jak informuje strona domowa browaru, trunek ten ma 11.5 Blg i 4,14 procent alkoholu, a nachmielony został niemieckim Perle i czeskim Saaz.
W kuflu pieni się słomkowy płyn, tak niewiarygodnie jasny i sklarowany, że przypomina raczej ice-lagery niż klasyczne pilznery. Piana niestety nie zdążyła specjalnie owładnąć powierzchni, a w zapachu wyraźnie da się odczuć DMS. Pierwszy łyk przynosi znudzenie i rozczarowanie. Piwo jest mało treściwe, bez charakterystycznych dla słodu pilzneńskiego aromatów - chlebowych czy miodowych, zaledwie gdzieś na horyzoncie majaczy coś co ogólnie można by nazwać szeroko słodowym tłem. Jak na deklarowany ekstrakt trochę to za mało. Oczywiście podobnie jak w zapachu w smaku nuty maślane również są zauważalne, a w połączeniu z dość intensywnym chmielem, tworzą mieszaninę niezbyt atrakcyjną.
Goryczka jest tutaj ślamazarna, przyciężkawa i zdecydowanie za tępa, egzystuje poza trunkiem, jakby wysforowanie się przed orkiestrę było jej ulubionym zajęciem. Ponadto zanika dość szybko, finisz rachitycznie ględzi o pójściu do domu, a degustatora łapie w kleszczowy uścisk rutyna. Mało to się różni od eurolagerów, walor pijalności także niewielki, a by się "przydymić" dla zapomnienia są zdecydowanie lepsze trunki. Pomiędzy C a C+, ale z uwagi na długi i męczący lot C+ :)
4.1 vol / C+
wtorek, 18 grudnia 2012
Ferdinand Sedm Kul
Kolor miedziany jak u klasycznego angielskiego bittera, do tego niezłe wysycenie i piana obfita w kolorze ecru. Zapach zdradza słodową proweniencję i wprowadza w lekki niepokój zważywszy jeszcze na zawartość cukru w składnikach. Czyżby czekał na nas przesłodzony ulepek? I cóż ma oznaczać, że Siedem Kul to piwo ziołowe, jak chce jedna z informacji na etykiecie? W każdym razie pod względem wizualnym jest wyjątkowo pięknie i zachęcająco, także zapach pomimo jednostronnego charakteru jest całkiem przyjemny.
Pierwszy łyk i zagadka rozwiązana. W kuflu czai się ciekawy polotmavy trunek (niby vienna lager, ale filuternie przełamujący styl), w którym mocne i głębokie nuty słodowe toczą walkę z goryczką, choć zdecydowanie bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie, że to symbioza. To co odpowiada za słodszą stronę trunku, to karmel, delikatne, suszone owoce, pełnia słodowego aromatu, z miodowo-kwiatowym echem. Od niebiańskiej słodyczy aż wiruje na podniebieniu i wtedy wkracza zdecydowana, lekko ściągająca goryczka, czyniąc rzadko spotykaną woltę w charakterze trunku. Goryczka wybrzmiewa w bardzo długim finiszu, a jej ziołowość, intensywność i moc tworzą ze słodowym echem całkiem niezłe duo, które nie chce zakończyć występu.
Siedem Kul to piwo wybitnie deserowe, pełne, gęste i mocno aromatyczne. Zarówno zwolennicy słodu jak i wyraźnej goryczki znajdą tu coś dla siebie. Połączenie jest jednak na tyle odważne i dwugłosowe, że niejeden degustator może skonfundowany podkulić ogon i zapytać: dla kogo ten słodko-gorzki koktajl? Dla mnie jak najbardziej. Browar Ferdinand nie wypuszcza tuzinkowych produktów, starając sie przy tym by jego trunki trzymały wysoką jakość.
Uwaga! Polotmave idealnie się przyswaja i pomimo niezbyt wysokiej (jak na trzynastkę) zawartości alkoholu, miłe ogniki wzniecane przez wszędobylskich psotników, łechcą nasza głowę :)
Skutečne pivo (czyt. prawdziwe piwo), to w tym przypadku całkiem adekwatna informacja i chyba po raz pierwszy pomyślałem, że taki baner na etykiecie nie musi być tylko czczą pisaniną.
5.5 vol / B+
Pierwszy łyk i zagadka rozwiązana. W kuflu czai się ciekawy polotmavy trunek (niby vienna lager, ale filuternie przełamujący styl), w którym mocne i głębokie nuty słodowe toczą walkę z goryczką, choć zdecydowanie bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie, że to symbioza. To co odpowiada za słodszą stronę trunku, to karmel, delikatne, suszone owoce, pełnia słodowego aromatu, z miodowo-kwiatowym echem. Od niebiańskiej słodyczy aż wiruje na podniebieniu i wtedy wkracza zdecydowana, lekko ściągająca goryczka, czyniąc rzadko spotykaną woltę w charakterze trunku. Goryczka wybrzmiewa w bardzo długim finiszu, a jej ziołowość, intensywność i moc tworzą ze słodowym echem całkiem niezłe duo, które nie chce zakończyć występu.
Siedem Kul to piwo wybitnie deserowe, pełne, gęste i mocno aromatyczne. Zarówno zwolennicy słodu jak i wyraźnej goryczki znajdą tu coś dla siebie. Połączenie jest jednak na tyle odważne i dwugłosowe, że niejeden degustator może skonfundowany podkulić ogon i zapytać: dla kogo ten słodko-gorzki koktajl? Dla mnie jak najbardziej. Browar Ferdinand nie wypuszcza tuzinkowych produktów, starając sie przy tym by jego trunki trzymały wysoką jakość.
Uwaga! Polotmave idealnie się przyswaja i pomimo niezbyt wysokiej (jak na trzynastkę) zawartości alkoholu, miłe ogniki wzniecane przez wszędobylskich psotników, łechcą nasza głowę :)
Skutečne pivo (czyt. prawdziwe piwo), to w tym przypadku całkiem adekwatna informacja i chyba po raz pierwszy pomyślałem, że taki baner na etykiecie nie musi być tylko czczą pisaniną.
5.5 vol / B+
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Bastard
Zakrętka typu twist off otwiera nam pięknie bursztynowy płyn, którego aromat niesie przyjemne chlebowe i słodowe komponenty. Wysycenie całkiem spore, jednak ulatnia się nazbyt szybko, a wraz z nim znika na powierzchni rachityczna piana. Z etykiety łypie na nas czerwonym okiem emotwarz, człowieka androgenicznego. Piekielne ognie niczym diabelskie języki liżą jej oblicze. Bastard czyli hmm... powiedzmy drań, jest słodki (trochę jak tytułowy bohater jednego filmów Woody Allena) a goryczka daleko w tle dopełnia całości.
Zaiste dziwny to produkt, gdyż cała oprawa wydaje się ukłonem w stronę młodego pokolenia i zdąża w stronę trunku z niecodziennym charakterem - świadczą o tym zarówno hasła reklamowe (nieco żenujący Cool beer from hell) jak i mocna nazwa, ale w gruncie rzeczy otrzymujemy wzmocnionego pilznera w typowym dla Pivovara Herold, zestawieniu. A więc wybitny słód (wsparty dodatkowo nie wiedzieć czemu cukrem) i dopiero potem cała reszta. Jednak w porównaniu z tradycyjną rodziną piw z Brzeźnic - nomen omen - Bastard, zawodzi i jest wyraźnie gorszy. Wspomniany słód zawiera nuty chlebowe, trochę siana, śladowo miód, wyraźnie chlebowych naleciałości i niewielki "wspomagający" DMS. Chmiel łagodny i wyczuwalny, ale jest go jak na lekarstwo, przy dłuższym obcowaniu z trunkiem słodycz zaczyna przyciężkawo brzmieć, a nawet przynudzać, choć późnojesienne popołudnie sprzyja tego rodzaju trunkom. Brak piany i wysycenie, które tak szybko zniknęło jak mocno się zaczęło, nie dodają całości skrzydeł. Wysoka zawartość alkoholu daję się odczuć jedynie w głowie, a nie na języku i to trochę ratuje ocenę. Niemniej jednak Bastrad to zaledwie ciekawostka z tradycyjnego browaru, który próbuje podążać za trendami rynkowymi. W tym przypadku niespecjalnie z powodzeniem. Zważywszy na cenę i ilość piwa (butelka 0,33 l) lepiej zdegustować tradycyjną linię Herolda. I co z tego że jest B-?
6.1 vol / B-
Zaiste dziwny to produkt, gdyż cała oprawa wydaje się ukłonem w stronę młodego pokolenia i zdąża w stronę trunku z niecodziennym charakterem - świadczą o tym zarówno hasła reklamowe (nieco żenujący Cool beer from hell) jak i mocna nazwa, ale w gruncie rzeczy otrzymujemy wzmocnionego pilznera w typowym dla Pivovara Herold, zestawieniu. A więc wybitny słód (wsparty dodatkowo nie wiedzieć czemu cukrem) i dopiero potem cała reszta. Jednak w porównaniu z tradycyjną rodziną piw z Brzeźnic - nomen omen - Bastard, zawodzi i jest wyraźnie gorszy. Wspomniany słód zawiera nuty chlebowe, trochę siana, śladowo miód, wyraźnie chlebowych naleciałości i niewielki "wspomagający" DMS. Chmiel łagodny i wyczuwalny, ale jest go jak na lekarstwo, przy dłuższym obcowaniu z trunkiem słodycz zaczyna przyciężkawo brzmieć, a nawet przynudzać, choć późnojesienne popołudnie sprzyja tego rodzaju trunkom. Brak piany i wysycenie, które tak szybko zniknęło jak mocno się zaczęło, nie dodają całości skrzydeł. Wysoka zawartość alkoholu daję się odczuć jedynie w głowie, a nie na języku i to trochę ratuje ocenę. Niemniej jednak Bastrad to zaledwie ciekawostka z tradycyjnego browaru, który próbuje podążać za trendami rynkowymi. W tym przypadku niespecjalnie z powodzeniem. Zważywszy na cenę i ilość piwa (butelka 0,33 l) lepiej zdegustować tradycyjną linię Herolda. I co z tego że jest B-?
6.1 vol / B-
wtorek, 11 grudnia 2012
Taxis
W czasach dzieciństwa stereotyp Czech utrwalało wiele zjawisk osadzonych w kulturze popularnej, przyjętych u nas jak wizytówki krainy zza południowej granicy. Jedną z nich była Wielka Pardubicka - bodaj najtrudniejsza z gonitw terenowych dla koni na świecie. A na pewno w Europie. Nie było chyba wśród moich rówieśników nikogo, kto nie kojarzyłby widoku olbrzymiego rowu wypełnionego wodą i wpadających doń rumaków poganianych przez niewysokich, ale wystarczająca zdeterminowanych dżokejów, dla których wspomniana przeszkoda jawiła się niczym najważniejszy w życiu test, którego oblanie mogło oznaczać niezmywalną plamę na honorze. Widok dla jednych fascynujący, dla innych przykry, niemniej jednak na trwale zapisany w obrazie Czech. Po tym przydługim wstępie, który stanowi preludium do innej atrakcji Pardubic - lokalnego browaru Pernstejn, przechodzę do opisu jednego z ich flagowych trunków. Jego etykietę zdobią - a jakże - galopujące konie, i trudno się dziwić takiemu wyborowi w kontekście tego co napisałem powyżej. Każdy chwali się tym co najbardziej znane.
Zapach tu mamy lekko zbożowy, z miodowymi nutami i minimalnym drożdżowym echem. W sumie całkiem przyjemne zestawienie. Kolor bursztynowy zawładnął na dobre kuflem. Piana niewielka, wysycenie całkiem spore.
Smak wybitnie słodowy, ze szczególnym naciskiem na "wybitnie", gdyż jakość tego elementu zdaje się być niepodważalna. Szerokie spektrum słodowości zawiera aromaty zbożowe, chlebowe, trochę siana, odrobina miodu, kwiatowo-ziołowe nuty i minimalny diacetyl podbijający całość. Goryczka ledwie zaznaczona, w finiszu wyraźniejsza, nieco pestkowa i całkiem długo wybrzmiewająca. Po dłuższej chwili ściąga podniebienie, zmuszając do kolejnego łyku niosącego łagodzący słód. Trudno to piwo nazwać sesyjnym - podwyższona zawartość alkoholu i wysoki ekstrakt raczej do tego nie skłaniają, a jednak z łatwością wyobrażam sobie spędzenie z Taxisem upojnego wieczoru. W całej rozciągłości tego słowa, gdyż alkohol przyswaja się momentalnie i ulatuje on niczym opar przez warstwy organizmu wprost do głowy.
Szukając po sklepowych półkach alternatywy dla klasycznych czeskich pilznerów spożywanych każdego dnia, warto skusić się na mocniejszą wersję złocistego trunku z Pardubic.
6.0 vol / B+
Zapach tu mamy lekko zbożowy, z miodowymi nutami i minimalnym drożdżowym echem. W sumie całkiem przyjemne zestawienie. Kolor bursztynowy zawładnął na dobre kuflem. Piana niewielka, wysycenie całkiem spore.
Smak wybitnie słodowy, ze szczególnym naciskiem na "wybitnie", gdyż jakość tego elementu zdaje się być niepodważalna. Szerokie spektrum słodowości zawiera aromaty zbożowe, chlebowe, trochę siana, odrobina miodu, kwiatowo-ziołowe nuty i minimalny diacetyl podbijający całość. Goryczka ledwie zaznaczona, w finiszu wyraźniejsza, nieco pestkowa i całkiem długo wybrzmiewająca. Po dłuższej chwili ściąga podniebienie, zmuszając do kolejnego łyku niosącego łagodzący słód. Trudno to piwo nazwać sesyjnym - podwyższona zawartość alkoholu i wysoki ekstrakt raczej do tego nie skłaniają, a jednak z łatwością wyobrażam sobie spędzenie z Taxisem upojnego wieczoru. W całej rozciągłości tego słowa, gdyż alkohol przyswaja się momentalnie i ulatuje on niczym opar przez warstwy organizmu wprost do głowy.
Szukając po sklepowych półkach alternatywy dla klasycznych czeskich pilznerów spożywanych każdego dnia, warto skusić się na mocniejszą wersję złocistego trunku z Pardubic.
6.0 vol / B+
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















