Nazwa Fenix nie należy do specjalnie wyszukanych, ale przecież nikt nie oczekuje od razu odkrywania Atlantydy, zwłaszcza że butelka wabi żywą żółto czerwono czarną etykietą nawiązującą nieco do przedwojennego okresu wzornictwa. Fenix należy do Pilznenskiego Prazdroju i jest produktem wyraźnie skierowanym do wakacyjnego, masowego klienta. Czy to źle? Czy może mu to zaszkodzić? Ano zobaczymy.
Po otwarciu zapach wyraźni drażni nos śląc drożdżowy ładunek podparty solidnym goździkiem oraz kolendrą i niewyraźnymi cytrusami. Znaczy się jak na pszeniczniaka albo ściślej witbiera przystało. Aromat z pewnością jest dużym atutem naszego bohatera.
Po przelaniu do kufla ukazuje się nam mocno zmętniały i jasno pomarańczowy płyn, którego powierzchnię wieńczy drobnoziarnista, biała piana. Etykieta informuje, że nasze piwo charakteryzuje się ujętą w recepturze kolendrą i pomarańczowymi nutami i rzeczywiście kolendry tutaj nie brakuje, a skórka pomarańczowa nie drażni podniebienia, choć miałbym życzenie by była bardziej wyczuwalna. Baza słodowa nie znika w odmętach wody , ale trzeba wyraźnie zaznaczyć że jest to piwo lekkie wiec cudów nasycenia treścią spodziewać się nie można. Finisz krótki wypełniony maślanymi drożdżami i chmielową nutą.
Feniks z wdziękiem i lekkością wpisuje się w belgijski styl królujący na letnich stołach Brabancji. Nie jest to wybitny przedstawiciel tego wracającego do łask trunku, ale z pewnością nie zawodzi. Poprawnie i bez szaleństw.
4.7 vol / B
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czeskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czeskie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 sierpnia 2014
wtorek, 3 września 2013
Bernard jedenáctka
Bernard raz udanie, innym razem już mniej, ale suma summarum to browar raczej przeciętny. Na dzisiaj przygotowałem jedenastkę, która zdaje się potwierdzać tę sinusoidalną ocenę przybytku z Humpolca. Nieco dziwią wysokie oceny tego trunku i nagrody na festiwalach.
Wysycenie spore, piana gruboziarnista trwała i kremowa. Zapach poprawny chmielowo-słodowy. Do tego momentu jest poprawnie, ale przed nami to co najważniejsze - smak.
Pierwszy łyk i uderza w kubki smakowe obfity i tłustawy słód - jakże przyjemnie się zapowiada! Jednak znika natychmiast to wrażenie po przełknięciu. Słód przemienia się w zbożowego stracha na wróble i do głosu dochodzi goryczka. Głęboka ale tępawa i całkowicie bez finezji. Finiszuje niezbyt długo i w wyraźnej opozycji do słodu, który nagle wyłonił się z odmętów płynu. Goryczka jak wspomniałem niezbyt wysokich lotów, nazbyt pestkowa, trąci lekko stęchłym posmakiem i niedojrzałymi ziołami. Wyraźnie da się także wyczuć metaliczną nutę, która jednak tak nie razi jak np. w rodzimym Brackim. W zestawieniu do słodu, akcentującego prowincjonalny zbożowy posmak, tworzy coś na kształt chemicznego pierwiastka, który towarzyszy nam od drugiego łyku i z każdą chwilą staje się nazbyt nachalny i co tu dużo mówić - nieznośny. Pomimo faktu, że nie jest to dominująca cecha tego trunku, nie sposób wymazać z pamięci tej nienaturalnej nuty.
Bernard z powodzeniem stara się wypromować na czeskim rynku piwnym (i nie tylko), na każdym kroku podkreślając swój tradycyjny rodowód (niestety dość mocno naciągany). Jednak jak to zwykle bywa poza szumnym marketingiem, bełkotem okraszonym górnolotnymi odniesieniami i nowoczesną stylistyką przekazu, niewiele z tych deklaracji zostaje. Pierwszy łyk to za mało...
4.5 vol / C+
Wysycenie spore, piana gruboziarnista trwała i kremowa. Zapach poprawny chmielowo-słodowy. Do tego momentu jest poprawnie, ale przed nami to co najważniejsze - smak.
Pierwszy łyk i uderza w kubki smakowe obfity i tłustawy słód - jakże przyjemnie się zapowiada! Jednak znika natychmiast to wrażenie po przełknięciu. Słód przemienia się w zbożowego stracha na wróble i do głosu dochodzi goryczka. Głęboka ale tępawa i całkowicie bez finezji. Finiszuje niezbyt długo i w wyraźnej opozycji do słodu, który nagle wyłonił się z odmętów płynu. Goryczka jak wspomniałem niezbyt wysokich lotów, nazbyt pestkowa, trąci lekko stęchłym posmakiem i niedojrzałymi ziołami. Wyraźnie da się także wyczuć metaliczną nutę, która jednak tak nie razi jak np. w rodzimym Brackim. W zestawieniu do słodu, akcentującego prowincjonalny zbożowy posmak, tworzy coś na kształt chemicznego pierwiastka, który towarzyszy nam od drugiego łyku i z każdą chwilą staje się nazbyt nachalny i co tu dużo mówić - nieznośny. Pomimo faktu, że nie jest to dominująca cecha tego trunku, nie sposób wymazać z pamięci tej nienaturalnej nuty.
Bernard z powodzeniem stara się wypromować na czeskim rynku piwnym (i nie tylko), na każdym kroku podkreślając swój tradycyjny rodowód (niestety dość mocno naciągany). Jednak jak to zwykle bywa poza szumnym marketingiem, bełkotem okraszonym górnolotnymi odniesieniami i nowoczesną stylistyką przekazu, niewiele z tych deklaracji zostaje. Pierwszy łyk to za mało...
4.5 vol / C+
czwartek, 21 marca 2013
Primator Stout (suplement)
Z cyklu powtórka z rozrywki, dzisiaj będzie stout z Primatora. Minął dość długi czas od ostatniej degustacji tego dżentelmena, a smaki i doświadczenie mają to do siebie, że lubią się zmieniać. Browary także - pomimo, albo właśnie w związku z kontrolą jakości - modyfikują receptury. Jaki zatem jest ciemniak z Nachodu?
Po otwarciu butelki w nozdrza uderza zapach chmielu, a w następnej kolejności dopiero do głosu dochodzą charakterystyczne dla stylu aromaty palonego słodu. Po przelaniu do kufla na powierzchni formuje się pokaźna beżowa piana, całkiem przy tym apetyczna. Kolor diablo czarny, dopiero gdy skierować z kontry mocny strumień światła w szkło, pojawiają się ciemnorubinowe bliki.
Smak wybitnie wytrawny. Nie ma tutaj ni grama słodyczy. Panoszy się zawadiacko mocna goryczka. Intensywna, głęboka. nieco ściągająca i długo finiszująca. Słód do tego stopnia został zdominowany przez chmiel i palone nuty (one także nadają intensywności goryczy), że dopiero w finiszu przebija się nieśmiałe do przodu. Z owych palonych nut wyodrębnić możemy, gorzką czekoladę i wybitnie kawowe ślady. Całość raczej lekka w stronę półpełnej, zdecydowanie pijalna i sesyjna. Mając na uwadze wytrawność, wysoki poziom IBU i lekkość stout Primatora posiadł jeszcze jedną cechę, nieczęsto spotykaną wśród "ciemniaków" - jest on orzeźwiający. Nie rości sobie pretensji do zastąpienia schłodzonego pilznera, ale jednak ukoić w upalne dni zapewne potrafi.
Dwa lata temu oceniłem to piwo zdecydowanie za nisko, zarzucając mu odosobnienie goryczki od całości. Nie miałem racji (jak to zwykle bywa z osądami z przeszłości). Stout Primatora to świetne piwo na każdą okazję, i jestem dodatkowo przekonany, że jego wersja z kija spokojnie może dorównywać ikonom stylu.
4.7 vol / B+
Po otwarciu butelki w nozdrza uderza zapach chmielu, a w następnej kolejności dopiero do głosu dochodzą charakterystyczne dla stylu aromaty palonego słodu. Po przelaniu do kufla na powierzchni formuje się pokaźna beżowa piana, całkiem przy tym apetyczna. Kolor diablo czarny, dopiero gdy skierować z kontry mocny strumień światła w szkło, pojawiają się ciemnorubinowe bliki.
Smak wybitnie wytrawny. Nie ma tutaj ni grama słodyczy. Panoszy się zawadiacko mocna goryczka. Intensywna, głęboka. nieco ściągająca i długo finiszująca. Słód do tego stopnia został zdominowany przez chmiel i palone nuty (one także nadają intensywności goryczy), że dopiero w finiszu przebija się nieśmiałe do przodu. Z owych palonych nut wyodrębnić możemy, gorzką czekoladę i wybitnie kawowe ślady. Całość raczej lekka w stronę półpełnej, zdecydowanie pijalna i sesyjna. Mając na uwadze wytrawność, wysoki poziom IBU i lekkość stout Primatora posiadł jeszcze jedną cechę, nieczęsto spotykaną wśród "ciemniaków" - jest on orzeźwiający. Nie rości sobie pretensji do zastąpienia schłodzonego pilznera, ale jednak ukoić w upalne dni zapewne potrafi.
Dwa lata temu oceniłem to piwo zdecydowanie za nisko, zarzucając mu odosobnienie goryczki od całości. Nie miałem racji (jak to zwykle bywa z osądami z przeszłości). Stout Primatora to świetne piwo na każdą okazję, i jestem dodatkowo przekonany, że jego wersja z kija spokojnie może dorównywać ikonom stylu.
4.7 vol / B+
czwartek, 14 marca 2013
Bernard Sváteční Ležák
Bernard stara się utrzymać kurs wyznaczony przez właściciela po 1991 roku - łączy w sobie dyskretną choć zdecydowaną promocję z trunkami kojarzonymi jednoznacznie z czeską krainą. Wystarczy jeden rzut oka choćby na internetową stronę domową browaru by zauważyć nieco korporacyjny sznyt i pełen rozmachu prowadzony marketing. Portfolio wypełnione zostało w przeważającej części niepasteryzowanymi pilznerami, od klasycznej desitki po tmave. Bernard stara się również być obecny na zagranicznych rynkach, w czym zdecydowanie ma pomóc nasz dzisiejszy bohater Bernard Svatecni Lezak zwany w Europie Celebration Lager.
Dedykowana stylowa butelka (krachla) i etykieta utrzymaną w stonowanych kolorach (całość prezentuje się nad wyraz elegancko, choć próżno doszukiwać się tutaj - co zrozumiałe zważywszy na grupę docelową - jakiejkolwiek rewolucji designerskiej) skrywa w sobie złoty płyn, który po przelaniu do kufla nie imponuje pianą. W zapachu wyraźnie uderza diacetyl po którym do głosu dochodzą kremowe drożdże. To skondensowanie maślanych aromatów wnosi w serce nieco niepokoju, lecz być może wynika ze zwykłego nagromadzenia w wolnej przestrzeni pomiędzy trunkiem a uszczelką rzeczonych lotności. W smaku jest nieco lepiej. Diacetyl stara się jak może dopełniać całości, ale czasem wychodzi za bardzo przed szereg. Goryczka wyróżnia piwo z tłumu, lekko wysuszająca, leczniczo ziołowa, z głębokim pestkowym finiszem. Słód niezbyt wyraźny, mocno zwarty i ledwo wyczuwalnymi estrami, które nabierają kształtów w obliczu pestkowego finału. Zdecydowanie finisz podnosi ocenę Bernarda. Tak spokojnego dialogu dwóch przeciwstawnych żywiołów - trawiasto-ziołowo-pustynnego chmielu i owocowych posmaków z wyraźnie (przynajmniej dla mnie) wyczuwalną morelą, nie spotkałem dawno. Trochę szkoda, że te ciekawe owocowe nuty są zdominowane przez chmiel. Oczywiście przyczyna tego nie jest sama lupulina, ale raczej mała treściwość Bernarda, która mimo wszystko, powinna być odrobinę większa. Mamy zatem piwo dwubiegowe: na pierwszym biegu nieco jednostajne z chwilami fałszywymi akordami maślanego instrumentu, ale gdy znika już za zakrętem, wrzuca bieg drugi bardziej finezyjny i rześki nie pozwalający odpłynąć wspomnieniom słonecznych, letnich dni.
Bernard nie należy do najwybitniejszych czeskich browarów, zdarzają mu się potknięcia (choćby seria piw owocowych), ale z całych sił stara się trzymać swój poziom. Miejmy nadzieję, że jego droga będzie wiodła tylko ku lepszemu. Solidne B.
5.0 vol / B
PS Cena tego piwa w polskich sklepach woła o pomstę do nieba (8 zł). Na szczęście za naszą granicą (a mam ten przywilej, że jest ona dla mnie tuż, tuż) można nabyć butelkę za przyzwoitą cenę.
Dedykowana stylowa butelka (krachla) i etykieta utrzymaną w stonowanych kolorach (całość prezentuje się nad wyraz elegancko, choć próżno doszukiwać się tutaj - co zrozumiałe zważywszy na grupę docelową - jakiejkolwiek rewolucji designerskiej) skrywa w sobie złoty płyn, który po przelaniu do kufla nie imponuje pianą. W zapachu wyraźnie uderza diacetyl po którym do głosu dochodzą kremowe drożdże. To skondensowanie maślanych aromatów wnosi w serce nieco niepokoju, lecz być może wynika ze zwykłego nagromadzenia w wolnej przestrzeni pomiędzy trunkiem a uszczelką rzeczonych lotności. W smaku jest nieco lepiej. Diacetyl stara się jak może dopełniać całości, ale czasem wychodzi za bardzo przed szereg. Goryczka wyróżnia piwo z tłumu, lekko wysuszająca, leczniczo ziołowa, z głębokim pestkowym finiszem. Słód niezbyt wyraźny, mocno zwarty i ledwo wyczuwalnymi estrami, które nabierają kształtów w obliczu pestkowego finału. Zdecydowanie finisz podnosi ocenę Bernarda. Tak spokojnego dialogu dwóch przeciwstawnych żywiołów - trawiasto-ziołowo-pustynnego chmielu i owocowych posmaków z wyraźnie (przynajmniej dla mnie) wyczuwalną morelą, nie spotkałem dawno. Trochę szkoda, że te ciekawe owocowe nuty są zdominowane przez chmiel. Oczywiście przyczyna tego nie jest sama lupulina, ale raczej mała treściwość Bernarda, która mimo wszystko, powinna być odrobinę większa. Mamy zatem piwo dwubiegowe: na pierwszym biegu nieco jednostajne z chwilami fałszywymi akordami maślanego instrumentu, ale gdy znika już za zakrętem, wrzuca bieg drugi bardziej finezyjny i rześki nie pozwalający odpłynąć wspomnieniom słonecznych, letnich dni.
Bernard nie należy do najwybitniejszych czeskich browarów, zdarzają mu się potknięcia (choćby seria piw owocowych), ale z całych sił stara się trzymać swój poziom. Miejmy nadzieję, że jego droga będzie wiodła tylko ku lepszemu. Solidne B.
5.0 vol / B
PS Cena tego piwa w polskich sklepach woła o pomstę do nieba (8 zł). Na szczęście za naszą granicą (a mam ten przywilej, że jest ona dla mnie tuż, tuż) można nabyć butelkę za przyzwoitą cenę.
piątek, 8 lutego 2013
Rafun - snaps bir
Sznaps z piwem to wynalazek dla co bardziej niecierpliwych amatorów wirującej głowy. Wśród doświadczonych bywalców imprez oldschoolowych (czyli tych z lat 80 ubiegłego wieku) nazywany z lubością i nostalgią u-bootem, gdyż jak wiadomo ta łódź podwodna nie tylko swobodnie przemieszczała się pośród toni mórz i oceanów, ale dodatkowo zaopatrzono ją w niezwykle wybuchowe niespodzianki. Spożywało się toto w knajpach dolewając wprost do kufla (zazwyczaj pod stołem, by zakonspirować się przed czujnym wzrokiem barmana) lub bardziej oficjalnie zatapiając kieliszek okowity w złotej toni. Następnie przechylało się naczynie w taki sposób by sznaps w otoczeniu piwa rozgrzewał nasze trzewia.
Tyle przydługiego wstępu, choć uzasadnionego. Dzisiaj przede mną czeski specjał - RaFun, czyli przedstawiciel ginącego gatunku łodzi podwodnych wypełnionych wódką. 7% alkoholu nie jest odurzająco wysokie, przynajmniej w kontekście klasycznych u-bootów, ale w odniesieniu do piwa jest to już wartość całkiem spora. Plasuje ona ten trunek gdzieś w okolicach czerwonej skali na wymyślonej przeze mnie naprędce "piwnej wadze". Na etykiecie śmieje się do nas młody człowiek, zasłaniający sobie obsceniczne (nic tak nie gorszy jak golizna:) nagie sutki, zielonymi kępami trawy. Nie ma wątpliwości do kogo skierowano ten napitek.
Po otwarciu wierci nam w nosie chlebowy zapach, z niewielkim chmielem i wyczuwalną alkoholową wonią. Po przelaniu do kufla ukazuje się sklarowany płyn w złotym kolorze, z niewielką pianą, a w powietrzu dodatkowo gości przyjemny słodowy aromat minimalnie podbity śladowym diacetylem. O dziwo, nuty alkoholowe wspaniale się w tym towarzystwie ulotniły.
Smak nieco gorszy. Piwo jest dość gładkie i lekkie. Zatopiona "niespodzianka" nie jest groźna jak niemiecki okręt, choć podstępnie podpływa pod nasze ośrodki koordynacji mowy i ruchu, atakując niewybrednie. Samo środowisko poruszania się łodzi to klasyczny czeski pilzner, z wyraźną goryczką i trochę miałkim słodem. Przydałoby się więcej treściwości, choć rozumiem intencje producentów - ma być mocne, lekkie, nieodpychające. DMS cały czas balansuje na krawędzi akceptowalności, często wysuwając peryskop, a nawet momentami nieostrożnie się wynurzając! I choć summa summarum nie rujnuje całości, zdecydowanie drażni.
Chcąc szybko wzlecieć na orbitę (lub bardziej adekwatnie - zanurzyć się w odmętach procentowego morza) RaFun spełni pokładane w nim oczekiwania i niczym statek pijany ze znanego wiersza, powiedzie nas swobodnie hen za horyzont. Trudno stwierdzić czy można na tym okręcie zagościć dłużej niż kilkanaście minut, ale to już problem wszystkich idących na łatwiznę. Osobiście preferuję przygody z treściwym strong ale, jeśli zamierzam odpłynąć odholowany jak Temerainea z obrazu Turnera.
7 vol / C+
Tyle przydługiego wstępu, choć uzasadnionego. Dzisiaj przede mną czeski specjał - RaFun, czyli przedstawiciel ginącego gatunku łodzi podwodnych wypełnionych wódką. 7% alkoholu nie jest odurzająco wysokie, przynajmniej w kontekście klasycznych u-bootów, ale w odniesieniu do piwa jest to już wartość całkiem spora. Plasuje ona ten trunek gdzieś w okolicach czerwonej skali na wymyślonej przeze mnie naprędce "piwnej wadze". Na etykiecie śmieje się do nas młody człowiek, zasłaniający sobie obsceniczne (nic tak nie gorszy jak golizna:) nagie sutki, zielonymi kępami trawy. Nie ma wątpliwości do kogo skierowano ten napitek.
Po otwarciu wierci nam w nosie chlebowy zapach, z niewielkim chmielem i wyczuwalną alkoholową wonią. Po przelaniu do kufla ukazuje się sklarowany płyn w złotym kolorze, z niewielką pianą, a w powietrzu dodatkowo gości przyjemny słodowy aromat minimalnie podbity śladowym diacetylem. O dziwo, nuty alkoholowe wspaniale się w tym towarzystwie ulotniły.
Smak nieco gorszy. Piwo jest dość gładkie i lekkie. Zatopiona "niespodzianka" nie jest groźna jak niemiecki okręt, choć podstępnie podpływa pod nasze ośrodki koordynacji mowy i ruchu, atakując niewybrednie. Samo środowisko poruszania się łodzi to klasyczny czeski pilzner, z wyraźną goryczką i trochę miałkim słodem. Przydałoby się więcej treściwości, choć rozumiem intencje producentów - ma być mocne, lekkie, nieodpychające. DMS cały czas balansuje na krawędzi akceptowalności, często wysuwając peryskop, a nawet momentami nieostrożnie się wynurzając! I choć summa summarum nie rujnuje całości, zdecydowanie drażni.
Chcąc szybko wzlecieć na orbitę (lub bardziej adekwatnie - zanurzyć się w odmętach procentowego morza) RaFun spełni pokładane w nim oczekiwania i niczym statek pijany ze znanego wiersza, powiedzie nas swobodnie hen za horyzont. Trudno stwierdzić czy można na tym okręcie zagościć dłużej niż kilkanaście minut, ale to już problem wszystkich idących na łatwiznę. Osobiście preferuję przygody z treściwym strong ale, jeśli zamierzam odpłynąć odholowany jak Temerainea z obrazu Turnera.
7 vol / C+
wtorek, 18 grudnia 2012
Ferdinand Sedm Kul
Kolor miedziany jak u klasycznego angielskiego bittera, do tego niezłe wysycenie i piana obfita w kolorze ecru. Zapach zdradza słodową proweniencję i wprowadza w lekki niepokój zważywszy jeszcze na zawartość cukru w składnikach. Czyżby czekał na nas przesłodzony ulepek? I cóż ma oznaczać, że Siedem Kul to piwo ziołowe, jak chce jedna z informacji na etykiecie? W każdym razie pod względem wizualnym jest wyjątkowo pięknie i zachęcająco, także zapach pomimo jednostronnego charakteru jest całkiem przyjemny.
Pierwszy łyk i zagadka rozwiązana. W kuflu czai się ciekawy polotmavy trunek (niby vienna lager, ale filuternie przełamujący styl), w którym mocne i głębokie nuty słodowe toczą walkę z goryczką, choć zdecydowanie bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie, że to symbioza. To co odpowiada za słodszą stronę trunku, to karmel, delikatne, suszone owoce, pełnia słodowego aromatu, z miodowo-kwiatowym echem. Od niebiańskiej słodyczy aż wiruje na podniebieniu i wtedy wkracza zdecydowana, lekko ściągająca goryczka, czyniąc rzadko spotykaną woltę w charakterze trunku. Goryczka wybrzmiewa w bardzo długim finiszu, a jej ziołowość, intensywność i moc tworzą ze słodowym echem całkiem niezłe duo, które nie chce zakończyć występu.
Siedem Kul to piwo wybitnie deserowe, pełne, gęste i mocno aromatyczne. Zarówno zwolennicy słodu jak i wyraźnej goryczki znajdą tu coś dla siebie. Połączenie jest jednak na tyle odważne i dwugłosowe, że niejeden degustator może skonfundowany podkulić ogon i zapytać: dla kogo ten słodko-gorzki koktajl? Dla mnie jak najbardziej. Browar Ferdinand nie wypuszcza tuzinkowych produktów, starając sie przy tym by jego trunki trzymały wysoką jakość.
Uwaga! Polotmave idealnie się przyswaja i pomimo niezbyt wysokiej (jak na trzynastkę) zawartości alkoholu, miłe ogniki wzniecane przez wszędobylskich psotników, łechcą nasza głowę :)
Skutečne pivo (czyt. prawdziwe piwo), to w tym przypadku całkiem adekwatna informacja i chyba po raz pierwszy pomyślałem, że taki baner na etykiecie nie musi być tylko czczą pisaniną.
5.5 vol / B+
Pierwszy łyk i zagadka rozwiązana. W kuflu czai się ciekawy polotmavy trunek (niby vienna lager, ale filuternie przełamujący styl), w którym mocne i głębokie nuty słodowe toczą walkę z goryczką, choć zdecydowanie bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie, że to symbioza. To co odpowiada za słodszą stronę trunku, to karmel, delikatne, suszone owoce, pełnia słodowego aromatu, z miodowo-kwiatowym echem. Od niebiańskiej słodyczy aż wiruje na podniebieniu i wtedy wkracza zdecydowana, lekko ściągająca goryczka, czyniąc rzadko spotykaną woltę w charakterze trunku. Goryczka wybrzmiewa w bardzo długim finiszu, a jej ziołowość, intensywność i moc tworzą ze słodowym echem całkiem niezłe duo, które nie chce zakończyć występu.
Siedem Kul to piwo wybitnie deserowe, pełne, gęste i mocno aromatyczne. Zarówno zwolennicy słodu jak i wyraźnej goryczki znajdą tu coś dla siebie. Połączenie jest jednak na tyle odważne i dwugłosowe, że niejeden degustator może skonfundowany podkulić ogon i zapytać: dla kogo ten słodko-gorzki koktajl? Dla mnie jak najbardziej. Browar Ferdinand nie wypuszcza tuzinkowych produktów, starając sie przy tym by jego trunki trzymały wysoką jakość.
Uwaga! Polotmave idealnie się przyswaja i pomimo niezbyt wysokiej (jak na trzynastkę) zawartości alkoholu, miłe ogniki wzniecane przez wszędobylskich psotników, łechcą nasza głowę :)
Skutečne pivo (czyt. prawdziwe piwo), to w tym przypadku całkiem adekwatna informacja i chyba po raz pierwszy pomyślałem, że taki baner na etykiecie nie musi być tylko czczą pisaniną.
5.5 vol / B+
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Bastard
Zakrętka typu twist off otwiera nam pięknie bursztynowy płyn, którego aromat niesie przyjemne chlebowe i słodowe komponenty. Wysycenie całkiem spore, jednak ulatnia się nazbyt szybko, a wraz z nim znika na powierzchni rachityczna piana. Z etykiety łypie na nas czerwonym okiem emotwarz, człowieka androgenicznego. Piekielne ognie niczym diabelskie języki liżą jej oblicze. Bastard czyli hmm... powiedzmy drań, jest słodki (trochę jak tytułowy bohater jednego filmów Woody Allena) a goryczka daleko w tle dopełnia całości.
Zaiste dziwny to produkt, gdyż cała oprawa wydaje się ukłonem w stronę młodego pokolenia i zdąża w stronę trunku z niecodziennym charakterem - świadczą o tym zarówno hasła reklamowe (nieco żenujący Cool beer from hell) jak i mocna nazwa, ale w gruncie rzeczy otrzymujemy wzmocnionego pilznera w typowym dla Pivovara Herold, zestawieniu. A więc wybitny słód (wsparty dodatkowo nie wiedzieć czemu cukrem) i dopiero potem cała reszta. Jednak w porównaniu z tradycyjną rodziną piw z Brzeźnic - nomen omen - Bastard, zawodzi i jest wyraźnie gorszy. Wspomniany słód zawiera nuty chlebowe, trochę siana, śladowo miód, wyraźnie chlebowych naleciałości i niewielki "wspomagający" DMS. Chmiel łagodny i wyczuwalny, ale jest go jak na lekarstwo, przy dłuższym obcowaniu z trunkiem słodycz zaczyna przyciężkawo brzmieć, a nawet przynudzać, choć późnojesienne popołudnie sprzyja tego rodzaju trunkom. Brak piany i wysycenie, które tak szybko zniknęło jak mocno się zaczęło, nie dodają całości skrzydeł. Wysoka zawartość alkoholu daję się odczuć jedynie w głowie, a nie na języku i to trochę ratuje ocenę. Niemniej jednak Bastrad to zaledwie ciekawostka z tradycyjnego browaru, który próbuje podążać za trendami rynkowymi. W tym przypadku niespecjalnie z powodzeniem. Zważywszy na cenę i ilość piwa (butelka 0,33 l) lepiej zdegustować tradycyjną linię Herolda. I co z tego że jest B-?
6.1 vol / B-
Zaiste dziwny to produkt, gdyż cała oprawa wydaje się ukłonem w stronę młodego pokolenia i zdąża w stronę trunku z niecodziennym charakterem - świadczą o tym zarówno hasła reklamowe (nieco żenujący Cool beer from hell) jak i mocna nazwa, ale w gruncie rzeczy otrzymujemy wzmocnionego pilznera w typowym dla Pivovara Herold, zestawieniu. A więc wybitny słód (wsparty dodatkowo nie wiedzieć czemu cukrem) i dopiero potem cała reszta. Jednak w porównaniu z tradycyjną rodziną piw z Brzeźnic - nomen omen - Bastard, zawodzi i jest wyraźnie gorszy. Wspomniany słód zawiera nuty chlebowe, trochę siana, śladowo miód, wyraźnie chlebowych naleciałości i niewielki "wspomagający" DMS. Chmiel łagodny i wyczuwalny, ale jest go jak na lekarstwo, przy dłuższym obcowaniu z trunkiem słodycz zaczyna przyciężkawo brzmieć, a nawet przynudzać, choć późnojesienne popołudnie sprzyja tego rodzaju trunkom. Brak piany i wysycenie, które tak szybko zniknęło jak mocno się zaczęło, nie dodają całości skrzydeł. Wysoka zawartość alkoholu daję się odczuć jedynie w głowie, a nie na języku i to trochę ratuje ocenę. Niemniej jednak Bastrad to zaledwie ciekawostka z tradycyjnego browaru, który próbuje podążać za trendami rynkowymi. W tym przypadku niespecjalnie z powodzeniem. Zważywszy na cenę i ilość piwa (butelka 0,33 l) lepiej zdegustować tradycyjną linię Herolda. I co z tego że jest B-?
6.1 vol / B-
wtorek, 11 grudnia 2012
Taxis
W czasach dzieciństwa stereotyp Czech utrwalało wiele zjawisk osadzonych w kulturze popularnej, przyjętych u nas jak wizytówki krainy zza południowej granicy. Jedną z nich była Wielka Pardubicka - bodaj najtrudniejsza z gonitw terenowych dla koni na świecie. A na pewno w Europie. Nie było chyba wśród moich rówieśników nikogo, kto nie kojarzyłby widoku olbrzymiego rowu wypełnionego wodą i wpadających doń rumaków poganianych przez niewysokich, ale wystarczająca zdeterminowanych dżokejów, dla których wspomniana przeszkoda jawiła się niczym najważniejszy w życiu test, którego oblanie mogło oznaczać niezmywalną plamę na honorze. Widok dla jednych fascynujący, dla innych przykry, niemniej jednak na trwale zapisany w obrazie Czech. Po tym przydługim wstępie, który stanowi preludium do innej atrakcji Pardubic - lokalnego browaru Pernstejn, przechodzę do opisu jednego z ich flagowych trunków. Jego etykietę zdobią - a jakże - galopujące konie, i trudno się dziwić takiemu wyborowi w kontekście tego co napisałem powyżej. Każdy chwali się tym co najbardziej znane.
Zapach tu mamy lekko zbożowy, z miodowymi nutami i minimalnym drożdżowym echem. W sumie całkiem przyjemne zestawienie. Kolor bursztynowy zawładnął na dobre kuflem. Piana niewielka, wysycenie całkiem spore.
Smak wybitnie słodowy, ze szczególnym naciskiem na "wybitnie", gdyż jakość tego elementu zdaje się być niepodważalna. Szerokie spektrum słodowości zawiera aromaty zbożowe, chlebowe, trochę siana, odrobina miodu, kwiatowo-ziołowe nuty i minimalny diacetyl podbijający całość. Goryczka ledwie zaznaczona, w finiszu wyraźniejsza, nieco pestkowa i całkiem długo wybrzmiewająca. Po dłuższej chwili ściąga podniebienie, zmuszając do kolejnego łyku niosącego łagodzący słód. Trudno to piwo nazwać sesyjnym - podwyższona zawartość alkoholu i wysoki ekstrakt raczej do tego nie skłaniają, a jednak z łatwością wyobrażam sobie spędzenie z Taxisem upojnego wieczoru. W całej rozciągłości tego słowa, gdyż alkohol przyswaja się momentalnie i ulatuje on niczym opar przez warstwy organizmu wprost do głowy.
Szukając po sklepowych półkach alternatywy dla klasycznych czeskich pilznerów spożywanych każdego dnia, warto skusić się na mocniejszą wersję złocistego trunku z Pardubic.
6.0 vol / B+
Zapach tu mamy lekko zbożowy, z miodowymi nutami i minimalnym drożdżowym echem. W sumie całkiem przyjemne zestawienie. Kolor bursztynowy zawładnął na dobre kuflem. Piana niewielka, wysycenie całkiem spore.
Smak wybitnie słodowy, ze szczególnym naciskiem na "wybitnie", gdyż jakość tego elementu zdaje się być niepodważalna. Szerokie spektrum słodowości zawiera aromaty zbożowe, chlebowe, trochę siana, odrobina miodu, kwiatowo-ziołowe nuty i minimalny diacetyl podbijający całość. Goryczka ledwie zaznaczona, w finiszu wyraźniejsza, nieco pestkowa i całkiem długo wybrzmiewająca. Po dłuższej chwili ściąga podniebienie, zmuszając do kolejnego łyku niosącego łagodzący słód. Trudno to piwo nazwać sesyjnym - podwyższona zawartość alkoholu i wysoki ekstrakt raczej do tego nie skłaniają, a jednak z łatwością wyobrażam sobie spędzenie z Taxisem upojnego wieczoru. W całej rozciągłości tego słowa, gdyż alkohol przyswaja się momentalnie i ulatuje on niczym opar przez warstwy organizmu wprost do głowy.
Szukając po sklepowych półkach alternatywy dla klasycznych czeskich pilznerów spożywanych każdego dnia, warto skusić się na mocniejszą wersję złocistego trunku z Pardubic.
6.0 vol / B+
wtorek, 4 grudnia 2012
Herold světlý březnický ležák
Herold to jeden z tych czeskich browarów, które po cichu warzą sobie piwo, wykonując swoją robotę rzetelnie, jak należy, bez koniunkturalnych wzlotów i medialnych upadków. Jeśli można eksportują swoje produkty, ale przede wszystkim bazują na swoim regionie, choć piwa z Herolda nie trudno wypatrzyć w całych Czechach. Ot zwykły czeski browar jakich jeszcze całkiem sporo tam się ostało. Ostatnio próbowaliśmy pszenicznego specjału reprezentującego brzeznickie wyroby, dzisiaj spróbujemy to co zwykle bywa perłą w koronie czeskich piwowarów - pilznera. Na marginesie można jeszcze dodać, że tak konserwatywny browar nie unika trendów i potrafi uwarzyć całkiem smaczną nowinkę w agresywnym opakowaniu - ale o tym w niedługiej przyszłości.
Zapach słodowy z nutą chmielową, całkiem przyjemny to aromat i nienaganna introdukcja. Piana dość spora, wysycenie duże - nasze oko cieszy nieustanny marsz pęcherzyków w górę kufla. Kolor klasycznie złoty, z lekką patyną. W smaku Herold dąży do balansu, choć jest to symetria skrzywiona co nieco w stronę goryczki, i należy podkreślić że to złamanie służy trunkowi - jak i większości przypadków - całemu stylowi. Goryczka wspaniale przetacza się po podniebieniu i długo wybrzmiewa w finiszu, a jej czystość i ziołowa trawiastość należy do najlepszych czeskich tradycji. Słód wykwintny, owiany aromatem słomy i chleba całkiem zmyślnie dopełnia goryczkę. Wypełnia trunek treścią i choć mamy do czynienia z dvanactką, nie jest zbyt uciążliwy. Do tego lekki diacetyl, który w przypadku Herolda jedynie stanowi coś w rodzaju katalizatora dla bukietu i nie wnosi niepożądanych posmaków. No i na końcu kwaskowa świeżość podbijająca sesyjny charakter piwa.
Bardzo udany produkt, którego wypada poznać nie tylko miłośnikom czeskich pilznerów. Będąc za południową granicą szukajcie charakterystycznego szyldu Pivovara Herold i uraczcie się tym niepozornym, ale świetnym piwem.
5.2 vol / B+
Zapach słodowy z nutą chmielową, całkiem przyjemny to aromat i nienaganna introdukcja. Piana dość spora, wysycenie duże - nasze oko cieszy nieustanny marsz pęcherzyków w górę kufla. Kolor klasycznie złoty, z lekką patyną. W smaku Herold dąży do balansu, choć jest to symetria skrzywiona co nieco w stronę goryczki, i należy podkreślić że to złamanie służy trunkowi - jak i większości przypadków - całemu stylowi. Goryczka wspaniale przetacza się po podniebieniu i długo wybrzmiewa w finiszu, a jej czystość i ziołowa trawiastość należy do najlepszych czeskich tradycji. Słód wykwintny, owiany aromatem słomy i chleba całkiem zmyślnie dopełnia goryczkę. Wypełnia trunek treścią i choć mamy do czynienia z dvanactką, nie jest zbyt uciążliwy. Do tego lekki diacetyl, który w przypadku Herolda jedynie stanowi coś w rodzaju katalizatora dla bukietu i nie wnosi niepożądanych posmaków. No i na końcu kwaskowa świeżość podbijająca sesyjny charakter piwa.
Bardzo udany produkt, którego wypada poznać nie tylko miłośnikom czeskich pilznerów. Będąc za południową granicą szukajcie charakterystycznego szyldu Pivovara Herold i uraczcie się tym niepozornym, ale świetnym piwem.
5.2 vol / B+
poniedziałek, 26 listopada 2012
Hron Premium
Primator do dobrze znany polskiemu piwoszowi browar, usytuowany tuż za granicą w Nachodzie. W swoim portfolio ma cały szereg różnych trunków, o urozmaiconym obliczu i jakości. Hron to piwo u nas spotykane rzadziej, natomiast w miejscu produkcji poprzedzono jego sprzedaż kampanią promocyjną, w związku z czym nie jest anonimowe. Ale wszystko wskazuje na to, że przeznaczone zostało raczej na masowy rynek. Włodarze browaru chwalą się, że powstało według starych receptur i uwodzi swoim aromatem i smakiem. Skąd my to znamy...
Cechy zewnętrzne Hrona są nienaganne - mamy pięknie sklarowany, złoty płyn, widzimy niezłą pianę oblepiającą szkło oraz wysycenie jakie odpowiada stylowi. Problem zaczyna się w czasie pierwszych prób organoleptycznych. Zapach rozczarowuje - trochę słodu, odrobina kwasku minimalne aromaty chmielowe i wyraźnie wyczuwalny diacetyl. Pierwszy łyk potwierdza obawy - nie jest to piwo uwarzone dla koneserów, a jego grupa docelowa została określona najszerzej jak się dało. Goryczka głęboka, choć nieco ściągająca i zbyt "pestkowa", pozbawiona aromatycznego uroku, zdecydowanie dominuje nad miałkim słodem o niewielkiej rozpiętości bukietu. Wspomniany maślane posmaki są początkowo wyczuwalne, ale wraz z opróżnianiem kufla przechodzą do finiszu, gdzie konkurują z długo wybrzmiewającą goryczką. Niespecjalnie przeszkadzają, ale także nie za bardzo pomagają, dodatkowo tworząc wraz z goryczką niezbyt udany mariaż. Balans wyraźnie przesunięty w stronę goryczki, po kilku łykach nuży, zaczynamy myśleć o tym czego nie ma: aromacie pilzneńskiego słodu, bardziej wyrafinowanym chmielu. Gdyby dołożyć tutaj nieco klasycznych słodowych nut, trunek wskoczyłby na zupełnie inny poziom, gdzie zaczynają się prawdziwe oceny, a nie naciągane "niewiadomoco".
Hron zawodzi i nie warto po niego sięgać powtórnie. Na sklepowych półkach można bez trudu znaleźć o niebo lepsze piwa w tym przedziale cenowym. A szukając po sąsiedzku (np. Krakonos), nawet piwa wybitne. W przypadku Primatora potwierdza się stara, banalna i wyświechtana prawda, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością.
5.0 vol / C+
Cechy zewnętrzne Hrona są nienaganne - mamy pięknie sklarowany, złoty płyn, widzimy niezłą pianę oblepiającą szkło oraz wysycenie jakie odpowiada stylowi. Problem zaczyna się w czasie pierwszych prób organoleptycznych. Zapach rozczarowuje - trochę słodu, odrobina kwasku minimalne aromaty chmielowe i wyraźnie wyczuwalny diacetyl. Pierwszy łyk potwierdza obawy - nie jest to piwo uwarzone dla koneserów, a jego grupa docelowa została określona najszerzej jak się dało. Goryczka głęboka, choć nieco ściągająca i zbyt "pestkowa", pozbawiona aromatycznego uroku, zdecydowanie dominuje nad miałkim słodem o niewielkiej rozpiętości bukietu. Wspomniany maślane posmaki są początkowo wyczuwalne, ale wraz z opróżnianiem kufla przechodzą do finiszu, gdzie konkurują z długo wybrzmiewającą goryczką. Niespecjalnie przeszkadzają, ale także nie za bardzo pomagają, dodatkowo tworząc wraz z goryczką niezbyt udany mariaż. Balans wyraźnie przesunięty w stronę goryczki, po kilku łykach nuży, zaczynamy myśleć o tym czego nie ma: aromacie pilzneńskiego słodu, bardziej wyrafinowanym chmielu. Gdyby dołożyć tutaj nieco klasycznych słodowych nut, trunek wskoczyłby na zupełnie inny poziom, gdzie zaczynają się prawdziwe oceny, a nie naciągane "niewiadomoco".
Hron zawodzi i nie warto po niego sięgać powtórnie. Na sklepowych półkach można bez trudu znaleźć o niebo lepsze piwa w tym przedziale cenowym. A szukając po sąsiedzku (np. Krakonos), nawet piwa wybitne. W przypadku Primatora potwierdza się stara, banalna i wyświechtana prawda, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością.
5.0 vol / C+
środa, 21 listopada 2012
Herold světlý kvasnicový pšeničný ležák
Pivovar Herold to mało u nas znany browar warzący całkiem ciekawe piwa, dlatego zachęcam wszystkich odwiedzających naszych południowych sąsiadów, by osobiście zapoznali się z ofertą z Brzeźnic. Konsekwencja w prezentowaniu medali na etykiecie, może łatwo nas zmobilizować do weryfikacji zasadności ich przyznania, co jednych wprawi w błogi nastrój innym zaś pozwoli poczuć się recenzentami recenzentów. A propos: etykieta całkiem przyjemna, niemiłosiernie poprawna, w tej swojej klasyczności prawie urocza, a z pewnością sympatyczna. Przewrotny napis (raczej niezamierzona to przewrotność) głosi, że mamy do czynienia z pszenicznym lagerem, co przywodzi na myśl Książęcą pszenicę z Tychów, dość krytycznie onegdaj przeze mnie potraktowaną. Ale bez obaw - to najzwyczajniejszy w świecie weizen w z bawarskim rodowodem, do tego niepozbawiony błysku oryginalności.
Najpierw zapach w którym wyraźnie dominują goździki i banany, te ostatnie niemal osaczają nozdrza. Płyn złoty, mętny. Wysycenie całkiem spore, piana średnio gruba, stara utrzymać się długo, i więcej w tym zamysłu niż wykonania. W połowie kufla zmęczona opada i szukaj wiatru w polu.
Smak wyraźnie słodowy, choć niepozbawiony zwiewnej goryczki, która niemniej jednak jest na tyle łagodna, że można ją przegapić. Za to w finiszu aromaty chmielowe występują już całkiem pierwszoplanowo, ale stanowią jakby dopełnienie niezwykle gładkiego słodu wybrzmiewającego przez długi czas. Wracając do smaku: bananowe estry, rozciągnięto tutaj do granic możliwości. Chwilami sąsiadują z gumą balonową i zaskakującym znienacka miodem gryczanym, a gdzieś w tle pobrzmiewa jabłko. Do tego oczywiście goździki tak wtopione w aromat, iż wydaje się jakbyśmy żuli płatki tego kwiatu. Na koniec orzeźwiające nuty cytrusowe i przytłumione drożdżowe echo. Sporo tego, choć odnoszę wrażenie, że wkradł się do receptury mały zamęt. W zależności od tempa spożycia przeszkadzają dwie rzeczy: pijąc szybko, duszkiem, słodowa część zbyt dominuje, stając się przyciężkawa, natomiast degustując spokojnie, powoli racząc się niewielkimi łykami, goryczka zaczyna się uwydatniać i oddzielać od całości burząc harmonię smaku.
Raczej nie wychylisz tego trunku więcej niż dwa kufle, ale w końcu nie musi to być wadą. Tak czy owak Herold to całkiem przyjemny pszeniczniak, z wyraźnymi aspiracjami przełamania bawarskiego schematu. Czy zakończyło się to sukcesem? Zapewne znajdzie się wielu, którzy taką opinie podzielą, dla mnie jednak jest to sukces połowiczny, co nie przeszkadza ocenić tego piwa pozytywnie. Coś pomiędzy B a B+.
5.0 vol / B
Najpierw zapach w którym wyraźnie dominują goździki i banany, te ostatnie niemal osaczają nozdrza. Płyn złoty, mętny. Wysycenie całkiem spore, piana średnio gruba, stara utrzymać się długo, i więcej w tym zamysłu niż wykonania. W połowie kufla zmęczona opada i szukaj wiatru w polu.
Smak wyraźnie słodowy, choć niepozbawiony zwiewnej goryczki, która niemniej jednak jest na tyle łagodna, że można ją przegapić. Za to w finiszu aromaty chmielowe występują już całkiem pierwszoplanowo, ale stanowią jakby dopełnienie niezwykle gładkiego słodu wybrzmiewającego przez długi czas. Wracając do smaku: bananowe estry, rozciągnięto tutaj do granic możliwości. Chwilami sąsiadują z gumą balonową i zaskakującym znienacka miodem gryczanym, a gdzieś w tle pobrzmiewa jabłko. Do tego oczywiście goździki tak wtopione w aromat, iż wydaje się jakbyśmy żuli płatki tego kwiatu. Na koniec orzeźwiające nuty cytrusowe i przytłumione drożdżowe echo. Sporo tego, choć odnoszę wrażenie, że wkradł się do receptury mały zamęt. W zależności od tempa spożycia przeszkadzają dwie rzeczy: pijąc szybko, duszkiem, słodowa część zbyt dominuje, stając się przyciężkawa, natomiast degustując spokojnie, powoli racząc się niewielkimi łykami, goryczka zaczyna się uwydatniać i oddzielać od całości burząc harmonię smaku.
![]() |
| Słodownia browaru Herold. Coraz to rzadszy widok w browarach. |
Raczej nie wychylisz tego trunku więcej niż dwa kufle, ale w końcu nie musi to być wadą. Tak czy owak Herold to całkiem przyjemny pszeniczniak, z wyraźnymi aspiracjami przełamania bawarskiego schematu. Czy zakończyło się to sukcesem? Zapewne znajdzie się wielu, którzy taką opinie podzielą, dla mnie jednak jest to sukces połowiczny, co nie przeszkadza ocenić tego piwa pozytywnie. Coś pomiędzy B a B+.
5.0 vol / B
poniedziałek, 19 listopada 2012
Vyškovská Desítka
Mając na uwadze poprzednie produkty Vyskovskiego browaru, oczekiwałem solidnego trunku, wpisującego się w miły trend małych czeskich browarów, warzących lepiej od komercyjnych braci. Nie zawiodłem się.
Desitka siłą rzeczy jest piwem przeznaczonym do powszedniego spożycia i mało kto rozwodzi się nad jej zaletami. Niejednokrotnie wspominałem o tym, że dla większości najważniejsze jest to by nie przeszkadzała w czynnościach, którym towarzyszy. Próby uczynienia z niej napoju wyrafinowanego i zasługującego na szersze omówienie, nie należą do częstych, a nierzadko spełzają na niczym, niosąc ambitnym porażkę. Tym bardziej należy docenić próby udane łączące subtelny i lekki charakter będący znakiem rozpoznawczym tej pilzneńskiej rodziny, z elementami starającymi się troszkę go
wywindować, podrasować czy też zwyczajnie ubarwić. Vyskovska desitka zalicza się do takich piw i chwała jej za to, że planując długie posiedzenie, nie będziemy zagubieni w dobrze zaopatrzonej piwotece.
Kolor szczerozłotego samorodka, wysycenie porządne i całkiem aromatyczny zapach, rozpoczynają nasza przygodę. Piana niestety niezbyt pokaźnych rozmiarów, ale może to być wynikiem niedbałego zaserwowania. W zapachu dominuje wyraźnie, czysty słód, pozbawiony naleciałości. Całkiem przyjemnie wnika on do nozdrzy, a chmielowe tło, podkreśla ten aromat. Smak to idealna wypadkowa dwóch klasycznych składowych pilznera: głęboka i szeroka goryczka, nienachalnie wtórująca wspaniałym słodowym aromatom, pełnym letniego siana, świeżego pieczywa, odrobiny kwiatowości i śladowym ilościom lipowego miodu. Finisz średniej długości, w którym im bliżej końca, tym bardziej do głosu dochodzi chmielowy aromat. Pivovar Vyskov uraczył nas świetnym piwem, będącym niemal kwintesencją stylu. Łagodnym, orzeźwiającym, aromatycznym i niezwykle sesyjnym trunkiem, o którym warto pamiętać nie tylko w czasie lata.
4.2 vol / B+
Desitka siłą rzeczy jest piwem przeznaczonym do powszedniego spożycia i mało kto rozwodzi się nad jej zaletami. Niejednokrotnie wspominałem o tym, że dla większości najważniejsze jest to by nie przeszkadzała w czynnościach, którym towarzyszy. Próby uczynienia z niej napoju wyrafinowanego i zasługującego na szersze omówienie, nie należą do częstych, a nierzadko spełzają na niczym, niosąc ambitnym porażkę. Tym bardziej należy docenić próby udane łączące subtelny i lekki charakter będący znakiem rozpoznawczym tej pilzneńskiej rodziny, z elementami starającymi się troszkę go
wywindować, podrasować czy też zwyczajnie ubarwić. Vyskovska desitka zalicza się do takich piw i chwała jej za to, że planując długie posiedzenie, nie będziemy zagubieni w dobrze zaopatrzonej piwotece.
Kolor szczerozłotego samorodka, wysycenie porządne i całkiem aromatyczny zapach, rozpoczynają nasza przygodę. Piana niestety niezbyt pokaźnych rozmiarów, ale może to być wynikiem niedbałego zaserwowania. W zapachu dominuje wyraźnie, czysty słód, pozbawiony naleciałości. Całkiem przyjemnie wnika on do nozdrzy, a chmielowe tło, podkreśla ten aromat. Smak to idealna wypadkowa dwóch klasycznych składowych pilznera: głęboka i szeroka goryczka, nienachalnie wtórująca wspaniałym słodowym aromatom, pełnym letniego siana, świeżego pieczywa, odrobiny kwiatowości i śladowym ilościom lipowego miodu. Finisz średniej długości, w którym im bliżej końca, tym bardziej do głosu dochodzi chmielowy aromat. Pivovar Vyskov uraczył nas świetnym piwem, będącym niemal kwintesencją stylu. Łagodnym, orzeźwiającym, aromatycznym i niezwykle sesyjnym trunkiem, o którym warto pamiętać nie tylko w czasie lata.
4.2 vol / B+
wtorek, 6 listopada 2012
Permon Světlý Ležák
Zakręcił się w nosie zapach chlebowo-zbożowy, bardziej przypominający kellerbiera niż czeskiego pilznera. Przez niego przebija wyraźne masło, jakby stał przed nami talerz świeżo posmarowanych pajd chleba. Im dłużej wciągam ten zapach tym mniej mi on odpowiada, ale w samym preludium niespecjalnie drażni on moje zmysły. W końcu nie muszę intensywnie wąchać i wąchać... Kolor pięknie złoty, pojawia się lekkie zmętnienie jak u niektórych bawarskich kuzynów. Piana biała, wyraźna i dumna, pieści z lubością kufelek. Wysycenie tego trunku raczej średnie, w każdym razie dwutlenek węgla nie atakuje naszych nozdrzy od drugiej strony. Svetly lezak Permona to "jedenastka" czyli dokładnie pośrodku czeskiej tradycji. Możemy zatem spodziewać się połączenia wysokiej pijalności i sycącej treściwości. Pierwsze łyki dowodzą, że istotnie w tej materii udało się osiągnąć kompromis.
Piwo jest subtelnie wyważone, co z biegiem lat zaczynam doceniać coraz bardziej. Pośród hardych przedstawicieli czeskich gigantów, taka harmonia jest balsamem, którym z radością przychodzi się delektować. Jeśli szukasz nut słodowych z łatwością je odnajdziesz, jeśli natomiast gustujesz w goryczce, bez trudu ją zidentyfikujesz. Jednakże ustalenie co tutaj wiedzie prym będzie niezwykle trudne. Słód atakuje podniebienie chlebowymi smakami, czuć także wspomniane nuty zbożowe, trochę suszonego siana i śladowy miód lipowy. Goryczka stara się nie drażnić, w pierwszej fazie neutralizuje słodową głębię, by w finiszu rozkwitnąć bujnym aromatem. To właśnie końcówka wybrzmiewa niewiarygodnie długo i jest jedną z mocnych stron sokołowskiego pilznera. Po pewnym czasie gdy ziołowość żateckiego chmielu znika za horyzontem podniebienia, pojawia się maślana kwaśność, którą z bólem serca muszę odnotować i wystawić na światło dzienne,chociaż przez sympatię chciałoby się tę ewidentną wadę ukryć jak najgłębiej. Gdybym dysponował czarodziejską różdżką bez wahania bym jej w tym przypadku użył bo Permon uwarzył naprawdę porządnego pilznera. Niemniej jednak z trudem jestem sobie w stanie wyobrazić spędzenie przy tym trunku długiego wieczoru, a w tym kontekście to niemal porażka. W końcu taki właśnie cel przyświeca większości producentom pilznera. Wspomniana wada powinna przyprawić sladka o pąsowe policzki i zmobilizować do niezbędnych korekt, na jakie ten trunek zasługuje. Ocenę sprawiedliwie zaniżyć jednak trzeba, choć przez wzgląd na możliwą perspektywę poprawy, postaram się być nie taki surowy. Na razie coś pomiędzy B a B+. Czekam na więcej.
4.1 vol / B
Piwo jest subtelnie wyważone, co z biegiem lat zaczynam doceniać coraz bardziej. Pośród hardych przedstawicieli czeskich gigantów, taka harmonia jest balsamem, którym z radością przychodzi się delektować. Jeśli szukasz nut słodowych z łatwością je odnajdziesz, jeśli natomiast gustujesz w goryczce, bez trudu ją zidentyfikujesz. Jednakże ustalenie co tutaj wiedzie prym będzie niezwykle trudne. Słód atakuje podniebienie chlebowymi smakami, czuć także wspomniane nuty zbożowe, trochę suszonego siana i śladowy miód lipowy. Goryczka stara się nie drażnić, w pierwszej fazie neutralizuje słodową głębię, by w finiszu rozkwitnąć bujnym aromatem. To właśnie końcówka wybrzmiewa niewiarygodnie długo i jest jedną z mocnych stron sokołowskiego pilznera. Po pewnym czasie gdy ziołowość żateckiego chmielu znika za horyzontem podniebienia, pojawia się maślana kwaśność, którą z bólem serca muszę odnotować i wystawić na światło dzienne,chociaż przez sympatię chciałoby się tę ewidentną wadę ukryć jak najgłębiej. Gdybym dysponował czarodziejską różdżką bez wahania bym jej w tym przypadku użył bo Permon uwarzył naprawdę porządnego pilznera. Niemniej jednak z trudem jestem sobie w stanie wyobrazić spędzenie przy tym trunku długiego wieczoru, a w tym kontekście to niemal porażka. W końcu taki właśnie cel przyświeca większości producentom pilznera. Wspomniana wada powinna przyprawić sladka o pąsowe policzki i zmobilizować do niezbędnych korekt, na jakie ten trunek zasługuje. Ocenę sprawiedliwie zaniżyć jednak trzeba, choć przez wzgląd na możliwą perspektywę poprawy, postaram się być nie taki surowy. Na razie coś pomiędzy B a B+. Czekam na więcej.
4.1 vol / B
poniedziałek, 5 listopada 2012
Permon Pšenične
Kolejny przedstawiciel czeskiego browaru Permon (i nie ostatni). Sokołowskie wyroby niejednego zaskoczą, a obszerny katalog produkowanych piw gwarantuje dużo zabawy. Zaczynajmy.
Wysycenie potężne jak islandzki gejzer, zdaje się niemal rozsadzać kufel. Piana na pół kufla nie zamierza opaść choćby o połowę. Jak wiadomo te cechy w przypadku piw pszenicznych nie należą do wątłych, ale tutaj mamy coś co może zadziwić niejednego piwosza. Kolor jasnosłomkowy bardzo ładnie komponuje się z bielą spienionej czapy. Zapach drożdżowy z nutami banana i goździków. Pszenica z Permona posiada ekstrakt 11 Blg i kusi żółto-pomarańczową etykietą z wizerunkiem pary rolników, w rycinie nawiązującej do złotych lat 50. i ciężkiej pracy na roli w skolektywizowanym gospodarstwie. Większość i tak nie skojarzy historycznego kontekstu, więc pozostaje jedynie cieszyć się ze zgrabnej szaty graficznej.
Zwięzła, by nie powiedzieć skromna strona internetowa, donosi nam jedynie o zawartości ekstraktu, alkoholu, kolorze i temperaturze serwowania. Króciutki opis nie precyzuje jakich składników użyto do uwarzenia tego piwa. Choć wyczuwam wyraźnie chmiel żatecki, a to oznacza, że Permon uraczył nas recepturą, w której wytrawne nuty nie będą ospale chować się w dalekim tle. Mamy tutaj wszystko co potrzeba - wyraźne banany, niemal cierpkie cytrusy, goździkową nutę a wszystko to podlane chmielowym sosem. Całość świetnie zestawiona, z lekką fantazją i odwagą eksperymentatora, charakteryzującą tylko doświadczoną rękę. Kto miałby odwagę warzyć bawarski specjał na własną modłę? Należy zaznaczyć z całą stanowczością, że pobrzmiewają tutaj wyraźne echa bohemskiego pilznera co czyni z tego trunku produkt wielce oryginalny. Ta próba fuzji w przypadku Permona wyraźnie się powiodła, w przeciwieństwie do pszenicy z Browaru Tyskiego, który uwarzono z myślą o podobnym celu. Polski produkt nie wyszedł z tej sztuki obronną ręką, a czeski przykład dowodzi, że mogło się to udać.
Jeżeli szukacie oryginalnej pszenicy, lub nie jesteście entuzjastami piw łagodnych, preferując raczej wytrawne, nachmielone trunki, spróbujcie pszenicy z Permona. Gwarantuję, że kilkoro z was zmieni swoje zapatrywania na ten styl.
4.6 vol ( na butelce napisano min. 5) / B+
Wysycenie potężne jak islandzki gejzer, zdaje się niemal rozsadzać kufel. Piana na pół kufla nie zamierza opaść choćby o połowę. Jak wiadomo te cechy w przypadku piw pszenicznych nie należą do wątłych, ale tutaj mamy coś co może zadziwić niejednego piwosza. Kolor jasnosłomkowy bardzo ładnie komponuje się z bielą spienionej czapy. Zapach drożdżowy z nutami banana i goździków. Pszenica z Permona posiada ekstrakt 11 Blg i kusi żółto-pomarańczową etykietą z wizerunkiem pary rolników, w rycinie nawiązującej do złotych lat 50. i ciężkiej pracy na roli w skolektywizowanym gospodarstwie. Większość i tak nie skojarzy historycznego kontekstu, więc pozostaje jedynie cieszyć się ze zgrabnej szaty graficznej.
Zwięzła, by nie powiedzieć skromna strona internetowa, donosi nam jedynie o zawartości ekstraktu, alkoholu, kolorze i temperaturze serwowania. Króciutki opis nie precyzuje jakich składników użyto do uwarzenia tego piwa. Choć wyczuwam wyraźnie chmiel żatecki, a to oznacza, że Permon uraczył nas recepturą, w której wytrawne nuty nie będą ospale chować się w dalekim tle. Mamy tutaj wszystko co potrzeba - wyraźne banany, niemal cierpkie cytrusy, goździkową nutę a wszystko to podlane chmielowym sosem. Całość świetnie zestawiona, z lekką fantazją i odwagą eksperymentatora, charakteryzującą tylko doświadczoną rękę. Kto miałby odwagę warzyć bawarski specjał na własną modłę? Należy zaznaczyć z całą stanowczością, że pobrzmiewają tutaj wyraźne echa bohemskiego pilznera co czyni z tego trunku produkt wielce oryginalny. Ta próba fuzji w przypadku Permona wyraźnie się powiodła, w przeciwieństwie do pszenicy z Browaru Tyskiego, który uwarzono z myślą o podobnym celu. Polski produkt nie wyszedł z tej sztuki obronną ręką, a czeski przykład dowodzi, że mogło się to udać.
Jeżeli szukacie oryginalnej pszenicy, lub nie jesteście entuzjastami piw łagodnych, preferując raczej wytrawne, nachmielone trunki, spróbujcie pszenicy z Permona. Gwarantuję, że kilkoro z was zmieni swoje zapatrywania na ten styl.
4.6 vol ( na butelce napisano min. 5) / B+
niedziela, 4 listopada 2012
Permon India Pale Ale P.I.P.A
Permon IPA czyli P.I.P.A to czeska wariacja na temat brytyjskiego stylu. Miałem okazję degustować ten trunek zarówno z kija jak i z butelki. Poniżej kilka refleksji z tych dwóch wydarzeń.
Odwiedziwszy praską knajpę Zly Casy (tutaj kilka słów o tym miejscu), na pierwszy ogień wybrałem złocisty trunek, którego cena, choć wcale nie niska, nie przyprawiała o zawrót głowy. Przede mną w kuflu pojawił się bursztynowy, sklarowany płyn, cieszący oko urodą, z niewielką pianą i takim też wysyceniem. Butelkowany odpowiednik powiela te cechy jedynie w kolorze, prezentując lekko zmętniały płyn o nad wyraz obfitej pianie i dość potężnym wysyceniu. Lana wersja została wyposażona w chmielowy zapach z ziołowym tłem, w wersji butelkowej, te aromaty występują nieco mniej intensywnie. W obu przypadkach słód bardzo delikatny i "panoramiczny", czyli stanowiący szerokie tło dla tego, co w tym stylu charakterystyczne: dość dużej dawki głębokiej goryczki, która jednak nie jest zbyt nachalna. Charakterystyczne dla amerykańskiego cytrusowo, żywiczne nuty, w przypadku P.I.P.Y schodzą na odległy plan, bardziej eksponując goryczkę jako taką, a aromat jedynie sygnalizując. Takie rozwiązanie przybliża ten trunek bardziej do wyspiarskiej rodziny niźli tryskających żywotnością amerykańskich kuzynów, pomimo - jak zaznaczył producent - użycia amerykańskich odmian chmielu. To kolejny przedstawiciel czeskich IPA próbujący zachować europejski profil (Jubiler Amber IPA)
Wersja butelkowa w odróżnieniu od beczkowej siostry, naznaczona została niezbyt szczęśliwą kwaśnością, która siłą rzeczy obniża końcową ocenę, a została sprowokowana być może na zbliżający się termin przydatności do spożycia. Niemniej jednak do końca wyznaczonego jej czasu jeszcze trochę zostało, więc takich mankamentów piwo mieć nie powinno.
Permon IPA to całkiem udany specjał, zwłaszcza w wersji lanej i śmiało mogę go polecić entuzjastom brytyjskich trunków. Do tego niebanalna etykieta i aura egzotyki pośród morza pilznera lejącego się w tysiącach czeskich gospód. Piwo niemal sesyjne stworzone w celu alternatywnej pubowej degustacji przez cały wieczór. Sprzyja temu niewysoki ekstrakt (jak na styl) 14 stopni Blg i akceptowalna w takich przypadkach zawartość alkoholu. Smacznego!
5.7 vol / B+ (butelka B)
Odwiedziwszy praską knajpę Zly Casy (tutaj kilka słów o tym miejscu), na pierwszy ogień wybrałem złocisty trunek, którego cena, choć wcale nie niska, nie przyprawiała o zawrót głowy. Przede mną w kuflu pojawił się bursztynowy, sklarowany płyn, cieszący oko urodą, z niewielką pianą i takim też wysyceniem. Butelkowany odpowiednik powiela te cechy jedynie w kolorze, prezentując lekko zmętniały płyn o nad wyraz obfitej pianie i dość potężnym wysyceniu. Lana wersja została wyposażona w chmielowy zapach z ziołowym tłem, w wersji butelkowej, te aromaty występują nieco mniej intensywnie. W obu przypadkach słód bardzo delikatny i "panoramiczny", czyli stanowiący szerokie tło dla tego, co w tym stylu charakterystyczne: dość dużej dawki głębokiej goryczki, która jednak nie jest zbyt nachalna. Charakterystyczne dla amerykańskiego cytrusowo, żywiczne nuty, w przypadku P.I.P.Y schodzą na odległy plan, bardziej eksponując goryczkę jako taką, a aromat jedynie sygnalizując. Takie rozwiązanie przybliża ten trunek bardziej do wyspiarskiej rodziny niźli tryskających żywotnością amerykańskich kuzynów, pomimo - jak zaznaczył producent - użycia amerykańskich odmian chmielu. To kolejny przedstawiciel czeskich IPA próbujący zachować europejski profil (Jubiler Amber IPA)
Wersja butelkowa w odróżnieniu od beczkowej siostry, naznaczona została niezbyt szczęśliwą kwaśnością, która siłą rzeczy obniża końcową ocenę, a została sprowokowana być może na zbliżający się termin przydatności do spożycia. Niemniej jednak do końca wyznaczonego jej czasu jeszcze trochę zostało, więc takich mankamentów piwo mieć nie powinno.
Permon IPA to całkiem udany specjał, zwłaszcza w wersji lanej i śmiało mogę go polecić entuzjastom brytyjskich trunków. Do tego niebanalna etykieta i aura egzotyki pośród morza pilznera lejącego się w tysiącach czeskich gospód. Piwo niemal sesyjne stworzone w celu alternatywnej pubowej degustacji przez cały wieczór. Sprzyja temu niewysoki ekstrakt (jak na styl) 14 stopni Blg i akceptowalna w takich przypadkach zawartość alkoholu. Smacznego!
5.7 vol / B+ (butelka B)
sobota, 3 listopada 2012
Pilsner Urquell
Pilsner Urquell obchodzi 170 lecie swojego istnienia, a w dobie marketingowych akcji, nic tak nie wzmacnia wizerunku jak okolicznościowe produkty. Oczywiście kiedyś podobne akcje również nie należały do rzadkości, ale z reguły organizowane były w jubileusze bardziej okrągłe.
Dygresja: czy ktoś jeszcze pamięta rok 1956 i setną rocznicę Browaru Żywieckiego? Z opowieści mojego ojca wyłania się arena przepełniona dantejskimi scenami.
Pilsner Urquell, zwany w ojczyźnie Pilsner Prazdroj, to browar i marka niemal mityczna. Kamień milowy, a będąc bardziej drobiazgowym - kamień węgielny najpopularniejszego stylu piwa na świecie. O genezie stylu i historii browaru przeczytacie bez trudu w annałach internetu, zatem pozwolę sobie przejść od razu do sedna.
Jubileuszowa edycja Prazdroja została opakowana w nietypową, litrową butelkę zamykaną krachlą. Zdobi ją adekwatna, gustowna etykieta, a całość wpakowano - wzorem ekskluzywnych trunków w tekturowe pudełko. Całkiem to ładne i przyjemne. Z informacji wydrukowanych na opakowaniu dowiadujemy się, że piwo ma 11.8 procent ekstraktu i 4.4 procent alkoholu. Dystrybutorem na terenie Polski tej światowej marki jest Kampania Piwowarska, a swego czasu pilzneńskie piwo było także warzone (oczywiście na licencji i pod nadzorem) w naszym kraju. Od tego czasu pojawiła się opinia, że polski odpowiednik nie dorastał nawet do pięt pierwowzorowi, a zaprzestanie produkcji w Poznaniu spowodowane było drastycznym spadkiem jakości trunku i zanikającym splendorem wśród odbiorców. Produkcja wróciła za południową granicę. W rzeczywistości przeniesienie produkcji spowodowane było bardziej prozaicznymi przyczynami (koszty, koszty). Kwestia jakości również nie do końca odpowiada obiegowej opinii (ponoć w ślepych testach degustatorzy nie znajdowali różnic), ale nie mnie się wypowiadać w tej kwestii, gdyż Urquell nie znajdował się w kręgu moich zainteresowań. Niemniej jednak ten ikoniczny browar obrósł w Polsce w szczególny rodzaj mitologii, wzmacnianej dodatkowo przez różnej maści wyrocznie odsądzające od czci i wiary wszystko co popularne.
Otwieramy tę potężną butelkę i przelewamy zawartość do kufla. Oczom ukazuje się przepięknie sklarowany płyn, w kolorze szczerozłotym. Piana całkiem spora, idealnie biała i drobnoziarnista. Wysycenie zdecydowane, objawiające się nieustannym przemierzaniem pęcherzyków gazowych w górę toni. Są one przy tym tak mikroskopijne, że oko w czasie ich obserwacji doznaje lekkiej fiksacji. Zapach minimalny, nieco przeciętny, niczym się nie wyróżnia. Przed nami najważniejszy test: smak. Podniebienie wypełnia bukiet wzorcowego pilznera. Mamy tutaj głęboką goryczkę, charakterystyczną dla czeskich chmieli, nieco ziołową, grapefruitową, odważnie wytrawną, którą uzupełnia najczystszy, niemal przezroczysty słód. To uzupełnienie jest zaledwie próbą równoważenia, gdyż nie stara się wyjść przed szereg. Goryczka długa i bezlitośnie podkreślająca walory całości. Pilsner Urquell to znakomite sesyjne piwo, potwierdzające swój światowy splendor. Nie jest piwem "arystokratycznym", bliżej mu do walki o środek, wykuwanie wzorca niż przełamywanie schematów i zaszczepianie piwowarskiego kunsztu nutami szaleństwa. Jednakże czego oczekuje czeski konsument, dla którego piwo to nieustanny towarzysz dnia? Zapewne trunku nienachalnego, uwydatniającego raczej moment i okoliczności degustacji, niż niecodzienne walory samego piwa. Bardzo mocne B. A zważywszy na kontekst nawet B+.
4.4 vol / B+
Dygresja: czy ktoś jeszcze pamięta rok 1956 i setną rocznicę Browaru Żywieckiego? Z opowieści mojego ojca wyłania się arena przepełniona dantejskimi scenami.
Pilsner Urquell, zwany w ojczyźnie Pilsner Prazdroj, to browar i marka niemal mityczna. Kamień milowy, a będąc bardziej drobiazgowym - kamień węgielny najpopularniejszego stylu piwa na świecie. O genezie stylu i historii browaru przeczytacie bez trudu w annałach internetu, zatem pozwolę sobie przejść od razu do sedna.
Jubileuszowa edycja Prazdroja została opakowana w nietypową, litrową butelkę zamykaną krachlą. Zdobi ją adekwatna, gustowna etykieta, a całość wpakowano - wzorem ekskluzywnych trunków w tekturowe pudełko. Całkiem to ładne i przyjemne. Z informacji wydrukowanych na opakowaniu dowiadujemy się, że piwo ma 11.8 procent ekstraktu i 4.4 procent alkoholu. Dystrybutorem na terenie Polski tej światowej marki jest Kampania Piwowarska, a swego czasu pilzneńskie piwo było także warzone (oczywiście na licencji i pod nadzorem) w naszym kraju. Od tego czasu pojawiła się opinia, że polski odpowiednik nie dorastał nawet do pięt pierwowzorowi, a zaprzestanie produkcji w Poznaniu spowodowane było drastycznym spadkiem jakości trunku i zanikającym splendorem wśród odbiorców. Produkcja wróciła za południową granicę. W rzeczywistości przeniesienie produkcji spowodowane było bardziej prozaicznymi przyczynami (koszty, koszty). Kwestia jakości również nie do końca odpowiada obiegowej opinii (ponoć w ślepych testach degustatorzy nie znajdowali różnic), ale nie mnie się wypowiadać w tej kwestii, gdyż Urquell nie znajdował się w kręgu moich zainteresowań. Niemniej jednak ten ikoniczny browar obrósł w Polsce w szczególny rodzaj mitologii, wzmacnianej dodatkowo przez różnej maści wyrocznie odsądzające od czci i wiary wszystko co popularne.
Otwieramy tę potężną butelkę i przelewamy zawartość do kufla. Oczom ukazuje się przepięknie sklarowany płyn, w kolorze szczerozłotym. Piana całkiem spora, idealnie biała i drobnoziarnista. Wysycenie zdecydowane, objawiające się nieustannym przemierzaniem pęcherzyków gazowych w górę toni. Są one przy tym tak mikroskopijne, że oko w czasie ich obserwacji doznaje lekkiej fiksacji. Zapach minimalny, nieco przeciętny, niczym się nie wyróżnia. Przed nami najważniejszy test: smak. Podniebienie wypełnia bukiet wzorcowego pilznera. Mamy tutaj głęboką goryczkę, charakterystyczną dla czeskich chmieli, nieco ziołową, grapefruitową, odważnie wytrawną, którą uzupełnia najczystszy, niemal przezroczysty słód. To uzupełnienie jest zaledwie próbą równoważenia, gdyż nie stara się wyjść przed szereg. Goryczka długa i bezlitośnie podkreślająca walory całości. Pilsner Urquell to znakomite sesyjne piwo, potwierdzające swój światowy splendor. Nie jest piwem "arystokratycznym", bliżej mu do walki o środek, wykuwanie wzorca niż przełamywanie schematów i zaszczepianie piwowarskiego kunsztu nutami szaleństwa. Jednakże czego oczekuje czeski konsument, dla którego piwo to nieustanny towarzysz dnia? Zapewne trunku nienachalnego, uwydatniającego raczej moment i okoliczności degustacji, niż niecodzienne walory samego piwa. Bardzo mocne B. A zważywszy na kontekst nawet B+.
4.4 vol / B+
środa, 31 października 2012
Black Hawk Nomad
Black Hawk Nomad to drugi przedstawiciel z czeskiego browaru kontraktowego, uwarzony w stylu ciemnej IPA i chmielony amerykańskimi chmielami. Mówiąc krótko stylowy oksymoron czyli Black AIPA. Z etykiety spoziera w naszym kierunku jastrząb jakby chciał oznajmić wszem i wobec, że nie będzie łatwo, a kompromisy to sobie wsadźcie w.... Ale czy może być inaczej jeśli ojcami chrzestnymi piwa są prascy gracze futbolu amerykańskiego?
Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się całkowicie czarny płyn z obfitą ,jasno brązową pianą, z całych sił oblepiających szkło i niesłychanie długo utrzymującą się na powierzchni. Zapach sosnowy, żywiczny i cytrusowy w czym zasługa chmielu Citra, Columbus i Centennial. 17- procentowy ekstrakt siłą rzeczy niesie ze sobą treściwość i jest to jedna z cech charakterystycznych piwa. Nie jest jednak ona męcząca, wydaje się świetnie równoważyć potężny chmiel, który piwowarzy zafundowali nam nie bacząc na jakiekolwiek utyskiwania. Róg chmielowej obfitości w początkowej fazie zdecydowanie dominuje, ale gdy pierwsze wrażenie opada, ujawniają się nam dodatkowe i trochę niespodziewane atuty - całkiem udana i pełna słodowość, z minimalną nutą palonego zboża. Jednak to oczywiście goryczka wiedzie zdecydowany prym, dudniąc na długo w bukiecie, atakując początkowo iglastym aromatem by niemal nieskończenie wybrzmiewać w twardym, męskim finiszu odnoszącym się wprost do grapefruitowych pestek. Przy okazji swojej sytości jest to trunek niezwykle pijalny - choć trudno nazwać go sesyjnym ze względu na wysoki voltaż podporządkowujący zmysły niemal po pierwszym łyku - mimo to bez zbędnego wysiłku kilku twardzielom uda się spędzić przy nim miłe popołudnie po przegranym meczu :).
Black Hawk to całkiem udana receptura, w całej swej istocie odwołująca się do jankeskiej stanowczości charakteryzującej tamtejszy chmiel i akcentująca kojące i rozleniwiające właściwości słodu. Porównując jastrzębia do swobodnego jeźdźca, drapieżnik wygrywa bezkompromisowością i surowością amerykańskich lasów porośniętych bezkreśnie sosnami, świerkami, czy też modrzewiami. Zazwyczaj łatwiej je przemierzyć na skrzydłach niż chopperem. Polecam koneserom męskich (jakże nie lubię tego zwrotu) trunków. Uwaga! co słabsze konstytucje mogą już po pierwszym kuflu oddać się błogiemu uspokojeniu, wywołanemu przez obezwładniający alkohol.
6.8 vol / B+
Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się całkowicie czarny płyn z obfitą ,jasno brązową pianą, z całych sił oblepiających szkło i niesłychanie długo utrzymującą się na powierzchni. Zapach sosnowy, żywiczny i cytrusowy w czym zasługa chmielu Citra, Columbus i Centennial. 17- procentowy ekstrakt siłą rzeczy niesie ze sobą treściwość i jest to jedna z cech charakterystycznych piwa. Nie jest jednak ona męcząca, wydaje się świetnie równoważyć potężny chmiel, który piwowarzy zafundowali nam nie bacząc na jakiekolwiek utyskiwania. Róg chmielowej obfitości w początkowej fazie zdecydowanie dominuje, ale gdy pierwsze wrażenie opada, ujawniają się nam dodatkowe i trochę niespodziewane atuty - całkiem udana i pełna słodowość, z minimalną nutą palonego zboża. Jednak to oczywiście goryczka wiedzie zdecydowany prym, dudniąc na długo w bukiecie, atakując początkowo iglastym aromatem by niemal nieskończenie wybrzmiewać w twardym, męskim finiszu odnoszącym się wprost do grapefruitowych pestek. Przy okazji swojej sytości jest to trunek niezwykle pijalny - choć trudno nazwać go sesyjnym ze względu na wysoki voltaż podporządkowujący zmysły niemal po pierwszym łyku - mimo to bez zbędnego wysiłku kilku twardzielom uda się spędzić przy nim miłe popołudnie po przegranym meczu :).
Black Hawk to całkiem udana receptura, w całej swej istocie odwołująca się do jankeskiej stanowczości charakteryzującej tamtejszy chmiel i akcentująca kojące i rozleniwiające właściwości słodu. Porównując jastrzębia do swobodnego jeźdźca, drapieżnik wygrywa bezkompromisowością i surowością amerykańskich lasów porośniętych bezkreśnie sosnami, świerkami, czy też modrzewiami. Zazwyczaj łatwiej je przemierzyć na skrzydłach niż chopperem. Polecam koneserom męskich (jakże nie lubię tego zwrotu) trunków. Uwaga! co słabsze konstytucje mogą już po pierwszym kuflu oddać się błogiemu uspokojeniu, wywołanemu przez obezwładniający alkohol.
6.8 vol / B+
wtorek, 30 października 2012
Vyškovský Březňák
Vyskovsky browar to nie tylko opisywane na tym blogu piwa specjalne - jak chce strona internetowa nazywając kolekcję piw górnej fermentacji - to także, albo przede wszystkim klasyczny, poczciwy pilzner - król czeskich stołów.
Niefiltrowany Breznak to svetly lezak premium, a więc prawdopodobnie dvanactka (choć ekstraktu nie udało mi się odnaleźć ani na etykiecie, ani na domowej stronie, sklepy podają taki właśnie ekstrakt). Zapach przyjemnie słodowy, uzupełniony chmielowymi nutami. Płyn rzeczywiście mętny, ale jest to mętność zdrowa i efektowna. Piana idealnie biała, początkowo średniej wielkości, po chwili opadła zaznaczając jedynie swoją obecność pod postacią cienkiej firanki dryfującej na powierzchni. Wysycenie całkiem spore co wybitnie wpływa na orzeźwiający charakter trunku. Kolor złoty zachęca do konsumpcji. Smak ujmujący miodowym słodem i grapefruitową oraz ziołowością chmielu. Goryczka początkowo zrównoważona, nienachalna, raczej uzupełnia pełną słodowość bukietu niż stara się ją całkowicie zdominować. Im dłużej jednak smakujemy Vyskovskiego pilznera tym chętniej odsłania on mistrzostwo swojego nachmielenia. Jakby zamiarem sladka było tak dyskretne doprawienie warki, aby na pierwszy ogląd nie zniechęcała ona co wrażliwszych gardeł. Niemniej jednak całą swoją moc chmiel uwalnia na samym końcu. Finisz niezwykle głęboki i intensywny rekompensuje wszystkim miłośnikom chmielu początkową delikatność (a dla zwolenników łagodności już jest za późno na skargi :). Najpierw potężna dawka panoszy się na podniebieniu, by pod koniec dopuścić do głosu także słód. Wracając do tego ostatniego - oprócz lekkich miodowych nut, wyraźnie daje się wyczuć owocowe estry na wzór belgijskich ejli. Całkiem to ciekawy pomysł i wynika chyba z dodatku karmelowego słodu. Taki zabieg dodaje Breznakowi niezwykle chwytliwego posmaku, który nie pozwala o nim zapomnieć.
Piwo w całości jest wyważone - jego treściwość nie przytłacza, ale gęsta faktura wystarczająco syci. Alkohol przyswajamy idealnie, pełzająca moc obezwładnia już po połowie kufla i równie szybko popuszcza by wrócić ze zdwojoną siłą przy kolejnych porcjach. Jeśli szukacie czego naprawdę wyjątkowego i nieoklepanego, rekomenduję Breznaka. Pilzner z nutką szaleństwa, który dzisiaj oczarował mnie swoją niepospolitością. Czy wynika to z rzeczywistego waloru czy z jesiennego osłabienia zmysłów spowodowanego początkiem przeziębienia? Bez względu na te dywagacje jest to piwo godne zapamiętania i polecenia.
5.2 vol / A-
Niefiltrowany Breznak to svetly lezak premium, a więc prawdopodobnie dvanactka (choć ekstraktu nie udało mi się odnaleźć ani na etykiecie, ani na domowej stronie, sklepy podają taki właśnie ekstrakt). Zapach przyjemnie słodowy, uzupełniony chmielowymi nutami. Płyn rzeczywiście mętny, ale jest to mętność zdrowa i efektowna. Piana idealnie biała, początkowo średniej wielkości, po chwili opadła zaznaczając jedynie swoją obecność pod postacią cienkiej firanki dryfującej na powierzchni. Wysycenie całkiem spore co wybitnie wpływa na orzeźwiający charakter trunku. Kolor złoty zachęca do konsumpcji. Smak ujmujący miodowym słodem i grapefruitową oraz ziołowością chmielu. Goryczka początkowo zrównoważona, nienachalna, raczej uzupełnia pełną słodowość bukietu niż stara się ją całkowicie zdominować. Im dłużej jednak smakujemy Vyskovskiego pilznera tym chętniej odsłania on mistrzostwo swojego nachmielenia. Jakby zamiarem sladka było tak dyskretne doprawienie warki, aby na pierwszy ogląd nie zniechęcała ona co wrażliwszych gardeł. Niemniej jednak całą swoją moc chmiel uwalnia na samym końcu. Finisz niezwykle głęboki i intensywny rekompensuje wszystkim miłośnikom chmielu początkową delikatność (a dla zwolenników łagodności już jest za późno na skargi :). Najpierw potężna dawka panoszy się na podniebieniu, by pod koniec dopuścić do głosu także słód. Wracając do tego ostatniego - oprócz lekkich miodowych nut, wyraźnie daje się wyczuć owocowe estry na wzór belgijskich ejli. Całkiem to ciekawy pomysł i wynika chyba z dodatku karmelowego słodu. Taki zabieg dodaje Breznakowi niezwykle chwytliwego posmaku, który nie pozwala o nim zapomnieć.
Piwo w całości jest wyważone - jego treściwość nie przytłacza, ale gęsta faktura wystarczająco syci. Alkohol przyswajamy idealnie, pełzająca moc obezwładnia już po połowie kufla i równie szybko popuszcza by wrócić ze zdwojoną siłą przy kolejnych porcjach. Jeśli szukacie czego naprawdę wyjątkowego i nieoklepanego, rekomenduję Breznaka. Pilzner z nutką szaleństwa, który dzisiaj oczarował mnie swoją niepospolitością. Czy wynika to z rzeczywistego waloru czy z jesiennego osłabienia zmysłów spowodowanego początkiem przeziębienia? Bez względu na te dywagacje jest to piwo godne zapamiętania i polecenia.
5.2 vol / A-
poniedziałek, 29 października 2012
Easy Rider Nomad
Pivovar Nomad, to kolejny przedstawiciel czeskiego odłamu latających browarów. Z manifestu tudzież deklaracji opublikowanego na domowej stronie internetowej (ciekawostka - jest także polska wersja językowa), można się dowiedzieć o idei przyświecającej fundatorom (oklepanej, wiec przytaczać nie warto) i planach na przyszłość (zagraniczne wojaże w celu warzenia w różnych miejscach). Nic oryginalnego, już to wszyscy przerabialiśmy. Ja raczej skłaniałbym się do premiowania osiadłych piwowarów, warzących na własnym sprzęcie, systematycznie i metodycznie podnoszącymi kulturę piwną swojego regionu, ale projekty w stylu Nomada w niczym mi nie przeszkadzają, wzbogacając piwosferę. W końcu liczy się nie rodowód, ale piwo.
Easy Rider to APA, czyli American Pale Ale, rodzimy odpowiednik wyspiarskiego ejla, uwarzony w północnoamerykańskiej scenerii. Oczywiście w nozdrza uderza leśno-żywiczno-cytrusowy aromat, charakteryzujący profil tamtejszego chmielu. Owa zapachowa wizytówka stała się już tak rozpoznawalna, że nawet najwięksi laicy zaczynają wzruszać ramionami, traktując tę wyjątkowość z mniejszą nabożnością niż pół roku temu. Poza snobizmem pozostają bowiem upodobania, a te nie zawsze idą w parze z "leśnym" chmielem. Nie w moim przypadku. Kolor trunku jasno bursztynowy, mętny z dużym wysyceniem. Piana całkiem obfita i trwała, apetycznie oblepia szkło. Osad drożdżowy na dnie świadczy o refermentacji w butelce. No cóż... w Czechach można sobie uwarzyć domowymi sposobami warkę i wprowadzić ją do obrotu.
Dla jako tako obytych z gatunkiem piwoszy, smak Easy Ridera nie może zaskoczyć - mamy tutaj typowego ejla chmielonego na amerykańską modłę. Jak wynika z opisu (i aromatu oczywiście) główne skrzypce gra chmiel Chinook i Willamette. Wyraźnie daje się także zauważyć chmielenie na zimno. Słód śladowy, zaznaczony jedynie, ale przełamujący monotonność goryczki. Lekka kwaśność momentami dopełnia całosć, chwilami lekko nuży. Finisz niedługi, iglasto-sosnowy. Czy jest to piwo pijalne jak chce opis ze strony internetowej? Z pewnością z myślą o tej cesze został on uwarzony. Dwunastoprocentowy ekstrakt, odfermentowanie do 4.8 vol czyni z tego specjału lekkie piwo z charakterem. Orzeźwiające chwile zapewnia wysycenie i chmiel. do 3 kufelków z pewnością można dojść, powyżej może być zbyt jednostronnie. Niemniej jednak skuchy nie ma. Solidne B.
PS W lodówce czeka jaszcze Nomad Black Hawk czyli piwo w stylu Black India Pale Ale. Oprawa graficzna tych piw została uproszczona do liternictwa i loga. I chociaż bardzo lubię taki minimalizm, o jego powodzeniu decyduje dobór kroju pisma i ogólny układ czy też kolor. Jednym słowem wbrew pozorom stworzyć udaną etykietę, na której z pozoru nic nie ma, jest tak samo trudno jak w przypadku innych grafik. Ta sztuka nie do końca wyszła Nomadowi.
4.8 vol / B
Easy Rider to APA, czyli American Pale Ale, rodzimy odpowiednik wyspiarskiego ejla, uwarzony w północnoamerykańskiej scenerii. Oczywiście w nozdrza uderza leśno-żywiczno-cytrusowy aromat, charakteryzujący profil tamtejszego chmielu. Owa zapachowa wizytówka stała się już tak rozpoznawalna, że nawet najwięksi laicy zaczynają wzruszać ramionami, traktując tę wyjątkowość z mniejszą nabożnością niż pół roku temu. Poza snobizmem pozostają bowiem upodobania, a te nie zawsze idą w parze z "leśnym" chmielem. Nie w moim przypadku. Kolor trunku jasno bursztynowy, mętny z dużym wysyceniem. Piana całkiem obfita i trwała, apetycznie oblepia szkło. Osad drożdżowy na dnie świadczy o refermentacji w butelce. No cóż... w Czechach można sobie uwarzyć domowymi sposobami warkę i wprowadzić ją do obrotu.
Dla jako tako obytych z gatunkiem piwoszy, smak Easy Ridera nie może zaskoczyć - mamy tutaj typowego ejla chmielonego na amerykańską modłę. Jak wynika z opisu (i aromatu oczywiście) główne skrzypce gra chmiel Chinook i Willamette. Wyraźnie daje się także zauważyć chmielenie na zimno. Słód śladowy, zaznaczony jedynie, ale przełamujący monotonność goryczki. Lekka kwaśność momentami dopełnia całosć, chwilami lekko nuży. Finisz niedługi, iglasto-sosnowy. Czy jest to piwo pijalne jak chce opis ze strony internetowej? Z pewnością z myślą o tej cesze został on uwarzony. Dwunastoprocentowy ekstrakt, odfermentowanie do 4.8 vol czyni z tego specjału lekkie piwo z charakterem. Orzeźwiające chwile zapewnia wysycenie i chmiel. do 3 kufelków z pewnością można dojść, powyżej może być zbyt jednostronnie. Niemniej jednak skuchy nie ma. Solidne B.
PS W lodówce czeka jaszcze Nomad Black Hawk czyli piwo w stylu Black India Pale Ale. Oprawa graficzna tych piw została uproszczona do liternictwa i loga. I chociaż bardzo lubię taki minimalizm, o jego powodzeniu decyduje dobór kroju pisma i ogólny układ czy też kolor. Jednym słowem wbrew pozorom stworzyć udaną etykietę, na której z pozoru nic nie ma, jest tak samo trudno jak w przypadku innych grafik. Ta sztuka nie do końca wyszła Nomadowi.
4.8 vol / B
piątek, 26 października 2012
Polička Eliška
Eliska to typowe czeskie tmave pivo czyli - jak to w przypadku ciemnych piw - na dwoje babka wróżyła. Zawartość ekstraktu 13 procent, w składzie znajdziemy cukier, czyli przedstawiciel swojej rodziny w pełnej krasie.
Należy zaznaczyć że dzisiejszy bohater pochodzi z browaru, które w swoim katalogu oferuje niemal same znakomite piwa. Już taka rekomendacja powinna uspokoić początkowe obawy, choć jak wiadomo, każdemu zdarzają się słabe dni. Ale dość wspomnieć znakomite Hradebni , czy prawie dorównujące mu Zavis i przywołać wspaniałą słodowość tych przedstawicieli browaru z pardubickiego kraju by łaskawym okiem spojrzeć na Eliskę. Czy tmave będzie równie udane?
Kolor płynu, głęboko ciemny z wyraźnymi rubinowymi refleksami powstałymi w połączeniu z kontrastującym światłem. Zapach lekko karmelowy z tłem odrobinę rozpuszczalnikowym, ale nie nadającym całości tonu. Piana bardzo ładna, w kolorze ecru, utrzymuje się wyjątkowo długo.
Data przydatności do spożycia nie minęła i jeszcze daleko jej do tego, ale smak trunku wyraźnie nie pozostawia złudzeń - piwo częściowo skwaśniało i jego ocena nie może być obiektywna. Zważywszy na brak pasteryzacji, zaistniały stan rzeczy należałoby obarczyć nieprawidłowym przechowywaniem. No cóż, takie rzeczy przytrafiają się każdemu, nie warto rozdzierać szat, choć Eliska była łakomym kąskiem, zwłaszcza po całkiem przychylnych recenzjach w sieci. Jakiś kredyt zaufania jej się jednak należy i z tego co jest spróbuję stworzyć choćby zarys tego co było.
Nawet w tym stanie można tutaj wyczuć aromatyczny karmel, owocowe tło z lekką kawową nutą i wyraźną dawkę klasycznej czeskiej goryczki. Finisz długi i chmielowy stanowi duży atut tego piwa. Trudno pokusić się o określenie ogólnego charakteru, choć wypada wnioskować z gładkości i aksamitności, że jest to piwo orzeźwiające (szkoda, że wyczucie tej cechy zaburzył kwaśny posmak). Natomiast z całą stanowczością zaznaczam, że słodkość stanowi tu jedynie element bukietu, ustępującą wytrawności. Eliska jest więc piwem stosunkowo lekkim jak na swoje parametry wyjściowe i śmiało można ją zaliczyć do piw udanych. W jakim stopniu? Trudno mi zawyrokować, ale z pewnością będę wypatrywał tego specjału na sklepowych półkach by uzupełnić recenzję o garść faktów, a nie domniemań.
5.8 vol
Należy zaznaczyć że dzisiejszy bohater pochodzi z browaru, które w swoim katalogu oferuje niemal same znakomite piwa. Już taka rekomendacja powinna uspokoić początkowe obawy, choć jak wiadomo, każdemu zdarzają się słabe dni. Ale dość wspomnieć znakomite Hradebni , czy prawie dorównujące mu Zavis i przywołać wspaniałą słodowość tych przedstawicieli browaru z pardubickiego kraju by łaskawym okiem spojrzeć na Eliskę. Czy tmave będzie równie udane?
Kolor płynu, głęboko ciemny z wyraźnymi rubinowymi refleksami powstałymi w połączeniu z kontrastującym światłem. Zapach lekko karmelowy z tłem odrobinę rozpuszczalnikowym, ale nie nadającym całości tonu. Piana bardzo ładna, w kolorze ecru, utrzymuje się wyjątkowo długo.
Data przydatności do spożycia nie minęła i jeszcze daleko jej do tego, ale smak trunku wyraźnie nie pozostawia złudzeń - piwo częściowo skwaśniało i jego ocena nie może być obiektywna. Zważywszy na brak pasteryzacji, zaistniały stan rzeczy należałoby obarczyć nieprawidłowym przechowywaniem. No cóż, takie rzeczy przytrafiają się każdemu, nie warto rozdzierać szat, choć Eliska była łakomym kąskiem, zwłaszcza po całkiem przychylnych recenzjach w sieci. Jakiś kredyt zaufania jej się jednak należy i z tego co jest spróbuję stworzyć choćby zarys tego co było.
![]() |
| Ciekawsza wersja etykiety |
Nawet w tym stanie można tutaj wyczuć aromatyczny karmel, owocowe tło z lekką kawową nutą i wyraźną dawkę klasycznej czeskiej goryczki. Finisz długi i chmielowy stanowi duży atut tego piwa. Trudno pokusić się o określenie ogólnego charakteru, choć wypada wnioskować z gładkości i aksamitności, że jest to piwo orzeźwiające (szkoda, że wyczucie tej cechy zaburzył kwaśny posmak). Natomiast z całą stanowczością zaznaczam, że słodkość stanowi tu jedynie element bukietu, ustępującą wytrawności. Eliska jest więc piwem stosunkowo lekkim jak na swoje parametry wyjściowe i śmiało można ją zaliczyć do piw udanych. W jakim stopniu? Trudno mi zawyrokować, ale z pewnością będę wypatrywał tego specjału na sklepowych półkach by uzupełnić recenzję o garść faktów, a nie domniemań.
5.8 vol
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























