W ciemno miedzianej toni przechodzącej w kolor soku wiśniowego pęcherzyki nieustannie zasilają gęstą pianę w kolorze ecru. Zapach słodowo-karmelowy z orzeźwiającym chmielem w tle. Bruin jest szlachetnym gatunkiem belgijskiej tradycji zapożyczonym od angielskiego krewniaka, ale jak to w przypadku Belgów bywa, aromat został zintensyfikowany a piwne ciało mocno wzbogacone. Petrus świetnie wpisuje się w tę tradycję oferując nam solidną dawkę smaków, jednocześnie pozostając na nieco bezpiecznych pozycjach.
Wybitnie deserowy charakter trunku sprawia, że nie będziemy się nim raczyć w dużych ilościach. Ot takie małe co nieco na dokończenie posiłku lub krótką rozmowę w pubie. W smaku czujemy wyraźną słodycz otoczoną spora grupką suszonych owoców. Mamy tutaj śliwkę, wiśnię, porzeczkę oraz chlebowe nuty i melasę. Do tego duże wysycenie stara się podkreślić każdy z elementów. W tle odrobina gorzkiej pomarańczy i niewyraźny chmielowy finisz dopełniający całości.Jednym słowem trochę przeciętnie.
Wysoka zawartość alkoholu momentalnie uderza do głowy, robi się przyjemnie i sennie, ale z czasem także nużąco. Petrus dubbel bruin nie jest piwem codziennym, raczej do okazyjnej konsumpcji. Prezentuje się wizualnie niezwykle okazale i nobliwie, w smaku nie przekracza poprawności. Jeśli polubisz może wrócisz, jeśli natomiast piwo nie przypadnie ci do gustu z trudem dokończysz pokal.
6.5 vol / B
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B+. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B+. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 kwietnia 2015
wtorek, 16 grudnia 2014
Abbot Ale
Kolor szlachetnej miedzi wieńczy niedużych rozmiarów, gruboziarnista piana. Jej trwałość nie imponuje i biała pierzynka szybko zamienia się w białą pajęczynkę. Wysycenie adekwatne do stylu czyli właściwie niewyczuwalne, choć ilość pęcherzyków przemieszczająca się od dna do góry może imponować. W zapachu dominują nuty karmelu, skórki chleba i śladowo rześkie liczi.
Smak nie zaskakuje, wpisując się w tradycyjne angielskie ale. Na początek ujawniają się słodowe smaki podparte karmelowym konturem. Do tego szczypta palonych nut i suszonych owoców oraz skórka chleba i herbaciane ściągacze smaku. Całość lekko wysusza i gładko wchodzi do żołądka, zwłaszcza że finałowa goryczka świetnie równoważy słodową bazę. Chmiel wyraźnie ziołowy i pestkowy, z którego wyłania się tytoniowy ornament. Nie zabrakło także trawiastych, zielonych akcentów. Fajnie...
Abbot Ale jest typowym przedstawicielem swojego gatunku, nie próbując wychodzić przed orkiestrę. Na dłuższą metę może być nużący i do bólu nudny, a po drugiej pincie nawet namolny. Niemniej jednak czas z nim spędzony nie jest męką i śmiało można go polecić na krótki wypad do pubu.
5.0 vol / B
Smak nie zaskakuje, wpisując się w tradycyjne angielskie ale. Na początek ujawniają się słodowe smaki podparte karmelowym konturem. Do tego szczypta palonych nut i suszonych owoców oraz skórka chleba i herbaciane ściągacze smaku. Całość lekko wysusza i gładko wchodzi do żołądka, zwłaszcza że finałowa goryczka świetnie równoważy słodową bazę. Chmiel wyraźnie ziołowy i pestkowy, z którego wyłania się tytoniowy ornament. Nie zabrakło także trawiastych, zielonych akcentów. Fajnie...
Abbot Ale jest typowym przedstawicielem swojego gatunku, nie próbując wychodzić przed orkiestrę. Na dłuższą metę może być nużący i do bólu nudny, a po drugiej pincie nawet namolny. Niemniej jednak czas z nim spędzony nie jest męką i śmiało można go polecić na krótki wypad do pubu.
5.0 vol / B
środa, 13 sierpnia 2014
Bishops Finger
Kolor miedziany, piana raczej gruboziarnista i dość szybko opadająca, choć pozostaje przez długi czas w postaci niewielkiego kożuszka - oto pierwsze oznaki brytyjskiego ale w szkle. Do tego bardzo przyjemny aromat karmelowy z chlebowymi nutami i delikatnie palonym słodem, a wszystko owiane winną otoczką. Tak rozpoczyna się przygoda z Bishops Finger, wyspiarskim piwem dość popularnym nie tylko w naszym kraju.
Smak idealnie wpisuje się w profil stylu, dostarczając nam pełni w ustach i na podniebieniu. Początkowo dociera do nas nutka palonego słodu a wraz z nią wytrawne karmelowe nuty, lekko przydymione i pełne patyny. Dalej nobliwe owocowe nuty w oparach nieco siarkowych co podkreśla każdy wyczuwalny element. Na koniec w długim finiszu głęboka i czysta goryczka. Dla wnikliwego degustatora nie będzie też problemem wyczucie dyskretnego alkoholu majaczącego w ambientowym tle, przez co piwo nabiera zadziornego charakteru. Rekapitulując: mamy do czynienia z klasycznym angielskim strong ale, które spokojnie można spożyć w pubie z mahoniowym kontuarem przysłuchując się rozmowie obok. Większa ilość może znużyć, ale dżentelmeni przecież nie przekraczają granic. Mocne B.
5.4 vol / B
Smak idealnie wpisuje się w profil stylu, dostarczając nam pełni w ustach i na podniebieniu. Początkowo dociera do nas nutka palonego słodu a wraz z nią wytrawne karmelowe nuty, lekko przydymione i pełne patyny. Dalej nobliwe owocowe nuty w oparach nieco siarkowych co podkreśla każdy wyczuwalny element. Na koniec w długim finiszu głęboka i czysta goryczka. Dla wnikliwego degustatora nie będzie też problemem wyczucie dyskretnego alkoholu majaczącego w ambientowym tle, przez co piwo nabiera zadziornego charakteru. Rekapitulując: mamy do czynienia z klasycznym angielskim strong ale, które spokojnie można spożyć w pubie z mahoniowym kontuarem przysłuchując się rozmowie obok. Większa ilość może znużyć, ale dżentelmeni przecież nie przekraczają granic. Mocne B.
5.4 vol / B
wtorek, 5 sierpnia 2014
Fenix
Nazwa Fenix nie należy do specjalnie wyszukanych, ale przecież nikt nie oczekuje od razu odkrywania Atlantydy, zwłaszcza że butelka wabi żywą żółto czerwono czarną etykietą nawiązującą nieco do przedwojennego okresu wzornictwa. Fenix należy do Pilznenskiego Prazdroju i jest produktem wyraźnie skierowanym do wakacyjnego, masowego klienta. Czy to źle? Czy może mu to zaszkodzić? Ano zobaczymy.
Po otwarciu zapach wyraźni drażni nos śląc drożdżowy ładunek podparty solidnym goździkiem oraz kolendrą i niewyraźnymi cytrusami. Znaczy się jak na pszeniczniaka albo ściślej witbiera przystało. Aromat z pewnością jest dużym atutem naszego bohatera.
Po przelaniu do kufla ukazuje się nam mocno zmętniały i jasno pomarańczowy płyn, którego powierzchnię wieńczy drobnoziarnista, biała piana. Etykieta informuje, że nasze piwo charakteryzuje się ujętą w recepturze kolendrą i pomarańczowymi nutami i rzeczywiście kolendry tutaj nie brakuje, a skórka pomarańczowa nie drażni podniebienia, choć miałbym życzenie by była bardziej wyczuwalna. Baza słodowa nie znika w odmętach wody , ale trzeba wyraźnie zaznaczyć że jest to piwo lekkie wiec cudów nasycenia treścią spodziewać się nie można. Finisz krótki wypełniony maślanymi drożdżami i chmielową nutą.
Feniks z wdziękiem i lekkością wpisuje się w belgijski styl królujący na letnich stołach Brabancji. Nie jest to wybitny przedstawiciel tego wracającego do łask trunku, ale z pewnością nie zawodzi. Poprawnie i bez szaleństw.
4.7 vol / B
Po otwarciu zapach wyraźni drażni nos śląc drożdżowy ładunek podparty solidnym goździkiem oraz kolendrą i niewyraźnymi cytrusami. Znaczy się jak na pszeniczniaka albo ściślej witbiera przystało. Aromat z pewnością jest dużym atutem naszego bohatera.
Po przelaniu do kufla ukazuje się nam mocno zmętniały i jasno pomarańczowy płyn, którego powierzchnię wieńczy drobnoziarnista, biała piana. Etykieta informuje, że nasze piwo charakteryzuje się ujętą w recepturze kolendrą i pomarańczowymi nutami i rzeczywiście kolendry tutaj nie brakuje, a skórka pomarańczowa nie drażni podniebienia, choć miałbym życzenie by była bardziej wyczuwalna. Baza słodowa nie znika w odmętach wody , ale trzeba wyraźnie zaznaczyć że jest to piwo lekkie wiec cudów nasycenia treścią spodziewać się nie można. Finisz krótki wypełniony maślanymi drożdżami i chmielową nutą.
Feniks z wdziękiem i lekkością wpisuje się w belgijski styl królujący na letnich stołach Brabancji. Nie jest to wybitny przedstawiciel tego wracającego do łask trunku, ale z pewnością nie zawodzi. Poprawnie i bez szaleństw.
4.7 vol / B
wtorek, 29 lipca 2014
Old Speckled Hen
Aromat owocowy wraz z niewielką domieszką karmelu - to w pierwszej kolejności wyczuwamy po przelaniu piwa do szkła. Niewielka piana przybiera formy nietrwałych bąbli. Znika niemal po minucie nie pozostawiając po sobie nawet wspomnienia. To optyczne fiasko ratuje piękna, miedziana barwa płynu. Wysycenie niewielkie jak to w przypadku angielskich ale bywa.
Old Speckled Hen jest piwem niemal pełnym o charakterystycznym smaku przywodzącym na myśl irlandzkie czerwone, choć jest to raczej początek granicy niż środek stylu. Na to odczucie główny wpływ ma wyraźny karmel, nieco przydymiony i winny, co wskazuje na obecność odrobiny palonego słodu. Ponadto w treści da się odczuć owocowe nuty i tytoniowo-herbaciane aromaty. Goryczka całkiem zauważalna i aromatyczna, długo finiszuje kręcąc się po podniebieniu w uścisku z wyraźnym dymem.
Trudno sobie wyobrazić spędzenie całego wieczoru w towarzystwie kilku Old Speckled Hen, ale jeden kufelek wychylony w pubie podczas przeglądania gazety może być miły. Ma się rozumieć, że dla przeciętnego krajana, będzie to trunek co nieco egzotyczny, ale panująca obecnie moda na degustacje różnych piwnych stylów, załagodzi ocenę.
5.0 vol / B
Old Speckled Hen jest piwem niemal pełnym o charakterystycznym smaku przywodzącym na myśl irlandzkie czerwone, choć jest to raczej początek granicy niż środek stylu. Na to odczucie główny wpływ ma wyraźny karmel, nieco przydymiony i winny, co wskazuje na obecność odrobiny palonego słodu. Ponadto w treści da się odczuć owocowe nuty i tytoniowo-herbaciane aromaty. Goryczka całkiem zauważalna i aromatyczna, długo finiszuje kręcąc się po podniebieniu w uścisku z wyraźnym dymem.
Trudno sobie wyobrazić spędzenie całego wieczoru w towarzystwie kilku Old Speckled Hen, ale jeden kufelek wychylony w pubie podczas przeglądania gazety może być miły. Ma się rozumieć, że dla przeciętnego krajana, będzie to trunek co nieco egzotyczny, ale panująca obecnie moda na degustacje różnych piwnych stylów, załagodzi ocenę.
5.0 vol / B
środa, 7 maja 2014
Bojan Black IPA
Ciemna IPA z Bojanowa, pomimo etykiety łamiącej serca
estety, w końcu wypełniła mój kufel. Butelka jest przeterminowana o tydzień, ale
nie powinno to mieć wpływu na smak, doda raczej nieco pikanterii degustacji. Styl na który browar się pokusił jest stylem
względnie młodym i narosłym licznymi kontrowersjami, jednak rozważania
stylistów odłóżmy ad acta i zajmijmy się tym co najważniejsze – smakiem.
Piana
formuje się całkiem spora i drobnoziarnista. Zdecydowanie oblepia szkło, aż do
samego dna. Zapach chlebowej skórki, palone nuty i maślany ślad, całość dość
rześko zadomawia się w nozdrzach. Kolor mocno spatynowanej miedzi nie jest
czarny, ale może to przeszkadzać jedynie kolorystycznym purystom. Pierwszy łyk
wchodzi łagodnie, nie pozostawiając niepotrzebnych posmaków. Mamy tutaj
wspomniane aromaty chlebowe, odrobinę karmelowych nut, trochę kawy – dość wyraźnie
te palone aspekty są wyczuwalne, co przyjemnie nastraja do dalszej degustacji. Nie
jest to piwo pełne, raczej o wiele mniej niźli wskazywałby ekstrakt, w
połączeniu z niskim wysyceniem pozostawia w odbieranym wachlarzu aromatów lekki
niedosyt. Goryczka średnia, długo finiszująca, ciekawie drażni kubki smakowe,
rozbudzając apetyty. Poważnym mankamentem jest brak chmielowego aromatu
charakterystycznego dla piw IPA. Przydałoby się bujne dopełnienie całości,
które można uzyskać chmieląc choćby na zimno. Szkoda, bo brak tego elementu
zdecydowanie obniża ocenę.
Niemniej jednak Bojan Black IPA nie jest piwem złym,
to produkt poprawny, osadzony w profesjonalnych ramach, pozbawiony jednak
sznytu oryginalności. Dla wielbicieli „ciemniaków” będzie to miła odmiana, dla
ortodoksów-stylistów przyczynek do długich nikomu niepotrzebnych dysput. Jeśli
masz ochotę na przełamanie rutyny, a boisz się eksperymentów Bojan nie będzie
złym wyborem. (Przeterminowanie w moim odczuciu nijak nie wpłynęło na degustację.)
6.0 vol / B
piątek, 24 stycznia 2014
Kloster Scheyern Doppelbock
Karmel, melasa, kawa, suszone śliwki - to wszystko można wyczuć zbliżając nos do niewielkiej beżowej piany leniwie przykrywającej przezroczysty, brunatny płyn. Wysycenie niewielkie bo i na próżno go szukać w tym stylu, który przesadnie nie eksponuje tego atrybutu. Kufelek stoi sobie vis-a-vis źródła światła i przez chwilę można się delektować jego dostojną formą okraszoną miedzianymi refleksami błyskającymi głęboko w toni.
Koźlak to piwo idealnie wpisujące się w styczniowe, wieczorne klimaty. Wprawdzie zima w tym roku zdecydowania przyspała, ale przez te kilka dni stara się nadrobić - z zawziętością i zaangażowaniem spóźnialskiego - temperaturowe stany. Mówić krótko - mamy mróz za oknem a piwo ma pomóc spojrzeć przychylnym okiem na zimową aurę. Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z treściwą formą, która jednak specjalnie nie ciąży, z czasem nawet dyskretnie się oddalając. W smaku dominuje karmel, podbarwiony wspomnianą suszoną śliwką. Co ciekawe, i będzie zahaczać to o świętokradztwo, wyraźnie na podniebieniu finiszuje smak opłatka. Tu i ówdzie można wyczuć, oleisto-mydlane tło, z która nijak nie mogę sobie poradzić, a zatem staram się ją ignorować. Zapomniałbym jeszcze o alkoholu, który zdecydowanie jest nośnikiem tych ostatnich nut smakowych. Goryczka niewielka, minimalnie wybija się w finiszu, ale w tym przypadku jest to jedynie próba zaznaczenia swojej obecności niż pełnoprawne dzierżenie wodzy smaku.
Doppelbock Kloster Scheyern to całkiem przyjemne piwo, jeśli uwzględni się wspomniane przeze mnie "rozedrgania" w recepturze. To niedostrojenie z pewnością nie pozbawia degustatora przyjemności obcowania z zimowym klasykiem, ale jednak spycha w zakamarki pamięci ogólne wrażenie. Solidne B.
7.4 vol / B
Koźlak to piwo idealnie wpisujące się w styczniowe, wieczorne klimaty. Wprawdzie zima w tym roku zdecydowania przyspała, ale przez te kilka dni stara się nadrobić - z zawziętością i zaangażowaniem spóźnialskiego - temperaturowe stany. Mówić krótko - mamy mróz za oknem a piwo ma pomóc spojrzeć przychylnym okiem na zimową aurę. Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z treściwą formą, która jednak specjalnie nie ciąży, z czasem nawet dyskretnie się oddalając. W smaku dominuje karmel, podbarwiony wspomnianą suszoną śliwką. Co ciekawe, i będzie zahaczać to o świętokradztwo, wyraźnie na podniebieniu finiszuje smak opłatka. Tu i ówdzie można wyczuć, oleisto-mydlane tło, z która nijak nie mogę sobie poradzić, a zatem staram się ją ignorować. Zapomniałbym jeszcze o alkoholu, który zdecydowanie jest nośnikiem tych ostatnich nut smakowych. Goryczka niewielka, minimalnie wybija się w finiszu, ale w tym przypadku jest to jedynie próba zaznaczenia swojej obecności niż pełnoprawne dzierżenie wodzy smaku.
Doppelbock Kloster Scheyern to całkiem przyjemne piwo, jeśli uwzględni się wspomniane przeze mnie "rozedrgania" w recepturze. To niedostrojenie z pewnością nie pozbawia degustatora przyjemności obcowania z zimowym klasykiem, ale jednak spycha w zakamarki pamięci ogólne wrażenie. Solidne B.
7.4 vol / B
poniedziałek, 2 września 2013
Crack American Stout - Pracownia Piwa
Na etykiecie jelonek chłodnym okiem wpatruje się w patrzącego nań piwosza. Reszta grafiki utrzymana została w równie beznamiętnej stylistyce. O amerykańskim rodowodzie zawartości ma świadczyć szeryfowy krój głównych liter i sama nazwa, mająca jednak więcej wspólnego z używkami nieco odmiennymi od alkoholu. Niemniej jednak w tej minimalistycznej oprawie Crackowi jest całkiem do twarzy. Pracownia Piwa to podkrakowska inicjatywa, której uwagę zdecydowanie warto poświecić, zwłaszcza że zdecydowano się w tym przypadku na produkcję piwa we własnym browarze, co wśród młodych, polskich przedsięwzięć nie jest zbyt popularne, a ja - kilkakrotnie już to podkreślałem, darzę sympatią browarników warzących swoje specjały w osobistej warzelni.
Wysycenie niewielkie, piana również nie imponuje. W zasadzie oczekiwana i nadzwyczaj pożądana kremowa kołderka znika natychmiast, co podbija smutek związany z końcem lata. No cóż, wszystko kończy się i zaczyna, zaklęty krąg cykli tarmosi nasze wnętrze, ale koniec końców to on wymusza mozolny ruch ku przyszłości. Jeśli niemile zaskakuje wspomniana piana, to cześć należy oddać zapachowi, który odrobinę ewoluuje, zmienia swoje natężenie i skład. Początkowo uderza zwiewny podmuch iglastego lasu, następnie ujawnia się gorzka czekolada, karmel i nade wszystko odstana, zimna kawa.
Pierwszy łyk zwiastuje małą ucztę. płyn jest aksamitny i oleisty, z powodzeniem rekompensuje brak kremowej pianki. Ciało piwne, czyli słodowa część, całkiem ponad średnią, wyraźnie ciążąc w stronę pełnej. Żeby oddać sprawiedliwość ocenie należy wyraźnie zaznaczyć, że ów słód nazbyt skomplikowany nie jest, i niespecjalnie chce uchodzić za zbożowego erudytę. Przede wszystkim czujemy lekko przydymione, podpalane nuty i spopieloną kawę okraszoną śladową ilością gorzkiej czekolady. Trochę brakuje karmelizacji. Goryczka natomiast - jak przystało na gatunek - nad wyraz rozbujana i to ona raczy w tym specjale grać pierwsze skrzypce. Początkowo silnie kwaskowy akord świeżych igieł, pestkowego grapefruita i mniszka lekarskiego, finiszuje bardzo długo, dominując zdecydowanie nad słodem, tłamsząc go po prawdzie i przechodząc dodatkowo aromatyczny flirt z drewnianą nutą. Ta chmielowa hegemonia nieco przytłacza, zrzucając na biedne barki degustatora uciążliwy bagaż IBU. Wniosek: receptura wymaga doszlifowania i konsumenckiego zbalansowania (czytaj: ugładzenia).
Pod koniec - kiedy smak zaczyna przemawiać do nas już tylko wersalikami, spokojnie moglibyśmy przyjąć cios tępym narzędziem w sam środek czaszki, zapewne przy tym nie jęknąwszy. Dla miłośników bezwzględnych rewolwerowców przemierzających dzikie prerie może być uczta, dla koneserów klasycznych stoutów już niekoniecznie, choć hände hoch raczej nie zaliczą.
4.7 vol / B
Wysycenie niewielkie, piana również nie imponuje. W zasadzie oczekiwana i nadzwyczaj pożądana kremowa kołderka znika natychmiast, co podbija smutek związany z końcem lata. No cóż, wszystko kończy się i zaczyna, zaklęty krąg cykli tarmosi nasze wnętrze, ale koniec końców to on wymusza mozolny ruch ku przyszłości. Jeśli niemile zaskakuje wspomniana piana, to cześć należy oddać zapachowi, który odrobinę ewoluuje, zmienia swoje natężenie i skład. Początkowo uderza zwiewny podmuch iglastego lasu, następnie ujawnia się gorzka czekolada, karmel i nade wszystko odstana, zimna kawa.
Pierwszy łyk zwiastuje małą ucztę. płyn jest aksamitny i oleisty, z powodzeniem rekompensuje brak kremowej pianki. Ciało piwne, czyli słodowa część, całkiem ponad średnią, wyraźnie ciążąc w stronę pełnej. Żeby oddać sprawiedliwość ocenie należy wyraźnie zaznaczyć, że ów słód nazbyt skomplikowany nie jest, i niespecjalnie chce uchodzić za zbożowego erudytę. Przede wszystkim czujemy lekko przydymione, podpalane nuty i spopieloną kawę okraszoną śladową ilością gorzkiej czekolady. Trochę brakuje karmelizacji. Goryczka natomiast - jak przystało na gatunek - nad wyraz rozbujana i to ona raczy w tym specjale grać pierwsze skrzypce. Początkowo silnie kwaskowy akord świeżych igieł, pestkowego grapefruita i mniszka lekarskiego, finiszuje bardzo długo, dominując zdecydowanie nad słodem, tłamsząc go po prawdzie i przechodząc dodatkowo aromatyczny flirt z drewnianą nutą. Ta chmielowa hegemonia nieco przytłacza, zrzucając na biedne barki degustatora uciążliwy bagaż IBU. Wniosek: receptura wymaga doszlifowania i konsumenckiego zbalansowania (czytaj: ugładzenia).
Pod koniec - kiedy smak zaczyna przemawiać do nas już tylko wersalikami, spokojnie moglibyśmy przyjąć cios tępym narzędziem w sam środek czaszki, zapewne przy tym nie jęknąwszy. Dla miłośników bezwzględnych rewolwerowców przemierzających dzikie prerie może być uczta, dla koneserów klasycznych stoutów już niekoniecznie, choć hände hoch raczej nie zaliczą.
4.7 vol / B
środa, 21 sierpnia 2013
Senojo Vilniaus Tamsusis Su Prieskoniais
Litewskich smaków ciąg dalszy. Tym razem na tapecie mocne, ciemne piwo z przyprawami, które wydawałoby się - zważywszy na letnie miesiące - niespecjalnie nadaje się do degustacji. Czy stereotyp ciężkiego piwa uwarzonego z myślą ubarwienia, monotonnych długich zimowych wieczorów, ma umocowanie w rzeczywistości? Czy może dla każdego piwa ważna jest nie pora roku, a raczej nastrój i okoliczności spożycia? Zobaczmy.Kolor trunku aksamitnie czarny, piana do tego ciemna i niewielka, co absolutnie zrozumiałe przy tej zawartości alkoholu. Wysycenie także nie należy do najbardziej mocnych. Ot takie przyjemne dla oka, mało agresywne wizualnie piwo z klasyczną aparycją ciemniaka. Zapach co nieco rozbujany, zakręcił nawet w nosie. Mamy tutaj pomarańczę, cynamon, goździki, odrobinę imbiru - wprost nie można się oprzeć wrażeniu, że piwowar warząc ten specjał nie mógł opędzić się od świątecznego piernika. Całość okraszona czymś mocno charakterystycznym (ale o tym za chwilę), co w skrócie można nazwać gorzkimi ziołami.
Ciało piwne zaskakująco nieduże, piwo zdaję się być lekkie zważywszy na oczekiwania i parametry receptury - zarówno ekstrakt jak i zawartość alkoholu do najniższych nie należą. Z pewnością nie jest uciążliwe nawet w upalne dni, od biedy można zaspokoić nim pragnienie, choć z pewnością nie te cechy były pierwotnym zamysłem browaru. Smak dominują wspomniane przyprawy i nieodparte poczucie, że oto spożywamy piwny odpowiednik Kofoli. Miłośnikom czeskich produktów spożywczych, nie trzeba wyjaśniać o co chodzi, całej reszcie w skrócie przypomnę: Kofola to czeska odpowiedź na Coca-Colę, napój skrojony w amerykańskim stylu, z tym że oryginalnie uzupełniony ziołowym aromatem, produkowany nieprzerwanie od lat 60 ubiegłego wieku. Zarówno cena, jak i popularność stawia ten produkt w grupie napojów kultowych. Po tej małej dygresji wracam do Senojo Vilniaus Tamsusis. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że ktoś na Litwie zapatrzył się na popularny czeski napój, ale ziołowość charakterystyczna dla obu tych napojów wyraźnie jest bliźniacza. Finisz piwa niedługi i w nim dopiero wyczuwamy łagodną goryczkę, którą wcześniej niespecjalnie da się zauważyć, choćby ze względu na charakter gorzkich ziół.
Piwo ciemne i mocne, które można wypić w letni dzień, delektując się bukietem przypraw, zapachów i smaków zarezerwowanym świątecznym specjałom. Niby to już było, ale całkiem przyjemnie powtórzone. Niemniej jednak raczej jednorazowa przygoda, a dla eksperymentatora całkiem spora przestrzeń do eksploracji.
7.5 vol / B
czwartek, 8 sierpnia 2013
Senojo Vilniaus Nefiltruotas Šviesusis Alus
Zapatrzony raczej w kierunku południowym, ewentualnie zachodnim, polski piwosz rzadko eksperymentuje z piwami zza wschodniej granicy, patrząc na nie pobłażliwym okiem. Wynika to chyba z ogólnych tendencji traktowania tamtego regionu świata z rezerwą i wyższością charakteryzującą zapewne nasze kompleksy. Czy słusznie, nie miejsce na takie dywagacje, ale warto zimnym okiem spojrzeć samokrytycznie i pochylić w pokorze głowę - w Polsce jest wiele miejsc gdzie wyśmiewany wschodni sznyt dominuje, choć został przybrany w europejskie szaty.
W każdym razie - wracając do meritum - piwa od naszych wschodnich sąsiadów nie należą do egzotyki w polskich sklepach i nie trzeba poświęcać całego wolnego czasu by uraczyć się ich smakiem. Szczególnie warte uwagi są wyroby litewskie, zwykle niefiltrowane, warzone tradycyjnie z udziałem lokalnych surowców i zaskakujące odmiennym smakiem.
Niefiltrowany lager zadomowił się w kuflu roztaczając wokoło zapach świeżego zboża. Zwykle tego typu aromat nie nastraja mnie pozytywnie, mówiąc wprost: nie przepadam za nim w piwie - tym razem zestrojony został całkiem przyjemnie, zwłaszcza że towarzysza mu kwiatowo-konwaliowe i miodowe aromaty. Złoty, mocno mętny płyn wyjątkowo cieszy oko niebanalnością i zachęca do wychylenia kufla. Piana raczej gruboziarnista nie przejawia się w formie wybujałej czapy, zadowalając się półtora centymetrową kołderką. Po tych kilku zewnętrznych atrybutach, spokojnie możemy stwierdzić, że mamy przed sobą coś w rodzaju piwnej zupy, nieczęsto u nas spotykanej.
W smaku prym dzierży słód, nieco ubarwiony czymś na kształt lipowego miodu i wspomagany estrowymi aliantami: gruszką i morelą. W dłuższej perspektywie kubki smakowe zdają się uodparniać na tego typu melanż i odczuwamy lekkie znużenie, zwłaszcza że kompozycji brakuje goryczkowego przełamania. Konia z rzędem temu kto wyczuje jaki rodzaj chmielu został użyty do doprawienia trunku. Wyraźniejsza lupulina zdecydowanie podniosłaby walory smakowe piwa. Niemniej jednak jeśli potrafimy skupić się selektywnie na zaletach, zapominając o niedoborach, nie będziemy zawiedzeni. Niefiltrowane z Litwy to piwo przeciętne, solidne, niepozbawione jednak fantazji. Można.
5.0 vol / B
W każdym razie - wracając do meritum - piwa od naszych wschodnich sąsiadów nie należą do egzotyki w polskich sklepach i nie trzeba poświęcać całego wolnego czasu by uraczyć się ich smakiem. Szczególnie warte uwagi są wyroby litewskie, zwykle niefiltrowane, warzone tradycyjnie z udziałem lokalnych surowców i zaskakujące odmiennym smakiem.
Niefiltrowany lager zadomowił się w kuflu roztaczając wokoło zapach świeżego zboża. Zwykle tego typu aromat nie nastraja mnie pozytywnie, mówiąc wprost: nie przepadam za nim w piwie - tym razem zestrojony został całkiem przyjemnie, zwłaszcza że towarzysza mu kwiatowo-konwaliowe i miodowe aromaty. Złoty, mocno mętny płyn wyjątkowo cieszy oko niebanalnością i zachęca do wychylenia kufla. Piana raczej gruboziarnista nie przejawia się w formie wybujałej czapy, zadowalając się półtora centymetrową kołderką. Po tych kilku zewnętrznych atrybutach, spokojnie możemy stwierdzić, że mamy przed sobą coś w rodzaju piwnej zupy, nieczęsto u nas spotykanej.
W smaku prym dzierży słód, nieco ubarwiony czymś na kształt lipowego miodu i wspomagany estrowymi aliantami: gruszką i morelą. W dłuższej perspektywie kubki smakowe zdają się uodparniać na tego typu melanż i odczuwamy lekkie znużenie, zwłaszcza że kompozycji brakuje goryczkowego przełamania. Konia z rzędem temu kto wyczuje jaki rodzaj chmielu został użyty do doprawienia trunku. Wyraźniejsza lupulina zdecydowanie podniosłaby walory smakowe piwa. Niemniej jednak jeśli potrafimy skupić się selektywnie na zaletach, zapominając o niedoborach, nie będziemy zawiedzeni. Niefiltrowane z Litwy to piwo przeciętne, solidne, niepozbawione jednak fantazji. Można.
5.0 vol / B
wtorek, 30 lipca 2013
Švyturys Ekstra Dortmunder
Późna pora nad jeziorem obfituje w komary. Chcąc spokojnie zdegustować piwo należało się spryskać środkami odstraszającymi natrętnego intruza. Więcej jednak z tego wszystkiego wyszło zakłamania w ocenie organoleptycznej niźli upragnionego spokoju - komary jak cięły tak cięły i jedynie przedłużająca się biesiada doprowadziła do momentu naturalnego snu uciążliwych kąsaczy.Švyturys Ekstra w typie dortmundera to klasyczna pozycja w portfolio znanego u nas litewskiego browaru. Wymyślne butelki, co rusz bardziej udziwniane, sygnalizują że mamy do czynienia raczej z potentatem a nie niewielkim browarem. Piwo pływające w kuflu ma być idealnym ugaszaczem pragnienia, trafiającym w gusta jak najszerszej grupy docelowej.
Najpierw to co widać: płyn klarowny, słomkowy, ładnie prezentuje się w szkle. Piana gruboziarnista, ale przyjemnie biała, początkowo obfita, utrzymuje się średnio długo. Wysycenie raczej średnie.
To co czuć: Początkowo do naszych kubków smakowych dobija się słód, który delikatnie trąci miodem i zawiera niewielkie zbożowe nuty. Niby nic wielkiego, ale jakoś tak przyjemnie się w ustach zrobiło. W następnej kolejności nieśmiało zapukała goryczka, niemal przezroczysta, neutralna i koniec końców niezbyt mocna. Niektórych może ten fakt zdecydowanie rozczarować, choć wypada zaznaczyć, że chmiel długo i przyjemnie finiszuje.
Jeśli browarnicy chcieli zaspokoić jak największą grupę piwoszy spragnionych złocistego płynu, sztuka ta chyba całkiem nieźle się udała. Trunek do codziennego spożycia, w szczególności na upał - ot i tyle.
5.2 vol / B
niedziela, 7 kwietnia 2013
Kloster Scheyern Weisse Hell
Pszeniczne piwa, kiedyś jedne z moich najulubieńszych trunków, zostały na tym blogu trochę zaniedbane. Nie wynika to ze zmiany moich preferencji, a raczej z braku nowych nabytków pszenicznych. Poratował mnie w tej materii dobry przyjaciel i dzisiaj opiszę weizena z całkiem znanego browaru, którego produkty już gościły na tych łamach.
W zapachu mamy klasykę stylu - banany, goździki i nienachalnie maślane drożdże. Płyn koloru słomkowego pięknie wypełnia swą mętnością kufel. Piana gęsta i długodystansowa, idealnie biała, klei się do szkła niczym naklejka do zeszytu. Po pierwszym łyku przychodzi nagła refleksja, że neutralny niemiecki chmiel (zapewne Spalt) można by zastąpić eksperymentalnie jakąś odmianą dodającą nieco owocowych estrów. Niekoniecznie egotycznych. W Kloster Sheyernie Pojawia się niecą tępawy smak, trochę przypominający tekturę, choć nie w samej istocie, a raczej teksturze trunku. Wyczuwamy wyraźne banany, goździki i orzeźwiające cytrusy, ale podszyte to jest pewną nudnawą słodowością. Trzeba jednak oddać, że owa monotonność nie występuje podczas każdego kolejnego przechylenia kufla - raczej pojawia się znienacka wnosząc niepotrzebne komplikacje. Finisz liściasty, delikatnie tytoniowy i niezbyt długi.
Rekapitulując: weizen z Sheyern jest piwem solidnym, ale przeciętnym. Zdecydowanie przynudzającym, choć bez przygany. Spokojnie uda się wychylić kufel w towarzystwie, nie polecam jednak natychmiastowej repety. Trochę także zawodzi cecha, której bonusowo oczekuję od pszeniczniaków - czyli gaszenie pragnienia. W tym przypadku suche gardło znika raczej przez zmęczenie kubków smakowych niż przez sam orzeźwiający charakter piwa. Niemniej jednak B się należy.
5.2 vol / B
W zapachu mamy klasykę stylu - banany, goździki i nienachalnie maślane drożdże. Płyn koloru słomkowego pięknie wypełnia swą mętnością kufel. Piana gęsta i długodystansowa, idealnie biała, klei się do szkła niczym naklejka do zeszytu. Po pierwszym łyku przychodzi nagła refleksja, że neutralny niemiecki chmiel (zapewne Spalt) można by zastąpić eksperymentalnie jakąś odmianą dodającą nieco owocowych estrów. Niekoniecznie egotycznych. W Kloster Sheyernie Pojawia się niecą tępawy smak, trochę przypominający tekturę, choć nie w samej istocie, a raczej teksturze trunku. Wyczuwamy wyraźne banany, goździki i orzeźwiające cytrusy, ale podszyte to jest pewną nudnawą słodowością. Trzeba jednak oddać, że owa monotonność nie występuje podczas każdego kolejnego przechylenia kufla - raczej pojawia się znienacka wnosząc niepotrzebne komplikacje. Finisz liściasty, delikatnie tytoniowy i niezbyt długi.
Rekapitulując: weizen z Sheyern jest piwem solidnym, ale przeciętnym. Zdecydowanie przynudzającym, choć bez przygany. Spokojnie uda się wychylić kufel w towarzystwie, nie polecam jednak natychmiastowej repety. Trochę także zawodzi cecha, której bonusowo oczekuję od pszeniczniaków - czyli gaszenie pragnienia. W tym przypadku suche gardło znika raczej przez zmęczenie kubków smakowych niż przez sam orzeźwiający charakter piwa. Niemniej jednak B się należy.
5.2 vol / B
czwartek, 14 marca 2013
Bernard Sváteční Ležák
Bernard stara się utrzymać kurs wyznaczony przez właściciela po 1991 roku - łączy w sobie dyskretną choć zdecydowaną promocję z trunkami kojarzonymi jednoznacznie z czeską krainą. Wystarczy jeden rzut oka choćby na internetową stronę domową browaru by zauważyć nieco korporacyjny sznyt i pełen rozmachu prowadzony marketing. Portfolio wypełnione zostało w przeważającej części niepasteryzowanymi pilznerami, od klasycznej desitki po tmave. Bernard stara się również być obecny na zagranicznych rynkach, w czym zdecydowanie ma pomóc nasz dzisiejszy bohater Bernard Svatecni Lezak zwany w Europie Celebration Lager.
Dedykowana stylowa butelka (krachla) i etykieta utrzymaną w stonowanych kolorach (całość prezentuje się nad wyraz elegancko, choć próżno doszukiwać się tutaj - co zrozumiałe zważywszy na grupę docelową - jakiejkolwiek rewolucji designerskiej) skrywa w sobie złoty płyn, który po przelaniu do kufla nie imponuje pianą. W zapachu wyraźnie uderza diacetyl po którym do głosu dochodzą kremowe drożdże. To skondensowanie maślanych aromatów wnosi w serce nieco niepokoju, lecz być może wynika ze zwykłego nagromadzenia w wolnej przestrzeni pomiędzy trunkiem a uszczelką rzeczonych lotności. W smaku jest nieco lepiej. Diacetyl stara się jak może dopełniać całości, ale czasem wychodzi za bardzo przed szereg. Goryczka wyróżnia piwo z tłumu, lekko wysuszająca, leczniczo ziołowa, z głębokim pestkowym finiszem. Słód niezbyt wyraźny, mocno zwarty i ledwo wyczuwalnymi estrami, które nabierają kształtów w obliczu pestkowego finału. Zdecydowanie finisz podnosi ocenę Bernarda. Tak spokojnego dialogu dwóch przeciwstawnych żywiołów - trawiasto-ziołowo-pustynnego chmielu i owocowych posmaków z wyraźnie (przynajmniej dla mnie) wyczuwalną morelą, nie spotkałem dawno. Trochę szkoda, że te ciekawe owocowe nuty są zdominowane przez chmiel. Oczywiście przyczyna tego nie jest sama lupulina, ale raczej mała treściwość Bernarda, która mimo wszystko, powinna być odrobinę większa. Mamy zatem piwo dwubiegowe: na pierwszym biegu nieco jednostajne z chwilami fałszywymi akordami maślanego instrumentu, ale gdy znika już za zakrętem, wrzuca bieg drugi bardziej finezyjny i rześki nie pozwalający odpłynąć wspomnieniom słonecznych, letnich dni.
Bernard nie należy do najwybitniejszych czeskich browarów, zdarzają mu się potknięcia (choćby seria piw owocowych), ale z całych sił stara się trzymać swój poziom. Miejmy nadzieję, że jego droga będzie wiodła tylko ku lepszemu. Solidne B.
5.0 vol / B
PS Cena tego piwa w polskich sklepach woła o pomstę do nieba (8 zł). Na szczęście za naszą granicą (a mam ten przywilej, że jest ona dla mnie tuż, tuż) można nabyć butelkę za przyzwoitą cenę.
Dedykowana stylowa butelka (krachla) i etykieta utrzymaną w stonowanych kolorach (całość prezentuje się nad wyraz elegancko, choć próżno doszukiwać się tutaj - co zrozumiałe zważywszy na grupę docelową - jakiejkolwiek rewolucji designerskiej) skrywa w sobie złoty płyn, który po przelaniu do kufla nie imponuje pianą. W zapachu wyraźnie uderza diacetyl po którym do głosu dochodzą kremowe drożdże. To skondensowanie maślanych aromatów wnosi w serce nieco niepokoju, lecz być może wynika ze zwykłego nagromadzenia w wolnej przestrzeni pomiędzy trunkiem a uszczelką rzeczonych lotności. W smaku jest nieco lepiej. Diacetyl stara się jak może dopełniać całości, ale czasem wychodzi za bardzo przed szereg. Goryczka wyróżnia piwo z tłumu, lekko wysuszająca, leczniczo ziołowa, z głębokim pestkowym finiszem. Słód niezbyt wyraźny, mocno zwarty i ledwo wyczuwalnymi estrami, które nabierają kształtów w obliczu pestkowego finału. Zdecydowanie finisz podnosi ocenę Bernarda. Tak spokojnego dialogu dwóch przeciwstawnych żywiołów - trawiasto-ziołowo-pustynnego chmielu i owocowych posmaków z wyraźnie (przynajmniej dla mnie) wyczuwalną morelą, nie spotkałem dawno. Trochę szkoda, że te ciekawe owocowe nuty są zdominowane przez chmiel. Oczywiście przyczyna tego nie jest sama lupulina, ale raczej mała treściwość Bernarda, która mimo wszystko, powinna być odrobinę większa. Mamy zatem piwo dwubiegowe: na pierwszym biegu nieco jednostajne z chwilami fałszywymi akordami maślanego instrumentu, ale gdy znika już za zakrętem, wrzuca bieg drugi bardziej finezyjny i rześki nie pozwalający odpłynąć wspomnieniom słonecznych, letnich dni.
Bernard nie należy do najwybitniejszych czeskich browarów, zdarzają mu się potknięcia (choćby seria piw owocowych), ale z całych sił stara się trzymać swój poziom. Miejmy nadzieję, że jego droga będzie wiodła tylko ku lepszemu. Solidne B.
5.0 vol / B
PS Cena tego piwa w polskich sklepach woła o pomstę do nieba (8 zł). Na szczęście za naszą granicą (a mam ten przywilej, że jest ona dla mnie tuż, tuż) można nabyć butelkę za przyzwoitą cenę.
środa, 9 stycznia 2013
Feldschlößchen Urbock
Należący onegdaj do Carlsberga browar z Drezna wrócił do macierzy i znalazł się pod skrzydłami Frankfurter Brauhaus. Co to oznacza dla drezneńskiego przybytku? Chyba niespecjalnie wiele, bardziej świadczy o kryzysie wielkich w Europie.
Przede mną butelka z solidną niemiecką etykietą, niespecjalnie wyróżniająca się spośród tłumu niemieckich piw. Niemniej jednak postać czeladnika dzierżąca dwa pokaźne kufle w dłoni, w czerwonej koszuli z wyhaftowanym emblematem "f" na piersi, budzi sympatię. Urbock to wg definicji to mocniejsza wersja stylu bock, choć w tym przypadku nie do końca mamy do czynienia z normatywnym podejściem do tematu. Wszak z łatwością możemy wskazać koźlaki o podobnej zawartości alkoholu.
Kolor ciemnej miedzi połyskujący brązowymi blikami. Piana drobnoziarnista, niewysoka choć trwała skrywa toń trunku. W zapachu dominują estry owocowe - trochę śliwki, całkiem sporo wiśni do tego nuty karmelowe i delikatny kwasek alkoholu. Piwo jest pełne i kremowe, w połączeniu z pianą wydaje się syropem zwłaszcza, że słód tutaj dyskretnie dominuje, a goryczka stanowi jedynie dopełnienie harmonii. Karmelowe aromaty są głębokie, lekka spalenizna przedostaje się do finiszu i rywalizuje tam z goryczką, ale generalnie ten finisz przebiega mimochodem i dość leniwie. W słodzie swoją obecność sygnalizuje aromatyczna wiśnia, suszona śliwka, akcenty chleba razowego i winne tło. Czyni to z drezneńskiego specjału piwo wyraziste i dedykowane do degustacji deserowej, dajmy na to przy błyskającym ogniem kominku. Wychylenie kufla nie tylko wprawi cię w dobry humor (alkoholu trochę w tym jest), ale z pewnością dodatkowo wypełni żołądek dodatkową treścią , więc na niedosyt nie będziecie narzekać.
Jeśli degustujesz w mocnych, ciemnych piwach, ten urbock przypadnie ci do gustu, dla całej reszty będzie solidną propozycją, lecz - nie wykluczam - raczej jednorazową. Zasłużone B.
7.0 vol / B
Przede mną butelka z solidną niemiecką etykietą, niespecjalnie wyróżniająca się spośród tłumu niemieckich piw. Niemniej jednak postać czeladnika dzierżąca dwa pokaźne kufle w dłoni, w czerwonej koszuli z wyhaftowanym emblematem "f" na piersi, budzi sympatię. Urbock to wg definicji to mocniejsza wersja stylu bock, choć w tym przypadku nie do końca mamy do czynienia z normatywnym podejściem do tematu. Wszak z łatwością możemy wskazać koźlaki o podobnej zawartości alkoholu.
Kolor ciemnej miedzi połyskujący brązowymi blikami. Piana drobnoziarnista, niewysoka choć trwała skrywa toń trunku. W zapachu dominują estry owocowe - trochę śliwki, całkiem sporo wiśni do tego nuty karmelowe i delikatny kwasek alkoholu. Piwo jest pełne i kremowe, w połączeniu z pianą wydaje się syropem zwłaszcza, że słód tutaj dyskretnie dominuje, a goryczka stanowi jedynie dopełnienie harmonii. Karmelowe aromaty są głębokie, lekka spalenizna przedostaje się do finiszu i rywalizuje tam z goryczką, ale generalnie ten finisz przebiega mimochodem i dość leniwie. W słodzie swoją obecność sygnalizuje aromatyczna wiśnia, suszona śliwka, akcenty chleba razowego i winne tło. Czyni to z drezneńskiego specjału piwo wyraziste i dedykowane do degustacji deserowej, dajmy na to przy błyskającym ogniem kominku. Wychylenie kufla nie tylko wprawi cię w dobry humor (alkoholu trochę w tym jest), ale z pewnością dodatkowo wypełni żołądek dodatkową treścią , więc na niedosyt nie będziecie narzekać.
Jeśli degustujesz w mocnych, ciemnych piwach, ten urbock przypadnie ci do gustu, dla całej reszty będzie solidną propozycją, lecz - nie wykluczam - raczej jednorazową. Zasłużone B.
7.0 vol / B
niedziela, 25 listopada 2012
Bombardier Premium Bitter
Angielskie piwa to ciągle u nas rzadkość. Nawet jeśli się pojawiają to ceny przyprawiają o zawrót głowy. Tym bardziej trzeba się cieszyć, gdy możemy w rozsądnej cenie poznać klasyczny angielski styl wprost z wyspiarskiego browaru. Nie jest to oczywiście browar niszowy, ale zważywszy na jakość oferowanych produktów tej stajni (patrz Double Chocolate Stout), pewnym kredytem zaufania warto go obdarzyć. Bombardier od Wells & Youngs reprezentuje najbardziej klasyczny styl: bitter, w wersji premium bitter, a więc mającej uchodzić za wizytówkę. Przy okazji (niestety) z pewnością pojawi się refleksja dotycząca jakości i poziomu brytyjskich dużych browarów w kontekście rodzimego rynku. Ale dość narzekania.
Po przelaniu do kufla naszym oczom ukazuje się znakomicie sklarowany płyn w barwie ciemnej miedzi, wyjątkowo efektownie się prezentujący, zwłaszcza że kremowa piana wieńczy zawartość szkła i nie zamierza odpuścić, klejąc się doń niemiłosiernie. Zapach bardzo przyjemny, niesie ze sobą aromatyczny słód i królestwo angielskiego chmielu z całym jego dobrodziejstwem. Wizualnie Bombardierowi nie można nic zarzucić, a z pewnością w konkursie na najbardziej klasyczny wygląd bittera, zająłby on zasłużenie wysokie miejsce. Po pierwszym łyku emocje nieco zostają ostudzona, ale podkreślam: nieznacznie. W smaku da się wyczuć alkohol i to jest zła wiadomość tonująca nieco pierwsze wrażenie. Poza tym jest bardzo dobrze. Goryczka głęboka i całkiem mocno pobrzmiewa, aż do średniego finiszu, ujawniając nam opiewaną chwałę chmielu Fuggles - żywiczność, nuty tropikalne i anyżowe, wszystko jednak stonowane, nienachalne, z iście brytyjską powściągliwością statecznego dżentelmena. Do tego słód, z wyraźną dominacją nut karmelowych i minimalnie palonych. Na podniebieniu pojawia się lekki kwaskek wtórujący wspomnianemu alkoholowi, co w efekcie nieco podkreśla jego obecność. Z jednej strony ta kombinacja sprawia, że ogólny charakter Bombardiera jest ożywczy pomimo niewielkiego wysycenia (naturalnego dla tego stylu), ale z drugiej strony staje się przyciężkawa i trochę irytująca na dłuższą metę. Niemniej jednak, kiedy tempo degustacji spada wada ta zdaje się rozmywać w dominujących zaletach. Jeśli zatem chcesz spędzić cały wieczór przy tym piwie, nie spiesz się, daj sobie czas na długie dysputy i dobrą zabawę, którą Bombardier ma podkreślić a nie zastąpić. Wtedy nie będziesz zawiedziony. Etykieta przyciąga wzrok krzyżem św. Jerzego, który to symbol jednocześnie kojarzy się z krajem rodzinnym Bombardiera. Nie ma w niej zaskoczenia, ale pewna solidność połączona z dyskretnym smakiem warta jest odnotowania.
Pomiędzy B a B+ (w związku z pewnymi chemicznymi dodatkami - w końcu na jaką cholerę to paskudztwo dodawać do naturalnych piw - postanowiłem skłonić się do oceny nieco niższej).
5.2 vol / B
Po przelaniu do kufla naszym oczom ukazuje się znakomicie sklarowany płyn w barwie ciemnej miedzi, wyjątkowo efektownie się prezentujący, zwłaszcza że kremowa piana wieńczy zawartość szkła i nie zamierza odpuścić, klejąc się doń niemiłosiernie. Zapach bardzo przyjemny, niesie ze sobą aromatyczny słód i królestwo angielskiego chmielu z całym jego dobrodziejstwem. Wizualnie Bombardierowi nie można nic zarzucić, a z pewnością w konkursie na najbardziej klasyczny wygląd bittera, zająłby on zasłużenie wysokie miejsce. Po pierwszym łyku emocje nieco zostają ostudzona, ale podkreślam: nieznacznie. W smaku da się wyczuć alkohol i to jest zła wiadomość tonująca nieco pierwsze wrażenie. Poza tym jest bardzo dobrze. Goryczka głęboka i całkiem mocno pobrzmiewa, aż do średniego finiszu, ujawniając nam opiewaną chwałę chmielu Fuggles - żywiczność, nuty tropikalne i anyżowe, wszystko jednak stonowane, nienachalne, z iście brytyjską powściągliwością statecznego dżentelmena. Do tego słód, z wyraźną dominacją nut karmelowych i minimalnie palonych. Na podniebieniu pojawia się lekki kwaskek wtórujący wspomnianemu alkoholowi, co w efekcie nieco podkreśla jego obecność. Z jednej strony ta kombinacja sprawia, że ogólny charakter Bombardiera jest ożywczy pomimo niewielkiego wysycenia (naturalnego dla tego stylu), ale z drugiej strony staje się przyciężkawa i trochę irytująca na dłuższą metę. Niemniej jednak, kiedy tempo degustacji spada wada ta zdaje się rozmywać w dominujących zaletach. Jeśli zatem chcesz spędzić cały wieczór przy tym piwie, nie spiesz się, daj sobie czas na długie dysputy i dobrą zabawę, którą Bombardier ma podkreślić a nie zastąpić. Wtedy nie będziesz zawiedziony. Etykieta przyciąga wzrok krzyżem św. Jerzego, który to symbol jednocześnie kojarzy się z krajem rodzinnym Bombardiera. Nie ma w niej zaskoczenia, ale pewna solidność połączona z dyskretnym smakiem warta jest odnotowania.
Pomiędzy B a B+ (w związku z pewnymi chemicznymi dodatkami - w końcu na jaką cholerę to paskudztwo dodawać do naturalnych piw - postanowiłem skłonić się do oceny nieco niższej).
5.2 vol / B
środa, 21 listopada 2012
Herold světlý kvasnicový pšeničný ležák
Pivovar Herold to mało u nas znany browar warzący całkiem ciekawe piwa, dlatego zachęcam wszystkich odwiedzających naszych południowych sąsiadów, by osobiście zapoznali się z ofertą z Brzeźnic. Konsekwencja w prezentowaniu medali na etykiecie, może łatwo nas zmobilizować do weryfikacji zasadności ich przyznania, co jednych wprawi w błogi nastrój innym zaś pozwoli poczuć się recenzentami recenzentów. A propos: etykieta całkiem przyjemna, niemiłosiernie poprawna, w tej swojej klasyczności prawie urocza, a z pewnością sympatyczna. Przewrotny napis (raczej niezamierzona to przewrotność) głosi, że mamy do czynienia z pszenicznym lagerem, co przywodzi na myśl Książęcą pszenicę z Tychów, dość krytycznie onegdaj przeze mnie potraktowaną. Ale bez obaw - to najzwyczajniejszy w świecie weizen w z bawarskim rodowodem, do tego niepozbawiony błysku oryginalności.
Najpierw zapach w którym wyraźnie dominują goździki i banany, te ostatnie niemal osaczają nozdrza. Płyn złoty, mętny. Wysycenie całkiem spore, piana średnio gruba, stara utrzymać się długo, i więcej w tym zamysłu niż wykonania. W połowie kufla zmęczona opada i szukaj wiatru w polu.
Smak wyraźnie słodowy, choć niepozbawiony zwiewnej goryczki, która niemniej jednak jest na tyle łagodna, że można ją przegapić. Za to w finiszu aromaty chmielowe występują już całkiem pierwszoplanowo, ale stanowią jakby dopełnienie niezwykle gładkiego słodu wybrzmiewającego przez długi czas. Wracając do smaku: bananowe estry, rozciągnięto tutaj do granic możliwości. Chwilami sąsiadują z gumą balonową i zaskakującym znienacka miodem gryczanym, a gdzieś w tle pobrzmiewa jabłko. Do tego oczywiście goździki tak wtopione w aromat, iż wydaje się jakbyśmy żuli płatki tego kwiatu. Na koniec orzeźwiające nuty cytrusowe i przytłumione drożdżowe echo. Sporo tego, choć odnoszę wrażenie, że wkradł się do receptury mały zamęt. W zależności od tempa spożycia przeszkadzają dwie rzeczy: pijąc szybko, duszkiem, słodowa część zbyt dominuje, stając się przyciężkawa, natomiast degustując spokojnie, powoli racząc się niewielkimi łykami, goryczka zaczyna się uwydatniać i oddzielać od całości burząc harmonię smaku.
Raczej nie wychylisz tego trunku więcej niż dwa kufle, ale w końcu nie musi to być wadą. Tak czy owak Herold to całkiem przyjemny pszeniczniak, z wyraźnymi aspiracjami przełamania bawarskiego schematu. Czy zakończyło się to sukcesem? Zapewne znajdzie się wielu, którzy taką opinie podzielą, dla mnie jednak jest to sukces połowiczny, co nie przeszkadza ocenić tego piwa pozytywnie. Coś pomiędzy B a B+.
5.0 vol / B
Najpierw zapach w którym wyraźnie dominują goździki i banany, te ostatnie niemal osaczają nozdrza. Płyn złoty, mętny. Wysycenie całkiem spore, piana średnio gruba, stara utrzymać się długo, i więcej w tym zamysłu niż wykonania. W połowie kufla zmęczona opada i szukaj wiatru w polu.
Smak wyraźnie słodowy, choć niepozbawiony zwiewnej goryczki, która niemniej jednak jest na tyle łagodna, że można ją przegapić. Za to w finiszu aromaty chmielowe występują już całkiem pierwszoplanowo, ale stanowią jakby dopełnienie niezwykle gładkiego słodu wybrzmiewającego przez długi czas. Wracając do smaku: bananowe estry, rozciągnięto tutaj do granic możliwości. Chwilami sąsiadują z gumą balonową i zaskakującym znienacka miodem gryczanym, a gdzieś w tle pobrzmiewa jabłko. Do tego oczywiście goździki tak wtopione w aromat, iż wydaje się jakbyśmy żuli płatki tego kwiatu. Na koniec orzeźwiające nuty cytrusowe i przytłumione drożdżowe echo. Sporo tego, choć odnoszę wrażenie, że wkradł się do receptury mały zamęt. W zależności od tempa spożycia przeszkadzają dwie rzeczy: pijąc szybko, duszkiem, słodowa część zbyt dominuje, stając się przyciężkawa, natomiast degustując spokojnie, powoli racząc się niewielkimi łykami, goryczka zaczyna się uwydatniać i oddzielać od całości burząc harmonię smaku.
![]() |
| Słodownia browaru Herold. Coraz to rzadszy widok w browarach. |
Raczej nie wychylisz tego trunku więcej niż dwa kufle, ale w końcu nie musi to być wadą. Tak czy owak Herold to całkiem przyjemny pszeniczniak, z wyraźnymi aspiracjami przełamania bawarskiego schematu. Czy zakończyło się to sukcesem? Zapewne znajdzie się wielu, którzy taką opinie podzielą, dla mnie jednak jest to sukces połowiczny, co nie przeszkadza ocenić tego piwa pozytywnie. Coś pomiędzy B a B+.
5.0 vol / B
wtorek, 13 listopada 2012
Altbier, Pils, Piwo na Miodzie Gryczanym - Browar Jabłonowo
Paczka przyszła dyskretnie, bez wielkiego szumu i zapowiedzi, tak po prostu. W środku 3 piwa. Ale po kolei. Browar Jabłonowo to stały bywalec dużych sklepowych sieci. Niby jest mały, trochę regionalny, starał się nieco wygrać na modzie preferującej odmienne browary od koncernowych, jednak zawsze trącił lekką tandetą, choć ambitnie próbował to emploi przełamać - na przykład flagowym Belfastem, który do dzisiaj stanowi marketingowy atut browaru. Szeroki katalog piw obejmuje zarówno typowe mózgotrzepy, strongi, mocne i inne wymysły na szybką akcję, jak i jakieś cudaki typu Pedritos. Od sasa do lasa, ale taka a nie inna jest myśl przewodnia w Jabłonowie. Ostatnio coś drgnęło i wprowadzono kategorię piw dla tzw. konesera i stąd akcja, w efekcie której na moim stole wylądowała drewniana skrzyneczka skrywająca trzy specjały. "Browar Jabłonowo" staje się tylko przypiskiem do "Manufaktury Piwnej". W dobie industrializacji termin manufaktura miał zdecydowanie pejoratywne zabarwienie, a teraz by zaimponować konsumentom i odwołać się do kulturowych kodów, wyrażenie to wraca do łask. Ma się kojarzyć z solidnością, ręczną robotą i ekskluzywnością. Zatoczyliśmy już koło, a dzięki koncernowym produktom, nowoczesny kojarzy nam się źle. Takie czasy...
niedziela, 11 listopada 2012
Freibergisch Bockbier
Piana przyjemnie szeleści, wtórując tańczącym liściom za oknem. Trochę sobie zaszeleściła i szybciutko opadła, ale zważywszy na wysoką zawartość alkoholu nie powinno to raczej dziwić. Kolor ciemnobursztynowy, płyn sklarowany nienagannie, wysycenie poniżej średniego. Zapach ubogi, rachityczny, minimalne aromaty słodowe, na doczepkę odrobina karmelu i tyle. Smak ciekawie zbalansowany czyni z tego trunku całkiem przyswajalny napitek, a przecież alkohol wyraźnie jest wyczuwalny, co jednak w niczym nie przeszkadza w degustacji. Właściwie uzupełnia on bukiet i nieźle wtóruje pozostałym komponentom. Na początek przede wszystkim słód, ale nuty palone tudzież karmelowe stanowią istotne tło dla słodowego spektrum, później łagodna ale głęboka goryczka finiszująca całkiem długo. Trochę owocowych i winnych śladów dopełnia całość i pomimo wszechobecnego alkoholu, nasz bock zdaje się lekki niczym piórko - no może będzie to raczej pióro, ale jednak. Nieczęsto spotyka się nuty alkoholowe, bez których piwo traciło by swoje zalety. W tym przypadku tak jest i nie wiem właściwie czy to wynik specyficznego nastroju, w którym wysokie procenty stanowią świetne dopełnienie dnia, czy to bezsprzeczny walor saksońskiego trunku. Pod koniec uwydatnia się karmelowa słodycz i całkiem miłe palone, nawet wypada zaryzykować stwierdzenie:palące, przypominające klasyczne brandy, aromaty.
Wypić więcej niż butelkę byłoby zdecydowanie trudno, w przypadku niektórych ustrojów stanowiłoby to nawet działanie zahaczające o szaleństwo i mogące zakończyć się rubasznym pośpiewywaniem zapomnianych szlagierów, ale jeśli szukasz czegoś zdecydowanego by zaakcentować jakąkolwiek okazję, a mocniejsze trunki nie leżą w twojej naturze, bockbier z Freiberga będzie adekwatny i wprowadzi cię w odpowiedni nastrój. Oczywiście nie jest to piwo wybitne, raczej wypadałoby go zaliczyć do tych napitków, które albo przypadną do gustu po pierwszym łyku, albo pozostawią po sobie wiele wątpliwości. Innymi słowy: polecam ale nie gwarantuję, że degustacja ta nie będzie jednorazowa.
6.7 vol / B
Wypić więcej niż butelkę byłoby zdecydowanie trudno, w przypadku niektórych ustrojów stanowiłoby to nawet działanie zahaczające o szaleństwo i mogące zakończyć się rubasznym pośpiewywaniem zapomnianych szlagierów, ale jeśli szukasz czegoś zdecydowanego by zaakcentować jakąkolwiek okazję, a mocniejsze trunki nie leżą w twojej naturze, bockbier z Freiberga będzie adekwatny i wprowadzi cię w odpowiedni nastrój. Oczywiście nie jest to piwo wybitne, raczej wypadałoby go zaliczyć do tych napitków, które albo przypadną do gustu po pierwszym łyku, albo pozostawią po sobie wiele wątpliwości. Innymi słowy: polecam ale nie gwarantuję, że degustacja ta nie będzie jednorazowa.
6.7 vol / B
czwartek, 8 listopada 2012
Magaryčių Alus
Litwa kojarzy nam się raczej z wymęczonym wieszczem (dygresja: dzisiaj międzynarodowy dzień stouta). Niektórym z polską przebrzmiałą i ciutkę peryferyjną mocarstwowością. Dla wielu z nas to z pewnością jeden z najbardziej niezbadanych i egzotycznych sąsiadów, pomimo pojawiających się tu i ówdzie wzmianek. Jak w takim przypadku nie spróbować ich piwa, zważywszy na jego względnie łatwą dostępność. A przecież nic tak nie przybliża i charakteryzuje obcych jak ich używki. Rozwinięcie dygresji: (ale chaotyczny zapis:) dzisiaj międzynarodowy dzień stouta. Trochę dziwaczna nowa świecka tradycja, raczej komercyjna fanaberia, zabawa pomysłem, trudno przecież sobie wyobrazić, że każdy styl reprezentowany choćby w BJCP wyróżniono by odrębnym dniem. Czekałoby nas świętowanie dwa razy w tygodniu. Trochę przewrotnie zatem biorę się za degustację piwa, które ze stoutem nie ma nic wspólnego, w dodatku wywodzącego się z kraju lezącego tuż za północno-wschodnią granicą, choć mniej znanego od ojczyzny czarnego, spalonego piwa z kremową pianką.
Litewski specjał zaserwowano w butelce zamykanej krachlą i ozdobioną etykietą przypominającą produkty domowe. Jak się okaże te swojskie tropy i konotacje są jak najbardziej uzasadnione. W kuflu pojawia się bursztynowy płyn, pod światło przypominający świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, z racji tego, że mętność piwa jest niebywała. To bowiem ilość drożdży zalegających na dnie butelki, odpowiada za taką a nie inną prezencję trunku. Wysycenie nikłe, niemal zamierające już w czasie przelewania do szkła. Piana znika szybko jak amfora, trudno ją zauważyć czy zapamiętać. Zapach słodowy, z odrobiną łąkowego siana. Smak wybitnie słodowy, ozdobiony nutami siana, letniego miodu i całkiem sporą dawką chleba. Wyraźnie da się także wyodrębnić kwiatowe aromaty i przejrzałe owoce. Przechylając kufel, raz za razem, na dnie majaczą opadłe drożdże rysując fantazyjne kształty. Nie ma co mówić mamy do czynienia z czymś wizualnie niecodziennym i niespotykanym na rodzimym rynku. Finisz raczej krótki, w którym pobrzmiewa orzechowe echo. Pije się Magaryciu całkiem przyjemnie, lekko skonfundowanym aparycją trunku ten czas spędzony nad kuflem wypełni próba ogarnięcia zawartości, choćby w kontekście technologicznym (przecież to wygląda jak zupa właśnie uwarzona w zakamarkach gospody!), zatem na monotonność nie będzie można narzekać. Przyzwyczaiwszy się już do tego anturażu, może poczuć lekkie zmęczenie, zwłaszcza w odniesieniu do "wiejskiej" części bukietu (siano, kwiaty, ulęgałki itd.) ale z pewnością nie nastąpi to szybko. Mówiąc bez owijania w bawełnę, można spokojnie wychylić kilka szklanic litewskiego trunku i choć nie należy on do wybitnych, wyczuwamy przyjemną nić sympatii. Zwłaszcza myśląc o łąkach, bezkresnych polach i słonecznych popołudniach na wsi. Sielski obrazek z dawnych lat, rozkosznie zmącony drożdżami i alkoholem. Solidne B, ale planując łąkowy piknik z litewskim piwem, radzę uważać na wysoką zawartość alkoholu.
5.8 vol / B
Litewski specjał zaserwowano w butelce zamykanej krachlą i ozdobioną etykietą przypominającą produkty domowe. Jak się okaże te swojskie tropy i konotacje są jak najbardziej uzasadnione. W kuflu pojawia się bursztynowy płyn, pod światło przypominający świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, z racji tego, że mętność piwa jest niebywała. To bowiem ilość drożdży zalegających na dnie butelki, odpowiada za taką a nie inną prezencję trunku. Wysycenie nikłe, niemal zamierające już w czasie przelewania do szkła. Piana znika szybko jak amfora, trudno ją zauważyć czy zapamiętać. Zapach słodowy, z odrobiną łąkowego siana. Smak wybitnie słodowy, ozdobiony nutami siana, letniego miodu i całkiem sporą dawką chleba. Wyraźnie da się także wyodrębnić kwiatowe aromaty i przejrzałe owoce. Przechylając kufel, raz za razem, na dnie majaczą opadłe drożdże rysując fantazyjne kształty. Nie ma co mówić mamy do czynienia z czymś wizualnie niecodziennym i niespotykanym na rodzimym rynku. Finisz raczej krótki, w którym pobrzmiewa orzechowe echo. Pije się Magaryciu całkiem przyjemnie, lekko skonfundowanym aparycją trunku ten czas spędzony nad kuflem wypełni próba ogarnięcia zawartości, choćby w kontekście technologicznym (przecież to wygląda jak zupa właśnie uwarzona w zakamarkach gospody!), zatem na monotonność nie będzie można narzekać. Przyzwyczaiwszy się już do tego anturażu, może poczuć lekkie zmęczenie, zwłaszcza w odniesieniu do "wiejskiej" części bukietu (siano, kwiaty, ulęgałki itd.) ale z pewnością nie nastąpi to szybko. Mówiąc bez owijania w bawełnę, można spokojnie wychylić kilka szklanic litewskiego trunku i choć nie należy on do wybitnych, wyczuwamy przyjemną nić sympatii. Zwłaszcza myśląc o łąkach, bezkresnych polach i słonecznych popołudniach na wsi. Sielski obrazek z dawnych lat, rozkosznie zmącony drożdżami i alkoholem. Solidne B, ale planując łąkowy piknik z litewskim piwem, radzę uważać na wysoką zawartość alkoholu.
5.8 vol / B
wtorek, 6 listopada 2012
Permon Světlý Ležák
Zakręcił się w nosie zapach chlebowo-zbożowy, bardziej przypominający kellerbiera niż czeskiego pilznera. Przez niego przebija wyraźne masło, jakby stał przed nami talerz świeżo posmarowanych pajd chleba. Im dłużej wciągam ten zapach tym mniej mi on odpowiada, ale w samym preludium niespecjalnie drażni on moje zmysły. W końcu nie muszę intensywnie wąchać i wąchać... Kolor pięknie złoty, pojawia się lekkie zmętnienie jak u niektórych bawarskich kuzynów. Piana biała, wyraźna i dumna, pieści z lubością kufelek. Wysycenie tego trunku raczej średnie, w każdym razie dwutlenek węgla nie atakuje naszych nozdrzy od drugiej strony. Svetly lezak Permona to "jedenastka" czyli dokładnie pośrodku czeskiej tradycji. Możemy zatem spodziewać się połączenia wysokiej pijalności i sycącej treściwości. Pierwsze łyki dowodzą, że istotnie w tej materii udało się osiągnąć kompromis.
Piwo jest subtelnie wyważone, co z biegiem lat zaczynam doceniać coraz bardziej. Pośród hardych przedstawicieli czeskich gigantów, taka harmonia jest balsamem, którym z radością przychodzi się delektować. Jeśli szukasz nut słodowych z łatwością je odnajdziesz, jeśli natomiast gustujesz w goryczce, bez trudu ją zidentyfikujesz. Jednakże ustalenie co tutaj wiedzie prym będzie niezwykle trudne. Słód atakuje podniebienie chlebowymi smakami, czuć także wspomniane nuty zbożowe, trochę suszonego siana i śladowy miód lipowy. Goryczka stara się nie drażnić, w pierwszej fazie neutralizuje słodową głębię, by w finiszu rozkwitnąć bujnym aromatem. To właśnie końcówka wybrzmiewa niewiarygodnie długo i jest jedną z mocnych stron sokołowskiego pilznera. Po pewnym czasie gdy ziołowość żateckiego chmielu znika za horyzontem podniebienia, pojawia się maślana kwaśność, którą z bólem serca muszę odnotować i wystawić na światło dzienne,chociaż przez sympatię chciałoby się tę ewidentną wadę ukryć jak najgłębiej. Gdybym dysponował czarodziejską różdżką bez wahania bym jej w tym przypadku użył bo Permon uwarzył naprawdę porządnego pilznera. Niemniej jednak z trudem jestem sobie w stanie wyobrazić spędzenie przy tym trunku długiego wieczoru, a w tym kontekście to niemal porażka. W końcu taki właśnie cel przyświeca większości producentom pilznera. Wspomniana wada powinna przyprawić sladka o pąsowe policzki i zmobilizować do niezbędnych korekt, na jakie ten trunek zasługuje. Ocenę sprawiedliwie zaniżyć jednak trzeba, choć przez wzgląd na możliwą perspektywę poprawy, postaram się być nie taki surowy. Na razie coś pomiędzy B a B+. Czekam na więcej.
4.1 vol / B
Piwo jest subtelnie wyważone, co z biegiem lat zaczynam doceniać coraz bardziej. Pośród hardych przedstawicieli czeskich gigantów, taka harmonia jest balsamem, którym z radością przychodzi się delektować. Jeśli szukasz nut słodowych z łatwością je odnajdziesz, jeśli natomiast gustujesz w goryczce, bez trudu ją zidentyfikujesz. Jednakże ustalenie co tutaj wiedzie prym będzie niezwykle trudne. Słód atakuje podniebienie chlebowymi smakami, czuć także wspomniane nuty zbożowe, trochę suszonego siana i śladowy miód lipowy. Goryczka stara się nie drażnić, w pierwszej fazie neutralizuje słodową głębię, by w finiszu rozkwitnąć bujnym aromatem. To właśnie końcówka wybrzmiewa niewiarygodnie długo i jest jedną z mocnych stron sokołowskiego pilznera. Po pewnym czasie gdy ziołowość żateckiego chmielu znika za horyzontem podniebienia, pojawia się maślana kwaśność, którą z bólem serca muszę odnotować i wystawić na światło dzienne,chociaż przez sympatię chciałoby się tę ewidentną wadę ukryć jak najgłębiej. Gdybym dysponował czarodziejską różdżką bez wahania bym jej w tym przypadku użył bo Permon uwarzył naprawdę porządnego pilznera. Niemniej jednak z trudem jestem sobie w stanie wyobrazić spędzenie przy tym trunku długiego wieczoru, a w tym kontekście to niemal porażka. W końcu taki właśnie cel przyświeca większości producentom pilznera. Wspomniana wada powinna przyprawić sladka o pąsowe policzki i zmobilizować do niezbędnych korekt, na jakie ten trunek zasługuje. Ocenę sprawiedliwie zaniżyć jednak trzeba, choć przez wzgląd na możliwą perspektywę poprawy, postaram się być nie taki surowy. Na razie coś pomiędzy B a B+. Czekam na więcej.
4.1 vol / B
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















