Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B-. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B-. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 lutego 2014

Hasen Bräu Weisser Hase



Uszaty kicuś dzierży w łapach kufel spienionego piwa. Jego berłem jest gałązka zwieńczona szyszkami chmielu. Niezbyt to oryginalne, ale trunek rekomendowany przez zająca nie może przecież być zły :). Hasen Brau to jak sama nazwa wskazuje, zajęczy browar z Augsburga czyli serca Szwabii w Bawarii. Tutaj rządzi pszeniczne piwo i ono będzie dzisiaj naszym głównym aktorem.

Po przelaniu do kufla zaskakuje biały kolor płynu, całkiem mętny i zwieńczony białą, gęstą pianą. W większości piwa pszeniczne posiadają odcień nieco głębszy. Czyżby w zasypie jasna przecież pszenica stanowiła większy niż zwykle udział? Bananowy zapach wydobywający się z butelki dość szybko wywietrzał ustępując miejsca nieokreślonej mieszaninie drożdży i goździków. 

Smak niespecjalnie próbuje się wyłamać z weissowego schematu. Mamy tutaj kwasek cytrusów, który balansuje w stronę kwaśności, wyraźne goździki i nieco maślane drożdże. Po prawdzie ta ostania cecha nieco drażni i zakłóca degustację, ale nie stanowi jakiegoś poważnego zagrożenia dla procesu degustacji. Bardziej niepokoi surowość bananów – nie ma tutaj subtelnych nut, lekko owocowych posmaków, słodkawych akordów, tak naprawdę oczekiwane banany bardziej przypominają skórkę bananową niźli samą jagodę. Goryczka niewielka, wybrzmiewa w finiszu, ale i tutaj prym wiodą maślane drożdże. Przez to na próżno cieszyć się tum trunkiem w upalne dni, niespecjalnie go widzę w roli eksperta od gaszenia pragnienia.



Albo odwykłem od poczciwych pszeniczniaków, albo trafiłem na mniej niż przeciętnego przedstawiciela. Niemniej jednak zając z Augsburga uwodzi – szczególnie kiedy stara się jednym susem opuścić czerwonego kapsla.
5.2 vol / B-

czwartek, 16 stycznia 2014

Young's Bitter

W nosie zadomowił się zapach zbożowy z wyraźnie wyczuwalnym chmielem angielskim. Nic dziwnego skoro wabi aromatem wyspiarski klasyk, powszechnie panujący w tamtejszych pubach. Bitter z browaru Young's, bo o nim tu mowa, próbuje ową tradycję popołudniowego wytchnienia przy kuflu ejla, podtrzymywać. Czy to się udaje? Od razu należy zaznaczyć, że mamy do czynienia ze stylem nieprawdopodobnie zróżnicowanym i co "browar to obyczaj" chciałoby się rzec. Jego najwspanialszą cechą - dzisiaj już niemal zapomnianą (ale są wyjątki!) było dojrzewanie w piwnicy pod wyszynkiem i przepuszczanie płynu przez ręczną pompę wtłaczającą doń powietrze, zanim zapieniło się w kuflu. Robiło się tak dlatego, że klasyczny bitter gazowany był azotem, a tego jak wiadomo, najwięcej jest w powietrzu. Ponadto jest on przedstawicielem najmniej nagazowanych piw, gdzie obfita piana i rzesze bąbelkowych pływaków nie mają większego znaczenia.

Wróćmy do dzisiejszego bohatera. Z natury rzeczy nie może on dojrzewać w piwniczce, nie może być także potraktowany ręczną pompką, ale być może uda się wykrzesać z niego odrobinę wyspiarskiego noble. Kolor niespecjalnie przypadł mi do gustu - żółtawa, mętna ciecz raczej nie wzbudza entuzjazmu. Piana, o dziwo spora, utrzymuje się długo, dzięki wyraźnemu, jak na styl, wysyceniu. Czyżby piwowar zdecydował się uczynić ukłon w stronę rzeszy lageropijców? Reszta poprawna. Zbalansowana goryczka, o kwiatowym charakterze, wybrzmiewa całkiem długo ujawniając z czasem herbaciane, tytoniowe i cytrusowe nuty. Treściwość minimalna, ledwie zauważalne ślady słodowe budujące bazę, a pozbawione aspiracji wybicia się przed orkiestrę. Mamy zatem przeciętny, sesyjny trunek, raczej zaznaczający styl, do którego nazwą nawiązuje, niż ten styl podkreślający. Takie wymogi masowej produkcji - dla koneserów pozostaje beczka i ręczna pompka.

Szerokie portfolio browaru wyróżnia się piwami wybitnymi, jednak zdarza się mu przeplatać je trunkami przeciętnymi i do takich Young's Bittera bym zaliczył. Oczywiście nagany być nie może - poziom jako tako trzymać należy - ot takie słabe B.
4.5 vol / B-

wtorek, 29 października 2013

Lwówek wiedeński

Vienna lager to styl zdecydowanie u nas zaniedbywany. Być może to kwestia nazwy, bo przecież polski konsument od dawna obcował z nim, choćby za pośrednictwem dostępnego w Czechach odpowiednika wiedeńskiego lager - polotmavego piva. Do najbardziej spektakularnych prób przeniesienia na nasz grunt jego dobrodziejstw zasłynęła Odsiecz wiedeńska Pinty, która - sam byłem świadkiem - cieszyła się niezłym powodzeniem w okolicach północy podczas piątkowych nasiadówek w pobliskim pabie. Według podchmielonych piwoszy, łagodny trunek świetnie równoważył moc wcześniej skonsumowanych trunków.

Na odzew rynkowy wśród większych graczy trzeba było jednak chwilę poczekać, gdyż giganci do tematów niszowych podchodzą nieco bardziej powściągliwie, chociaż w tym przypadku, rzeczona "niszowość" jednak jest raczej na wyrost. Najpierw Kampania Piwowarska wypuszcza Czerwonego lagera, nieśmiało, jakby obawiając się bezpośredniego nazwania swojego produktu, następnie Lwówek, już bez uprzedzeń wprowadza do sklepów Lagera wiedeńskiego.

Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się bursztynowy płyn okraszony niewielką pianą, z zapachem słodowym, odrobinę złamanym kwiatowo-owocowym aromatem opartym jednak na zbożowym kręgosłupie. Piwo stara się być rześkie w czym pomaga mu niewielka treściwość. Głownie rządzi tutaj słód z wyraźnym karmelowym akcentem i owocowym echem. Goryczka przychodzi po chwili równoważąc pierwsze wrażenie mocnym pestkowym akordem. Lekka metaliczność zdecydowanie ujmuje całości, ale cóż począć... Po pierwszych łykach goryczka na dobre zadomawia się w naszych kubkach smakowych i wykrzywia co wrażliwsze gęby w grymasie, aż do długiego finiszu. W zestawieniu z niewielką bazą piwa, zbyt jest rozbujała, sprawiając nieodparte wrażenie, że ktoś tutaj lekko przesadził. Niemniej jednak Lwówek stara się trzymać obrany poziom i udanie mu to wychodzi. Pod koniec majaczy jeszcze ziołowo-aptekarski posmak, którego zapowiedź czułem we wspomnianej metaliczności. Dość mocno wytrąca on z prawie sielankowej degustacji, obniżając notę. Finezji tutaj nie ma, chciałoby się krzyknąć "więcej serca!", ale nagany nie będzie. Solidne B-.
5.7 vol / B-

sobota, 14 września 2013

Książęce Jasne Ryżowe

Mam zaległą degustację do której niespecjalnie się paliłem, ale dni coraz krótsze, wieczory chłodniejsze, nie wypada więc się lenić, zważywszy na typowo letni charakter dzisiejszego bohatera.

Browary Tyskie robią co mogą by przypodobać się rosnącej rzeszy piwnych specjalistów, dla których koncernowy smak polskiego lagera przestaje wystarczać, a w zasadzie dla których ów smak staje się passe, demode, jak chcą tego z całego serca coraz liczniejsze rzesze domorosłych Jacksonów. Całe zjawisko ma w sobie typowo polski sznyt, będący wypadkową peryferyjności, niedouczenia i ułańskiej szarży rozpalonych głów. Przecież ani nie przybywa nam piwnych specjalistów, ani koncernowi przebierańcy nie myślą trafiać do wyedukowanej niszy, czyli jak zwykle gra pozorów z przymrużeniem oka.

W tej grze uczestniczy Książęce Jasne Ryżowe. Zacznijmy od aparycji, gdyż ona bez wątpienia jest podstawowym atutem tego trunku. Kolor świetliście złoty, idealnie klarowny, stanowiący wspaniałą arenę dla nieustannie pędzących ku górze pęcherzyków gazu. Piana drobnoziarnista, całkiem obfita, śnieżnobiała lubi oblepiać szkło.

Postanowiłem zrobić mały eksperyment w ramach którego zalecaną temperaturę serwowania (1-4 stopni Celsjusza) zignorowałem, uznając za niedorzeczną. Chciałem poczuć co siedzi w środku, a niemal zmrożony płyn przelatując przez gardło doprowadziłby moje kubki smakowe do paraliżującego przeziębienia.
Pierwszy łyk i coś odrzuca, pewna aptekarska nuta w goryczce wkrada się do całości i nie sposób się od niej opędzić. Gdzie podziała się ryżowa gładkość? Niepożądany posmak złamał go w stronę produktów przemysłu mydliniarskiego. Mój Boże! Lekko deprymujący początek, co będzie dalej? Z czasem jednak niedobre wrażenie otwarcia mija i przygasa w oswojonych zmysłach. Zaczynam dostrzegać słód, w miarę czysty i rześki, do tego całkiem wyraźne chmielowe nuty, jakby nieco zapomniane w koncernowych produktach, dumnie grejpfrutowe pobrzmiewające w finiszu. Ziołowy kręgosłup lagera w Ryżowym jest wyraźny, a dodatek białych ziarenek delikatnie łagodzi zadziorność słodu, który i tak tutaj nie gra pierwszych skrzypiec, więc jest raczej dopełnieniem charakteru, a nie dominującą cechą. Rachityczność bazy nie przeszkadza, mamy bowiem tę drugą stronę. Wytrawność piwa podkreślają - jak już wspomniałem - chmielowe aromaty. Oprócz grejpfruta i bujnej zieloności ziół, mamy nieco trawy cytrynowej i skórki gorzkiej pomarańczy. Nieźle. Pod koniec kufla zapomniałem o aptece, a jej obraz zrzuciłem na karb - wstyd się przyznać - raczej nieufnego nastawienia. Ryżowe, jak to w przypadku tyskich specjałów, mało nawiązuje do swojej nazwy, ciążąc bardziej do klasycznych niemieckich pilsów i warto podkreślić (lekko bijąc się w pierś) udaje mu się to, czym zasługuje na wyższa niż zwykle ocenę. Na pewno jest to najlepsza propozycja z limitowanej serii browaru, choć z drugiej strony spędzenie wieczoru tylko w towarzystwie Ryżowego, byłoby chyba ponad moje siły. Między C+ a B-.
4.5 vol / B-

piątek, 23 sierpnia 2013

Krajcar marcowe

Żywiec wszystkim piwoszom kojarzy się z naszym eksportowym browarem, który w pogoni za zyskiem podupadł co nieco, nabiwszy jednak portfel jego właścicielom. Żywiec to także miasto na południu Polski, w którym ktoś odważył się założyć browar restauracyjny, jakby na przekór wszechogarniającego piwnego giganta panującego po sąsiedzku. Historia to mało ckliwa i niezbyt chwytająca za serce, więc ją pominę. Browar Krajcar warzy piwa na potrzeby restauracji, ale także zdecydował się swoje wyroby butelkować, przez co łatwiej się będzie zaznajomić z jego działalnością.

Na początek etykieta - mistrzostwo w braku smaku estetycznego, jakby czas zatrzymał się w Żywcu w połowie ubiegłego wieku, albo projektanci przeleżeli pod lodem 50 lat. Nietrafiony krój czcionki, niewyszukana kolorystyka. Plus za dedykowany kapsel, ale i tutaj coś się nie udało - jakość nadruku pozostawia wiele do życzenia. Czasami można odnieść wrażenie, że polskie przedsięwzięcia z piwowarskiej niszy za punkt honoru postawiły sobie bylejakość...

Po otwarciu piwo postanowiło wyjść z butelki, niczym frywolny szampan. Z trudem udało mi się go przelać do kufla, a czynności tej towarzyszyło potężne syczenie piany. Ta niecodzienna kaskada dość szybko jednak opadła, choć bąbelki niestrudzenie baraszkowały w płynie, sprawiając że każdy łyk rósł w ustach. Czy to zasługa wysokiego wysycenia, czy lekkiego przeterminowania, nie wiadomo. Kolor przyjemny bursztynowy.

Zapach nijaki, lekko kwaskowy, przez który z trudnością przebijają się słodowe ślady. Smak lekki, nieco przydymiony, z wyczuwalnymi nutami suszonej śliwki, starego drewna a nawet tytoniu. W tle słód nieco zbożowy.
Mniej więcej w połowie zawartości gaz się ulotnił, piana zniknęła i tyle pozostało z szampańskiej uwertury.
Goryczka niewielka pojawia się w nieco przykrótkim finiszu. Nad całością unosi się duch górskiego szałasu owianego nuta spalenizny. Ciekawa to składowa i nijak nie mogę dojść skąd się ona tutaj znalazła. Widać zdolności detektywistyczne opuściły mnie już na dobre.

Z wielkim trudem przychodzi mi ocenić ten trunek. Z jednej strony wypiłem te 330 ml nie złorzecząc, z drugiej degustacja  - mimo pozorów złożoności - przebiegła bez historii. Ponadto mam zwyczajne wątpliwości co do przydatności piwa do spożycia - butelkę otrzymałem w prezencie, a jakiekolwiek informacje o dacie produkcji nie zostały na niej wydrukowane. Żeby mieć całkowitą jasność wypadałoby powtórzyć to rendez vous, ale niespecjalnie do czego jest tęsknić.  Rzucam monetą i wychodzi B-.
5.7 vol / B-

wtorek, 23 lipca 2013

Rebel Vienna Lager

Zamiast tradycyjnej butelki fragment piotrkowskiego rynku
Czerwona etykieta zapowiada czerwone piwo i rzeczywiście, w dodatku zgodnie ze stylem, w kuflu pieni się głęboko bursztynowy płyn z wyraźną dominantą miedziowej czerwieni. Kolor zaiste szlachetny, zwiastuje ciekawą przygodę, choć jak wiadomo degustator zawsze oczekuje najlepszego a nie najgorszego (parafrazując powiedzenie jednej z postaci filmowych Stanisława Barei). Piana niewielka, natychmiast opadła kryjąc się przed surowym okiem. Mały zgrzyt. Wysycenie niewielkie, zapach wybitnie słodowy: karmelowe nuty, zbożowe akcenty, wiśniowo-owocowe ślady. Bardzo ciekawie i bogato, przywodząc na myśl klasyczne niemieckie bocki.

Smak łagodny, niemal pełny, lekki przy tym i frywolnie obezwładniający. Dominuje słód, jednakże nie jest on hegemonem ustroju, raczej klasycznym liderem pociągającym za sznurki. Mamy tutaj karmel, miód, chleb, apetyczne i różnorodne wysuszone siano, wiśnie i łagodnie dopełniający alkohol. Ten ostatni świetnie podkreśla paletę smaków i podbija estrowe nuty. Kiedy ten wysyp smaku przewinie się przez podniebienie, wkracza niewielka goryczka, zbytnio aksamitna w swej łagodności, która długo finiszuje w duecie ze słodowym partnerem. Z tych doświadczeń wyłania się trunek, który postawił na słodowość, a chmiel mu towarzyszący ma nie przeszkadzać i najwyraźniej podbijać jeszcze ogólną tendencję. Czym to skutkuje? Do połowy kufla staram się delektować słodową symfonią, od drugiej, przysypiam lekko znużony, a nawet zmęczony.

Wiedeński lager to piwo w połowie udane, można got wypić w połowie bez względu na aurę czy porę dnia. z uwagi na pełny smak i wysoką zawartość C2H5OH raczej nie jest przeznaczone do konsumpcji sesyjnej.

Sulimar odrobił pracę domową trochę po łebkach, niemniej jednak chciał chyba wstrzelić się w neoficką niszę, którą reprezentują marketingowo ustawieni piwosze. Mamy tutaj mało znany u nas styl, mamy "rzemieślniczy" w nazwie (cokolwiek ten termin oznacza i jakkolwiek został osadzony przez konteksty w naszym słowniku), na koniec mamy "tajemniczą" nazwę, która koresponduje z etykietą jak rodowity Węgier z niepiśmiennym mieszkańcem Kantonu. Połowa oceny od biedy może być.
6.0 vol / B-

niedziela, 14 lipca 2013

Old Bobby Lager

Odpuścimy sobie historyczno-geograficzny rys wstępny do tego piwa. Kogo interesuje tło "produkcyjne" znajdzie adekwatne szczegóły choćby w internecie. Prolegomena zwykle i tak pozbawiona jest soczystej treści, konkretów, których oczekujemy z wypiekami na twarzy. Staruszek Robuś to lager o ekstrakcie 11 stopni. Uwarzony z angielskiego słodu i doprawiony wyspiarskimi chmielami. Kolor tego specjału, oscyluje w okolicach wysuszonej słomy, a głębia toni wykazuje nieskazitelna przejrzystość. Piana niewielka, opadła dość szybko, nie zanikając jednak zupełnie. Wysycenie średnie, ale bąbelki pięknie i niemal z matematyczną precyzją przenikają piwo. Zapach nieintensywny, słodowy, trochę zboża, siana i jasnej bułeczki.

Smak piwa nie powala, ale i niespecjalnie jest mu co zarzucić. Dominuje czysty słód, nienachalnie drażniący kubki smakowe, Do tego lekkie chlebowe nuty i diacetyl - wyczuwalny, ale nieprzekraczający magicznej linii czyniącej z piwa niepijalną zupę. Można nawet powiedzieć, że w tym przypadku jest on całkiem nieźle zbalansowany. Goryczka, niewielka i całkiem aromatyczna, minimalnie owocowa, choć w zdecydowanej mierze raczej ziołowa. Finisz mamy średni, początkowo chmielowy, ale zakończony wyraźnym słodowym, nawet miodowym akcentem. Niestety owych charakterystycznych chmielowych części brakuje w tym lagerze. Niekoniecznie musi to być wada, ale odwołując się do swojego poczucia lagerowego stylu oczekuję właśnie bardziej zdecydowanej lupuliny.

Old Bobby to przeciętne piwo, które można wychylić bez problemu, choć wracać tak naprawdę nie ma do czego.
4.5 vol / B-

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Bastard

Zakrętka typu twist off otwiera nam pięknie bursztynowy płyn, którego aromat niesie przyjemne chlebowe i słodowe komponenty. Wysycenie całkiem spore, jednak ulatnia się nazbyt szybko, a wraz z nim znika na powierzchni rachityczna piana. Z etykiety łypie na nas czerwonym okiem emotwarz, człowieka androgenicznego. Piekielne ognie niczym diabelskie języki liżą jej oblicze. Bastard czyli hmm... powiedzmy drań, jest słodki (trochę jak tytułowy bohater jednego filmów Woody Allena) a goryczka daleko w tle dopełnia całości.

Zaiste dziwny to produkt, gdyż cała oprawa wydaje się ukłonem w stronę młodego pokolenia i zdąża w stronę trunku z niecodziennym charakterem - świadczą o tym zarówno hasła reklamowe (nieco żenujący Cool beer from hell) jak i mocna nazwa, ale w gruncie rzeczy otrzymujemy wzmocnionego pilznera w typowym dla Pivovara Herold, zestawieniu. A więc wybitny słód (wsparty dodatkowo nie wiedzieć czemu cukrem) i dopiero potem cała reszta. Jednak w porównaniu z tradycyjną rodziną piw z Brzeźnic - nomen omen - Bastard, zawodzi i jest wyraźnie gorszy. Wspomniany słód zawiera nuty chlebowe, trochę siana, śladowo miód, wyraźnie chlebowych naleciałości i niewielki "wspomagający" DMS. Chmiel łagodny i wyczuwalny, ale jest go jak na lekarstwo, przy dłuższym obcowaniu z trunkiem słodycz zaczyna przyciężkawo brzmieć, a nawet przynudzać, choć późnojesienne popołudnie sprzyja tego rodzaju trunkom. Brak piany i wysycenie, które tak szybko zniknęło jak mocno się zaczęło, nie dodają całości skrzydeł. Wysoka zawartość alkoholu daję się odczuć jedynie w głowie, a nie na języku i to trochę ratuje ocenę. Niemniej jednak Bastrad to zaledwie ciekawostka z tradycyjnego browaru, który próbuje podążać za trendami rynkowymi. W tym przypadku niespecjalnie z powodzeniem. Zważywszy na cenę i ilość piwa (butelka 0,33 l) lepiej zdegustować tradycyjną linię Herolda. I co z tego że jest B-?
6.1 vol / B-

wtorek, 16 października 2012

Opat Bitter

Pivovar Broumov znany jest w Polsce ze swoich wyrobów, z racji dość bliskiego sąsiedztwa. Broumov to czeskie miasteczko na styku województwa dolnośląskiego i hradeckiego kraju, szczycące się starą tradycją piwowarską. Na polskich półkach sklepowych butelki ozdobione etykietą Opat można spotkać dość regularnie, a mnich o okrągłej twarzy wznoszący do nas kufel spienionego płynu jest ich charakterystycznym elementem. I gdyby nie on, etykieta mogłaby być całkiem udana, proporcje, liternictwo i kolorystyka są bowiem żywe i przyjemne, Jednak z drugiej strony mieć w nazwie słowo Opat i nie eksponować jego wizerunku to jakby nazywać się Duvel i zapomnieć o diabelskich atrybutach. Ups, nieco się zagalopowałem, ale w końcu taka łopatologia graficzna nie jest całkiem odosobniona.

Na etykiecie tej desitki widnieje dopisek Bitter, co ma podkreślać specjalne nachmielenie trunku. Wypijemy, zobaczymy.
Piwo ma kolor jasno złoty, lekko mętną toń i dość oszczędną pianę, która pozostaje w postaci niewielkiej kołderki. Zapach skąpy, nieco słodowy, minimalnie chmielowy. Trudno od piwa o niskim ekstrakcie oczekiwać dużo więcej.
Pierwsze łyki i piwo zawodzi. Wspomniany chmiel żatecki jest obecny w szerszym niż zwykle wymiarze, ale oczywiście nie jest jakoś specjalnie wyolbrzymiony. Oczekujących na potężną dawkę goryczki rodem z modnych ostatnio małych browarów, muszę rozczarować. Opat nie sili się na oryginalność prześcigając się w natężeniu, skupia się bardziej na podkreśleniu czeskiego profilu użytego chmielu. Stąd w jego profilu pobrzmiewają klasyczne, ziołowe nuty. Nie w chmielu jednak tkwi rozczarowanie. Towarzyszący goryczce słód jest dziwnie płytki i blady, o niezdecydowanej nucie słodowej i wyraźnie źle komponuje się z chmielową głębią. Dodatkowo wyczuwalna kwaśność pomieszana z dużym wysyceniem nie pomaga tego wrażenia przełamać, wręcz przeciwnie, zdaje się go podbijać. Finisz długi i wyraźnie chmielowy, początkowo zdominowany przez wspomniany słodowy wybryk, który na szczęście szybko zanika ustępując miejsca aromatowi z Żateca.

Kadź zacierna w broumovskim browarze
Pod koniec butelki owa nieregularność, ten rozchwiany i niedopracowany smak zdaje się mijać, jakby wyparował gdzieś w powietrze, a ostatnie łyki rzutem na taśmę starają się zniwelować wcześniejsze wrażenia. Niestety przebudzenie przychodzi zbyt późno i nie może podwyższyć oceny. Słabe i lekko naciągane B-.
4.0 vol / B-

środa, 3 października 2012

Benediktin

Przyjemny aromat chleba, uzupełniony słodem i minimalnie chmielowym tłem. Piana niewielka, ale próbuje się utrzymać. Kolor szczerozłoty, płyn niewinnie zamglony, a wysycenie jest całkiem spore. Piwo zwie się Benediktin i zostało uwarzone w Broumovie (w naszym kraju najbardziej znane produkty browaru to oczywiście piwa Opat) nawiązując swoją recepturą do ojców założycieli piwowarstwa w regionie Broumova czyli benedyktyńskich opatów. 300 lat browaru to 300 lat pierwszego budynku browarnego - historia warzenia sięga ponoć czasów średniowiecza.

W ustach rozlewa się całkiem treściwy płyn, w którym słód gra rolę pierwszoplanową. Wyraźnie Wybijają się owocowo-miodowe nuty, do tego pyszne chlebowe akcenty, lekki kwasek, odrobina wyschniętego właśnie siana. Goryczka pozwala sobie na niewiele, dopełniając bukiet i osłabiając nieco oszałamiające działanie słodu. Finisz zdumiewającą krótki, choć wyraźnie aromatyczny. Trochę chmielu, dużo słodu i pod koniec orzechowa gorycz. Mogłoby to trwać znacznie dłużej, z pewnością bym się nie obraził.

Pivovar Broumov. Sprzed 300 lat nie został tu zapewne kamień na kamieniu
Nie ma się zasadniczo specjalnie do czego przyczepić, ale owa podkreślana wielokrotnie słodowość jest zbyt intensywna. Nie można także zarzucić jej niskiej jakości, nie wypada odmówić złożoności i warto docenić głębię, jednak co za dużo to niezdrowo, jak mawiały nasze mamy. Goryczka jest obecna, równoważy to niebo w gębie, ale mimo wszystko wydaje się nieco obca w całym bukiecie, jakby bezwstydnie nie na miejscu, dobrana nie z tej półki co reszta, w nazbyt skromnej ilości. Może to kwestia dominacji słodu, może nieodpowiedniego doboru chmielu. Nie mam pojęcia, jednak im dłużej myślę o Benediktinie tym bardziej odczuwam pewien dysonans i zgrzyt. Natomiast nie mogę zgodzić się z częścią opinii o metaliczności tego trunku. Być może lekki kwasek wpływa na tę ocenę, ale charakterystyczna metaliczność pilznerów (jak choćby wyczuwalna w Cieszyńskim Browarze Zamkowym, gdzie jest na tyle charakterystyczna by stanowić, o ironio, nieodzowny element większości piw tam warzonych) nie ma tutaj miejsca. Zawartość alkoholu dość spora, a ten wchłania się całkiem swobodnie i łobuzerskim urokiem stara się zmącić zmysły. Przyjemne. Nie muszę oczywiście zaznaczać, że czyni to przewrotnie i zdradziecko, bo nijak tych procentów nie da się zlokalizować.

Trudno byłoby przy tym trunku spędzić cały wieczór. Myślę, że zniewalająca słodycz wcześniej czy później zamieniłaby się w nieznośną lepkość i początkowo gładko przechodzący przez przełyk specjał, męczyłby przy każdym hauście. Niemniej jednak degustacja nie pozostawi po sobie złych skojarzeń, ale żeby wracać... nie dziękuję.
6.0 vol / B-

wtorek, 18 września 2012

Freibergisch Schwarz Bier

Saksoński szwarc nie zachwyca. Począwszy od niezbyt wyszukanej etykiety, na przeciętnym smaku skończywszy. Kolor piwa jest niemal czarny, ale smołowatości tutaj nie ma. Wysycenie poprawne, piana natomiast niewielka i dość szybko opada. Zapach rozczarowuje - minimalne ślady karmelowe i kwaskowe nuty to zbyt mało by można było ten aromat nazwać czy więcej niż tym, że jest. Lekko przytłumiony zapachami kuchennymi nos, ledwo wyczuje jakąkolwiek woń dobywającą się z kufla.

Smak nie może zachwycić, ale także nie odstręcza. Ot, leciutka, choć całkiem przyjemna goryczka, leciutki słód karmelowy odrobina kwasku i tyle. Finisz krótki ale za to aromatyczny, zbudowany na chmielowej esencji. Całość wyraźnie wodnista, brakuje jej jakiegoś charakteru, jakby co właśnie jakiś podlotek stawiał pierwsze kroki na salonach. Nie ma tutaj posmaków, nie ma niedoróbek, ale jest zwykły nudno-przeciętny niemiecki "ciemniak". Owszem, od biedy, można go nazwać sesyjnym piwem, bo z uwagi na wyraźną przezroczystość można go będzie wypić w dużych ilościach, ale nie jest to zbyt duże pocieszenie dla właścicieli bardziej wyszukanych podniebień.

Freiberg, miejscowość rodzina Schwarz Biera, leży na południowy zachód od Drezna, mniej więcej w połowie drogi do Chemnitz. Jeśli kiedyś będziecie przemierzać te saksońskie podwórka, wstąpcie na jednego Freibergischa - może z kufla będzie bardziej szlachetny.
4.9 vol / B-

niedziela, 26 sierpnia 2012

Zlatovar Premium

I znowu ZLatovar, i znowu z podtytułem odwołujący się do opavskich stron. I znowu niestety małe oszustwo (bo jak już wspominałem browar w Opavie został zamknięty swego czasu).

Podobnie jak w przypadku opisywanego jakiś czas temu Maxa - na etykiecie rubaszny posiadacz konkretnego brzucha szczerzy się szczerze do kufla piwa. Premium ma zapach dość nijaki, lekko słodowy. Wysycenie niewielkie, piana nietrwała, choć jej resztki oblepiają wyraźnie szkło. Kolor tergo trunku pięknie złoty i lekko mętny (w stylu lekkich kellerbierów). Smak dość płaski i rozwodniony jak na dvanactkę. Jest tutaj mocna goryczka, choć niezbyt głęboka i szlachetna. Pewna pestkowa, a raczej grapefruitowa gorycz długo pobrzmiewa w finiszu, ale nie jest to chyba ten rodzaj, który bym najbardziej pożądał. Do tego lekki słód, całkiem przyjemny oraz na koniec wyraźny kwaśny posmaczek burzący nieco poprawną przeciętność tego trunku.

I znowu między C+ a B-. Cóż począć? Szukając na siłę usprawiedliwienia dla podwyższonej noty, znajduję jedynie w miarę niską zawartość alkoholu (jak na ten poziom ekstraktu) i brak jego obecności w ogólnym smaku. Trochę to mało zważywszy, że kwaśność eliminuje ten napitek z grupy sesyjnych, ale niecha tam.
5.0 vol / B-

niedziela, 19 sierpnia 2012

Postřižinská Pepinova Desítka

Czechofilom, a nawet obeznanym ze światową kulturą Bohumila Hrabala przedstawiać nie trzeba. Znakomity czeski pisarz, którego nazwisko rozsławił na całym świecie Jiri Menzel swoją adaptacją filmową powieści "Pociągi pod specjalnym nadzorem". Innym, równie znakomitym dziełem są "Postrzyżyny", rzecz o młodej rodzinie żyjącej w małym czeskim miasteczku, w cieniu tamtejszego browaru. Ową rodziną była rzeczywista familia Hrabala, a tym browarem, istniejący do dzisiaj browar Nymburk.

Korzystając z tych konotacji, władze nymburskiego zakładu postanowiły z jednej strony uczcić, a z drugiej zapewne po trochu wykorzystać dla celów marketingowych ten historyczny fakt i nazwały serię swoich piw "Postrzyżyńskie", eksponując dodatkowo wizerunek Hrabala na etykiecie. Przede mną jeden z przedstawicieli - Pepinova desitka (kto zna powieść lub przynajmniej adaptację filmową, wie że wujek Pepin to jedna z najbarwniejszych postaci hrabalowego świata). Dotychczasowe przygody z Nymburkiem to doświadczenie raczej średnio przyjemne, gdyż browar specjalizuje się w produkcji tanich piw o niskiej jakości, choć stosunek tychże do siebie jest całkiem, całkiem. Desitka trochę wpisuje się w ten trend, ale nieśmiało próbuje go przezwyciężyć. Kolor szlachetny, zamknięty z góry poprawną pianą, utrzymującą się bardzo długo w postaci białej kołderki. Wysycenie średnie, zapach kwaskowo-chmielowy. Pierwszy łyk obarczony wspomnieniami po innych produktach z Nymburka, nieco zaskakuje. Jest całkiem nieźle. Jednak w miarę ubywania płynu z kufla entuzjazm opada. Mamy tutaj mocną choć wyraźnie płytką goryczkę, pobrzmiewającą w finiszu prze krótką chwilę. Całość próbuje równoważyć trochę nijaki słód. Do tego pojawia się niezbyt wyszukana kwaśnawość (ale jeszcze nie kwaśność), która studzi degustatorski temperament.
Mural z wizerunkiem Hrabala powstały w miejscu gdzie stał dom pisarza. Dzielnica Libeń raczej nie kojarzy się z pocztówkową Pragą, eksponując swój nieco szemrany urok

Ostatnio delektowałem się jedną z najlepszych (w moim odczuciu) desitek - Hradebni - i grzechem byłoby Pepinovej dać notę powyżej B. Jest to piwo jakich wiele u naszych południowych sąsiadów, choć to produkt wyróżniający się na tle nymburskiego asortymentu. Ot taki napitek co to wypić z pięć i pomalować pokój. Czy Hrabal to do kufla wlewał? Szczerze wątpię, ale pomysł literackich odwołań i skojarzeń jest całkiem fajny.
4.1 vol / B-

sobota, 9 czerwca 2012

Viva La Wita!

Przed nami hybryda powstała na fali zainteresowania, a raczej mody na amerykański chmiel. Tradycyjny witbier jest łagodnym, orzeźwiającym trunkiem idealnym na letnie upały. Pinta uwarzyła właśnie ten gatunek dochmielając go zadziornie amerykańskimi chmielami. Od jakiegoś czasu wszyscy uznający się za koneserów piwa w naszym pięknym kraju z lubością i dydaktycznym zacięciem podkreślają niską jakość koncernowych produktów, ze szczególnym uwzględnieniem chmielowej mizerii. Wielu samozwańczym i domorosłym degustatorom wydaje się, iż najlepszym panaceum na skandaliczny poziom rodzimego browarnictwa jest odpowiednie nasycenie, aromatycznymi szyszkami. Gdyby tak było życie z pewnością stałoby się o wiele prostsze. Często jestem świadkiem dyskusji, w której ktoś przekonuje towarzysza...  "w tych koncerniakach to nie ma prawdziwego chmielu". Oczywiście nie odważę się zaprzeczyć, ale upraszczanie problemu i sprowadzanie go do tego jednego aspektu jest bardzo niefrasobliwe. Bolączką polskich piw jest nie tylko jeden ze składników receptury. Nie można zapominać o jednostronności, dystrybucji, koncentracji, piwnej świadomości i całej liście spraw które czekają na uleczenie. Sam chmiel niczego tutaj nie załatwi.

Na marginesie tych dywagacji Pinta serwuje nam piwo, które odwołuje się trochę do tego modnego uproszczenia. Oczywiście wiem, że ich imperial witbier to nie jest autorski pomysł "kontraktowców", ale sam wybór receptury jest jakimś sygnałem, wyjściem na przeciw oczekiwań. Cóż bowiem stało na przeszkodzie zaserwować nam tradycyjnego witbiera? Czy aby na pewno chmielowe szaleństwo nie odegrało tu pewnej roli? Takie dywagacje nie mają specjalnie sensu, w końcu chodzi tutaj właśnie o zaspokajanie gustów. Piwo to nie dzieło sztuki (choć czasami byśmy chcieli) tylko produkt. jednak od browaru z misją możemy oczekiwać nieco więcej. Ale do rzeczy.

W kuflu pojawia się mocno mętny, jasnopomarańczowy płyn o zapachu... majteczek trącących lekką nieświeżością. Piana niewielka i szybko opada, wysycenie niestety małe. W smaku dominuje oczywiście goryczka, a charakterystyczne nuty nadane przez pszeniczny słód są nieco zgaszone. Całkiem ciekawie w tym wszystkim pobrzmiewa posmak pomarańczy i cytrusów. Finisz dość długi i pełen rozbujanych aromatów - od głębokiej, żywicznej goryczki po zwiewne i eteryczne smaki pomarańczy. Reasumując jest to trunek który próbuje połączyć damską łagodność białej pszenicy z męskim upodobaniem do wytrawnej goryczki. Jednak od czasów starożytnej tragedii wiemy, że takie połączenie nie zawsze wychodzi na zdrowie. Zdegustować warto, co nie zmienia faktu, że będzie to raczej jednorazowa przygoda.

Polityka obrana przez Pintę - zapełnić portfolio jak największą ilością gatunków i zostawić w repertuarze te gatunki które sprzedadzą się  najlepiej, sprawdza się na naszym dziewiczym ugorze (choć wg mnie też tylko na krótką metę), jednak pewien schematyzm i rozbuchana dezynwoltura może już nie przekonywać w szerszym, choćby europejskim kontekście. Jednym zdaniem - miało być orszakowo, szeroko, imperialnie i światowo, a wyszło trochę po polsku w sam raz dla snobów.

O opakowaniu nie będę się rozpisywał (niestety nie ma o czym), bo niejednokrotnie dałem wyraz swojej dezaprobacie dla artystycznych upodobań browaru, jakby żywcem przeniesionych z katalogu peerelowskiego GS-u.
5.7 vol / B-

piątek, 18 maja 2012

Hasseröder Schwarz

Mówi się, że preferencje smakowe człowieka zmieniają się co siedem lat. Dobra nowina: jeśli nie przepadaliśmy za szpinakiem może zaczniemy się nim delektować. Nic nie jest nam dane raz na zawsze, skoro uwielbienie do słodyczy może przeminąć to warto być przygotowanym na najgorsze :)

Ten krótki wstęp jest wynikiem moich przemyśleń o naturze piwnych gatunków. Chociaż w zasadzie jestem smakoszem wszelakich produktów pochodzących od słodu, mam oczywiście bardziej lub mniej ulubione gatunki. Takim oczkiem w głowie były np.ciemne piwa wszelakiej proweniencji. Ostatnio jednak obserwuję, iż (trwająca o wiele dłużej niż siedem lat) sympatia tudzież okres ochronny dla tej barwy płynu - uległa odwróceniu. Drżyjcie "ciemniaki"! W związku z oziębieniem moich uczuć będę dla was szczególnie wymagający.

Kolor płynu ciemny jak smoła. Wysycenie niewielkie, właściwie rachityczne, piana podobnie, ale przyjemnie kremowa. W zapachu można wyczuć palony słód, troszkę kawy i chmielu. Etykieta nudnawa choć paw z loga pręży dumnie pierś ku słońcu. Smak bardzo typowy i zdecydowanie lekki. Nuty palonego słodu z delikatnym czekoladowym tle, zostały podparte niewielką goryczką, która pobrzmiewa w średnim finiszu. Dodatkowo niewielka kwaśność podkreśla brak wysycenia. Nie jest źle, ale nie jest też całkiem dobrze. Można by dać B, ale wady obniżają notę - nie są one może dyskwalifikujące, ale ich nagromadzenie przekreśla jakikolwiek entuzjazm. Niemniej jednak dla amatorów schwarza nie będzie to męka.
5.0 vol / B-

poniedziałek, 14 maja 2012

Feldschlößchen Export

Drezdeński skarb piwosza - z loga browaru zwraca się bezpośrednio do nas postać z dwoma obficie spienionymi kuflami, jakby chciała dać nogę z tego etykiecianego świata i postawić figlarnie złocisty trunek przed nami na stole. Nie byłoby chyba źle gdyby reprezentowany przez nią pils miał tak białą czapę, ale niestety - jest ona w rzeczywistości dość rachityczna, choć utrzymuje się długo na powierzchni płynu. Zapach tego specjału jest raczej monotonnie słodowy i głęboko przygaszony, ale trzeba przyznać, jakoś przyjemnie się kolarzy. Kolor szczerozłoty, wysycenie niestety słabe. Wygląda trochę jak budżetowy, lokalny produkt, ale należy takie sądy formułować z dużą ostrożnością. To w końcu Niemcy, kraj stojący na małych browarach, zawdzięczający regionalnym produktom  swoją globalną sławę.

Smak piwa mocno słodowy, w którym wyczuć można delikatne chlebowe aromaty podszyte winnym echem - całkiem przyjemnie to komponenty. Goryczka śladowa, ale wyczuwalna, szczególnie w przykrótkim finiszu. Bardziej niż niemiecki sznyt, da się tu zaobserwować polskiego ducha, który błogosławi to piwo emanując czarem rodzimego pilznera z półki przeznaczonej na tradycyjnie warzone piwa. Wypić można, zwłaszcza że alkohol w degustacji nie przeszkodzi, wynikiem czego trunek spokojnie przechodzi przez gardło, ale od zachwytów trzymać się radzę z daleka. Gdyby wysycenie było wyższe może byłoby B. Nie wiem...
5.2 vol / B-

wtorek, 20 marca 2012

Old Brown Beer

W kuflu pieni się  - choć to za duże słowo, ale do tego zaraz wrócimy - płyn w kolorze coca-coli. Zapach karmelowo-zbożowy z lekkim kwaskiem. Wysycenie w niższych stanach średnich, piany jak na lekarstwo. Wizualnie płyn przypomina bardziej jakiś napój dla początkujących nastolatków niż rasowe piwo. Opakowanie: butelka nowoczesna, smukła, etykieta z czytelnym przekazem, całkiem przyjemnie minimalistyczna. Smak dość płytki, choć bez nagany. W początkowej fazie uderza skarmelizowany słód, który utrzymuje się średnio długo, aż do finiszu, w którym dodatkowo pojawia się goryczka. Całość nie wybrzmiewa, raczej gaśnie jak gwałtowny akord. W otoczeniu da się wyłowić wodę bez posmaków, nadającą temu trunkowi aurę powszedniości.

Mamy tutaj więc coś w rodzaju ciemniaka do spożycia w czasie pracy, posiłków, czy długotrwałych biesiad, choć trudno sobie wyobrazić, że piwo ciemne z samej swojej natury przeznaczone jest do takiego sesyjnego spożywania.

Z pewnością jednak znajdą się wielcy amatorzy ciemnych piw, dla których dzień bez tego gatunku będzie dniem straconym. Tym właśnie Old Browna można polecić. Dla całej reszty będzie to przyjemna, choć raczej jednorazowa przygoda. Gdyby piana była bardziej... oceniłbym trochę na wyrost ukraińskie piwo na B.
5.0 vol / B-

środa, 19 października 2011

Pernštejn Světly Ležák

Piękny kolor, złoty jak jesień. Do tego piana obfita, ale niestety tylko początkowo, później opada tworząc zaledwie lekki kożuszek na powierzchni. Za to na szkle kufla pozostawia fantazyjne ścieżki i wywijasy. Zapach przyjemny słodowo-chmielowy. Smak przyzwoicie zrównoważony początkowo słodowy, ale z wyraźnymi chmielowymi akcentami wybrzmiewającymi w tle. Pod koniec kufla słód staje się wyraźniejszy, a chmiel raczej zanika.

Dla amatorów pilznerów niezbyt goryczkowych to będzie strzał w dziesiątkę, dla koneserów pozostaje jednak niedosyt. Trochę to zbyt przyziemne, płaskie i bez charakteru. Delikatne, ale przy tym rozwodnione. Na upały i imprezki idealne, ale nic więcej.
5.0 vol / B-

wtorek, 18 października 2011

Hostan Hradni

Powstaje retoryczne pytanie: czy czeskie piwo może być do dupy? Oczywiście, że tak. Nie ma takiej rzeczy na świecie, której ludzie nie wymyślą wydobywając ją na powierzchnię przeciętności, i której inni ludzie nie umieliby zepsuć. Hostan należy teraz do Heinekena i takie żonglowanie nazwą odbywa się u naszych południowych sąsiadów (nie tylko tą nazwą) od jakiegoś czasu. Niemniej jednak piwo Hostan złe nie jest, ale kudy mu tam do tego tradycyjnego. Zapach ma ten trunek przyjemnie chmielowy, z wyczuwalnym słodem. Kolor szlachetnego złota, wysycenie raczej skromne. Piana nietrwała. Smak lekki, wodnisty w typie "dzięcioła", ale bez nieprzyjemnych i odbierających radość degustacji posmaków. Trochę goryczki, trochę słodu, trochę smacznej wody. No właśnie... trochę.

Wszystkiego tu trochę i reasumując takie to trochę piwo - nie całkiem rasowe, bez charakteru, jakby rozmiękczone, wyśrodkowane. Jeśli ktoś nie przepada za charakterem, lubując się w solidnej przeciętności, a do tego smak piwa nie jest jego najulubieńszym, powinien być zadowolony. Na pocieszenie dodam, że na imprezkę i upał można wychylić kilka sztuk.
4.7 vol / B-

wtorek, 27 września 2011

Lübzer Bock

Kolejny koźlak z dolnej szuflady lodówki. Zapach karmelowy z winnymi aromatami. Po nalaniu do kufla piany jak na lekarstwo, wysycenie także niewielkie, a kolor ciemnobursztynowy. Smak całkiem wyrazisty, lekko przy tym orzeźwiający  i zadziwiająco lekki. Królują typowe dla koźlaka nuty palonego słodu i kwaskowe, alkoholowe posmaki, ale całkiem przyjemne nadające trunkowi pożądany charakter. Ponadto da się wyczuć aromatyczny chmiel. Wszystko to tworzy bardzo wytrawną jakość, choć nazbyt może płaską w ogólnym wrażeniu. Nie jest to pierwsza liga koźlaków, ale góra tabeli w szeregu zaplecza (używając sportowych przenośni) - już tak. Opakowanie po niemiecku adekwatne. Stonowane, przyjemne i z całych sił próbujące nie być ekstrawaganckie. Jeśli w okolicy nie ma innych koźlaków, a akurat musisz ten gatunek wypić, można brać.
7.0 vol / B-
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...