W ciemno miedzianej toni przechodzącej w kolor soku wiśniowego pęcherzyki nieustannie zasilają gęstą pianę w kolorze ecru. Zapach słodowo-karmelowy z orzeźwiającym chmielem w tle. Bruin jest szlachetnym gatunkiem belgijskiej tradycji zapożyczonym od angielskiego krewniaka, ale jak to w przypadku Belgów bywa, aromat został zintensyfikowany a piwne ciało mocno wzbogacone. Petrus świetnie wpisuje się w tę tradycję oferując nam solidną dawkę smaków, jednocześnie pozostając na nieco bezpiecznych pozycjach.
Wybitnie deserowy charakter trunku sprawia, że nie będziemy się nim raczyć w dużych ilościach. Ot takie małe co nieco na dokończenie posiłku lub krótką rozmowę w pubie. W smaku czujemy wyraźną słodycz otoczoną spora grupką suszonych owoców. Mamy tutaj śliwkę, wiśnię, porzeczkę oraz chlebowe nuty i melasę. Do tego duże wysycenie stara się podkreślić każdy z elementów. W tle odrobina gorzkiej pomarańczy i niewyraźny chmielowy finisz dopełniający całości.Jednym słowem trochę przeciętnie.
Wysoka zawartość alkoholu momentalnie uderza do głowy, robi się przyjemnie i sennie, ale z czasem także nużąco. Petrus dubbel bruin nie jest piwem codziennym, raczej do okazyjnej konsumpcji. Prezentuje się wizualnie niezwykle okazale i nobliwie, w smaku nie przekracza poprawności. Jeśli polubisz może wrócisz, jeśli natomiast piwo nie przypadnie ci do gustu z trudem dokończysz pokal.
6.5 vol / B
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemne. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 kwietnia 2015
środa, 7 maja 2014
Bojan Black IPA
Ciemna IPA z Bojanowa, pomimo etykiety łamiącej serca
estety, w końcu wypełniła mój kufel. Butelka jest przeterminowana o tydzień, ale
nie powinno to mieć wpływu na smak, doda raczej nieco pikanterii degustacji. Styl na który browar się pokusił jest stylem
względnie młodym i narosłym licznymi kontrowersjami, jednak rozważania
stylistów odłóżmy ad acta i zajmijmy się tym co najważniejsze – smakiem.
Piana
formuje się całkiem spora i drobnoziarnista. Zdecydowanie oblepia szkło, aż do
samego dna. Zapach chlebowej skórki, palone nuty i maślany ślad, całość dość
rześko zadomawia się w nozdrzach. Kolor mocno spatynowanej miedzi nie jest
czarny, ale może to przeszkadzać jedynie kolorystycznym purystom. Pierwszy łyk
wchodzi łagodnie, nie pozostawiając niepotrzebnych posmaków. Mamy tutaj
wspomniane aromaty chlebowe, odrobinę karmelowych nut, trochę kawy – dość wyraźnie
te palone aspekty są wyczuwalne, co przyjemnie nastraja do dalszej degustacji. Nie
jest to piwo pełne, raczej o wiele mniej niźli wskazywałby ekstrakt, w
połączeniu z niskim wysyceniem pozostawia w odbieranym wachlarzu aromatów lekki
niedosyt. Goryczka średnia, długo finiszująca, ciekawie drażni kubki smakowe,
rozbudzając apetyty. Poważnym mankamentem jest brak chmielowego aromatu
charakterystycznego dla piw IPA. Przydałoby się bujne dopełnienie całości,
które można uzyskać chmieląc choćby na zimno. Szkoda, bo brak tego elementu
zdecydowanie obniża ocenę.
Niemniej jednak Bojan Black IPA nie jest piwem złym,
to produkt poprawny, osadzony w profesjonalnych ramach, pozbawiony jednak
sznytu oryginalności. Dla wielbicieli „ciemniaków” będzie to miła odmiana, dla
ortodoksów-stylistów przyczynek do długich nikomu niepotrzebnych dysput. Jeśli
masz ochotę na przełamanie rutyny, a boisz się eksperymentów Bojan nie będzie
złym wyborem. (Przeterminowanie w moim odczuciu nijak nie wpłynęło na degustację.)
6.0 vol / B
piątek, 24 stycznia 2014
Kloster Scheyern Doppelbock
Karmel, melasa, kawa, suszone śliwki - to wszystko można wyczuć zbliżając nos do niewielkiej beżowej piany leniwie przykrywającej przezroczysty, brunatny płyn. Wysycenie niewielkie bo i na próżno go szukać w tym stylu, który przesadnie nie eksponuje tego atrybutu. Kufelek stoi sobie vis-a-vis źródła światła i przez chwilę można się delektować jego dostojną formą okraszoną miedzianymi refleksami błyskającymi głęboko w toni.
Koźlak to piwo idealnie wpisujące się w styczniowe, wieczorne klimaty. Wprawdzie zima w tym roku zdecydowania przyspała, ale przez te kilka dni stara się nadrobić - z zawziętością i zaangażowaniem spóźnialskiego - temperaturowe stany. Mówić krótko - mamy mróz za oknem a piwo ma pomóc spojrzeć przychylnym okiem na zimową aurę. Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z treściwą formą, która jednak specjalnie nie ciąży, z czasem nawet dyskretnie się oddalając. W smaku dominuje karmel, podbarwiony wspomnianą suszoną śliwką. Co ciekawe, i będzie zahaczać to o świętokradztwo, wyraźnie na podniebieniu finiszuje smak opłatka. Tu i ówdzie można wyczuć, oleisto-mydlane tło, z która nijak nie mogę sobie poradzić, a zatem staram się ją ignorować. Zapomniałbym jeszcze o alkoholu, który zdecydowanie jest nośnikiem tych ostatnich nut smakowych. Goryczka niewielka, minimalnie wybija się w finiszu, ale w tym przypadku jest to jedynie próba zaznaczenia swojej obecności niż pełnoprawne dzierżenie wodzy smaku.
Doppelbock Kloster Scheyern to całkiem przyjemne piwo, jeśli uwzględni się wspomniane przeze mnie "rozedrgania" w recepturze. To niedostrojenie z pewnością nie pozbawia degustatora przyjemności obcowania z zimowym klasykiem, ale jednak spycha w zakamarki pamięci ogólne wrażenie. Solidne B.
7.4 vol / B
Koźlak to piwo idealnie wpisujące się w styczniowe, wieczorne klimaty. Wprawdzie zima w tym roku zdecydowania przyspała, ale przez te kilka dni stara się nadrobić - z zawziętością i zaangażowaniem spóźnialskiego - temperaturowe stany. Mówić krótko - mamy mróz za oknem a piwo ma pomóc spojrzeć przychylnym okiem na zimową aurę. Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z treściwą formą, która jednak specjalnie nie ciąży, z czasem nawet dyskretnie się oddalając. W smaku dominuje karmel, podbarwiony wspomnianą suszoną śliwką. Co ciekawe, i będzie zahaczać to o świętokradztwo, wyraźnie na podniebieniu finiszuje smak opłatka. Tu i ówdzie można wyczuć, oleisto-mydlane tło, z która nijak nie mogę sobie poradzić, a zatem staram się ją ignorować. Zapomniałbym jeszcze o alkoholu, który zdecydowanie jest nośnikiem tych ostatnich nut smakowych. Goryczka niewielka, minimalnie wybija się w finiszu, ale w tym przypadku jest to jedynie próba zaznaczenia swojej obecności niż pełnoprawne dzierżenie wodzy smaku.
Doppelbock Kloster Scheyern to całkiem przyjemne piwo, jeśli uwzględni się wspomniane przeze mnie "rozedrgania" w recepturze. To niedostrojenie z pewnością nie pozbawia degustatora przyjemności obcowania z zimowym klasykiem, ale jednak spycha w zakamarki pamięci ogólne wrażenie. Solidne B.
7.4 vol / B
poniedziałek, 2 września 2013
Crack American Stout - Pracownia Piwa
Na etykiecie jelonek chłodnym okiem wpatruje się w patrzącego nań piwosza. Reszta grafiki utrzymana została w równie beznamiętnej stylistyce. O amerykańskim rodowodzie zawartości ma świadczyć szeryfowy krój głównych liter i sama nazwa, mająca jednak więcej wspólnego z używkami nieco odmiennymi od alkoholu. Niemniej jednak w tej minimalistycznej oprawie Crackowi jest całkiem do twarzy. Pracownia Piwa to podkrakowska inicjatywa, której uwagę zdecydowanie warto poświecić, zwłaszcza że zdecydowano się w tym przypadku na produkcję piwa we własnym browarze, co wśród młodych, polskich przedsięwzięć nie jest zbyt popularne, a ja - kilkakrotnie już to podkreślałem, darzę sympatią browarników warzących swoje specjały w osobistej warzelni.
Wysycenie niewielkie, piana również nie imponuje. W zasadzie oczekiwana i nadzwyczaj pożądana kremowa kołderka znika natychmiast, co podbija smutek związany z końcem lata. No cóż, wszystko kończy się i zaczyna, zaklęty krąg cykli tarmosi nasze wnętrze, ale koniec końców to on wymusza mozolny ruch ku przyszłości. Jeśli niemile zaskakuje wspomniana piana, to cześć należy oddać zapachowi, który odrobinę ewoluuje, zmienia swoje natężenie i skład. Początkowo uderza zwiewny podmuch iglastego lasu, następnie ujawnia się gorzka czekolada, karmel i nade wszystko odstana, zimna kawa.
Pierwszy łyk zwiastuje małą ucztę. płyn jest aksamitny i oleisty, z powodzeniem rekompensuje brak kremowej pianki. Ciało piwne, czyli słodowa część, całkiem ponad średnią, wyraźnie ciążąc w stronę pełnej. Żeby oddać sprawiedliwość ocenie należy wyraźnie zaznaczyć, że ów słód nazbyt skomplikowany nie jest, i niespecjalnie chce uchodzić za zbożowego erudytę. Przede wszystkim czujemy lekko przydymione, podpalane nuty i spopieloną kawę okraszoną śladową ilością gorzkiej czekolady. Trochę brakuje karmelizacji. Goryczka natomiast - jak przystało na gatunek - nad wyraz rozbujana i to ona raczy w tym specjale grać pierwsze skrzypce. Początkowo silnie kwaskowy akord świeżych igieł, pestkowego grapefruita i mniszka lekarskiego, finiszuje bardzo długo, dominując zdecydowanie nad słodem, tłamsząc go po prawdzie i przechodząc dodatkowo aromatyczny flirt z drewnianą nutą. Ta chmielowa hegemonia nieco przytłacza, zrzucając na biedne barki degustatora uciążliwy bagaż IBU. Wniosek: receptura wymaga doszlifowania i konsumenckiego zbalansowania (czytaj: ugładzenia).
Pod koniec - kiedy smak zaczyna przemawiać do nas już tylko wersalikami, spokojnie moglibyśmy przyjąć cios tępym narzędziem w sam środek czaszki, zapewne przy tym nie jęknąwszy. Dla miłośników bezwzględnych rewolwerowców przemierzających dzikie prerie może być uczta, dla koneserów klasycznych stoutów już niekoniecznie, choć hände hoch raczej nie zaliczą.
4.7 vol / B
Wysycenie niewielkie, piana również nie imponuje. W zasadzie oczekiwana i nadzwyczaj pożądana kremowa kołderka znika natychmiast, co podbija smutek związany z końcem lata. No cóż, wszystko kończy się i zaczyna, zaklęty krąg cykli tarmosi nasze wnętrze, ale koniec końców to on wymusza mozolny ruch ku przyszłości. Jeśli niemile zaskakuje wspomniana piana, to cześć należy oddać zapachowi, który odrobinę ewoluuje, zmienia swoje natężenie i skład. Początkowo uderza zwiewny podmuch iglastego lasu, następnie ujawnia się gorzka czekolada, karmel i nade wszystko odstana, zimna kawa.
Pierwszy łyk zwiastuje małą ucztę. płyn jest aksamitny i oleisty, z powodzeniem rekompensuje brak kremowej pianki. Ciało piwne, czyli słodowa część, całkiem ponad średnią, wyraźnie ciążąc w stronę pełnej. Żeby oddać sprawiedliwość ocenie należy wyraźnie zaznaczyć, że ów słód nazbyt skomplikowany nie jest, i niespecjalnie chce uchodzić za zbożowego erudytę. Przede wszystkim czujemy lekko przydymione, podpalane nuty i spopieloną kawę okraszoną śladową ilością gorzkiej czekolady. Trochę brakuje karmelizacji. Goryczka natomiast - jak przystało na gatunek - nad wyraz rozbujana i to ona raczy w tym specjale grać pierwsze skrzypce. Początkowo silnie kwaskowy akord świeżych igieł, pestkowego grapefruita i mniszka lekarskiego, finiszuje bardzo długo, dominując zdecydowanie nad słodem, tłamsząc go po prawdzie i przechodząc dodatkowo aromatyczny flirt z drewnianą nutą. Ta chmielowa hegemonia nieco przytłacza, zrzucając na biedne barki degustatora uciążliwy bagaż IBU. Wniosek: receptura wymaga doszlifowania i konsumenckiego zbalansowania (czytaj: ugładzenia).
Pod koniec - kiedy smak zaczyna przemawiać do nas już tylko wersalikami, spokojnie moglibyśmy przyjąć cios tępym narzędziem w sam środek czaszki, zapewne przy tym nie jęknąwszy. Dla miłośników bezwzględnych rewolwerowców przemierzających dzikie prerie może być uczta, dla koneserów klasycznych stoutów już niekoniecznie, choć hände hoch raczej nie zaliczą.
4.7 vol / B
środa, 21 sierpnia 2013
Senojo Vilniaus Tamsusis Su Prieskoniais
Litewskich smaków ciąg dalszy. Tym razem na tapecie mocne, ciemne piwo z przyprawami, które wydawałoby się - zważywszy na letnie miesiące - niespecjalnie nadaje się do degustacji. Czy stereotyp ciężkiego piwa uwarzonego z myślą ubarwienia, monotonnych długich zimowych wieczorów, ma umocowanie w rzeczywistości? Czy może dla każdego piwa ważna jest nie pora roku, a raczej nastrój i okoliczności spożycia? Zobaczmy.Kolor trunku aksamitnie czarny, piana do tego ciemna i niewielka, co absolutnie zrozumiałe przy tej zawartości alkoholu. Wysycenie także nie należy do najbardziej mocnych. Ot takie przyjemne dla oka, mało agresywne wizualnie piwo z klasyczną aparycją ciemniaka. Zapach co nieco rozbujany, zakręcił nawet w nosie. Mamy tutaj pomarańczę, cynamon, goździki, odrobinę imbiru - wprost nie można się oprzeć wrażeniu, że piwowar warząc ten specjał nie mógł opędzić się od świątecznego piernika. Całość okraszona czymś mocno charakterystycznym (ale o tym za chwilę), co w skrócie można nazwać gorzkimi ziołami.
Ciało piwne zaskakująco nieduże, piwo zdaję się być lekkie zważywszy na oczekiwania i parametry receptury - zarówno ekstrakt jak i zawartość alkoholu do najniższych nie należą. Z pewnością nie jest uciążliwe nawet w upalne dni, od biedy można zaspokoić nim pragnienie, choć z pewnością nie te cechy były pierwotnym zamysłem browaru. Smak dominują wspomniane przyprawy i nieodparte poczucie, że oto spożywamy piwny odpowiednik Kofoli. Miłośnikom czeskich produktów spożywczych, nie trzeba wyjaśniać o co chodzi, całej reszcie w skrócie przypomnę: Kofola to czeska odpowiedź na Coca-Colę, napój skrojony w amerykańskim stylu, z tym że oryginalnie uzupełniony ziołowym aromatem, produkowany nieprzerwanie od lat 60 ubiegłego wieku. Zarówno cena, jak i popularność stawia ten produkt w grupie napojów kultowych. Po tej małej dygresji wracam do Senojo Vilniaus Tamsusis. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że ktoś na Litwie zapatrzył się na popularny czeski napój, ale ziołowość charakterystyczna dla obu tych napojów wyraźnie jest bliźniacza. Finisz piwa niedługi i w nim dopiero wyczuwamy łagodną goryczkę, którą wcześniej niespecjalnie da się zauważyć, choćby ze względu na charakter gorzkich ziół.
Piwo ciemne i mocne, które można wypić w letni dzień, delektując się bukietem przypraw, zapachów i smaków zarezerwowanym świątecznym specjałom. Niby to już było, ale całkiem przyjemnie powtórzone. Niemniej jednak raczej jednorazowa przygoda, a dla eksperymentatora całkiem spora przestrzeń do eksploracji.
7.5 vol / B
czwartek, 18 kwietnia 2013
Tucher Dunkels Hefe Weizen (suplement)
Zawsze myślałem, że ciemny weizen to taka trochę fanaberia, usprawiedliwienie dla wstydliwych facetów gustujących w pszenicznych piwach. Wszak ten styl to raczej domena słabszej płci (choć zupełnie nie rozumiem tego stereotypu). Ciemniak pszeniczny jeszcze jakoś ujdzie w samczym towarzystwie i korzystając z tego alibi prawdziwy mężczyzna może raczyć się owocowymi aromatami. Jeśli jest to przedstawiciel wprost z Bawarii, z historycznego browaru, ujmy na honorze z pewnością nie będzie.
Po otwarciu mamy dominujący zapach bananów podbitych drożdżowym tłem. Ten zapach - trzeba to z przyjemnością oddać - jest całkowicie naturalny, w przeciwieństwie do co poniektórych braciszków trącących czasami nieco chemicznym profilem tego zacnego owocu. Kolor trunku wspaniały, mocnej herbaty z miodem (ta cecha z racji jednolitego zmętnienia, pięknie matowego), do tego piana drobnoziarnista, zbita i gęsta jak krem. Utrzymuje się przez cały czas, a jej złamana biel malarsko koreluje z teksturą.
Smak zdecydowanie archetypiczny. Wzorzec ciemnej pszenicy, jeśli gdzieś takowy istnieje, spokojnie mógłby zostać pomylony z Tucherem. Ciemny weizen różni się od jasnego większą treściwością (choć nie jest to reguła) i w tym przypadku owa pełnia została podkreślona choć nie do tego stopnia by zatracić immanentne dla tego stylu orzeźwienie. Najpierw słód - banany naturalne, nienachalne i zrównoważone, jakby piwowar dyskretnie trzymał je w cuglach. Potem goździki podkreślające lekko frywolny charakter i leniwe cytrusy - mocno okiełznane. Na koniec kremowa chlebowość drożdży i niewielka goryczka w finiszu. Jeśli szukać wad - to z pewnością ta szkolna układność i brak nuty szaleństwa. Dla niektórych trącić to będzie nudą, inni docenią stonowanie. Jak widać po ocenie, należę do tej drugiej grupy (co jest wynikiem chyba mojego odejścia od pszenic, jako stylu jednego z najbardziej ulubionych, w związku z czym poprawność staje się dla mnie kryterium pierwszorzędnym).
Pije się toto niesłychanie przyjemnie, odnosząc wrażenie obcowania z pierwszą liga stylu. Z kija smakuje jeszcze lepiej dlatego zachęcam do degustacji nie tylko fanów.
PS Dwa lata temu dokonałem degustacji tego piwa i moje doznania były podobne (tak jak i ocena), choć nie tak rozbudowane. Wydaje się, że polubiłem Tuchera.
5.2 vol / B+
Po otwarciu mamy dominujący zapach bananów podbitych drożdżowym tłem. Ten zapach - trzeba to z przyjemnością oddać - jest całkowicie naturalny, w przeciwieństwie do co poniektórych braciszków trącących czasami nieco chemicznym profilem tego zacnego owocu. Kolor trunku wspaniały, mocnej herbaty z miodem (ta cecha z racji jednolitego zmętnienia, pięknie matowego), do tego piana drobnoziarnista, zbita i gęsta jak krem. Utrzymuje się przez cały czas, a jej złamana biel malarsko koreluje z teksturą.
Smak zdecydowanie archetypiczny. Wzorzec ciemnej pszenicy, jeśli gdzieś takowy istnieje, spokojnie mógłby zostać pomylony z Tucherem. Ciemny weizen różni się od jasnego większą treściwością (choć nie jest to reguła) i w tym przypadku owa pełnia została podkreślona choć nie do tego stopnia by zatracić immanentne dla tego stylu orzeźwienie. Najpierw słód - banany naturalne, nienachalne i zrównoważone, jakby piwowar dyskretnie trzymał je w cuglach. Potem goździki podkreślające lekko frywolny charakter i leniwe cytrusy - mocno okiełznane. Na koniec kremowa chlebowość drożdży i niewielka goryczka w finiszu. Jeśli szukać wad - to z pewnością ta szkolna układność i brak nuty szaleństwa. Dla niektórych trącić to będzie nudą, inni docenią stonowanie. Jak widać po ocenie, należę do tej drugiej grupy (co jest wynikiem chyba mojego odejścia od pszenic, jako stylu jednego z najbardziej ulubionych, w związku z czym poprawność staje się dla mnie kryterium pierwszorzędnym).
Pije się toto niesłychanie przyjemnie, odnosząc wrażenie obcowania z pierwszą liga stylu. Z kija smakuje jeszcze lepiej dlatego zachęcam do degustacji nie tylko fanów.
PS Dwa lata temu dokonałem degustacji tego piwa i moje doznania były podobne (tak jak i ocena), choć nie tak rozbudowane. Wydaje się, że polubiłem Tuchera.
5.2 vol / B+
czwartek, 14 lutego 2013
Leffe Bruin
Jak się powiedziało "a" trzeba powiedzieć "n". Było Leffe Blonde, zatem Leffe Bruin nie może czekać. Belgijski przedstawiciel ciemnego strong ale kusi swoim tajemniczym, kolorem. Barwa ciemnej miedzi intryguje obserwatora, a grubopęcherzykowa piana w kremowym kolorze chroni płyn przed wścibskim okiem. Po przelaniu do szkła owładnęły mną belgijskie aromaty. intensywny karmel, zatopiony w orzechu delikatnie został otoczony alkoholowym ramieniem - trzeba przyznać że owa woń C2H5OH pasuje tutaj wybitnie. A do tego przez całość przebija zgrabnie zestawiona wiśnia, za którą osobiście mało przepadam, ale w tym przypadku stanowi ona nieodzowny element tej harmonii.
Jeśli jesteś zwolennikiem złożonych, aromatycznych smaków, rozsiądź się wygodnie i poddaj swoje zmysły miłemu łechtaniu. Mamy tutaj wybitnie głęboki słód, w którym nie chcą się ukrywać rozmaite składowe, raczej eksplodują nam w ustach, na języku i podniebieniu. Karmel, orzech, wiśnia, rodzynki, suszone śliwki. Mało? No to jeszcze nieco róży, śladowe ilości dymu, akcenty chlebowe i przyjemny pieprz na samym końcu. Cały ten piwowarski majdan podlany został alkoholową nutą, która tak łagodnie i sprawnie wypełnia tło, że można się w niej zakochać. Bo nie ma nic lepszego od powściągliwej kochanki roztaczającej czujne oko nad swoim ukochanym. Goryczka nienachalna, nie trzyma w kleszczowym uścisku, choć nie pozwala zbytnio słodowi popuścić wodzy. Finisz długi, jak wspomniałem nieco pieprzowy i winny. I choć zestawiono wszystko z myślą o koneserach - nie wyobrażam sobie takiej dbałości o detal przy innej grupie docelowej - to zwykły tudzież okazjonalny "pijacz" z lubością wychyli pokala, skrywając onieśmielenie na inną okazję. Uczta ma wszak swoje radosne prawa.
Leffe Bruin to zdecydowanie ciekawszy krewniak jasnego brata, a do tego gładki i niesamowicie pijalny, co przy takiej zawartości alkoholu szybko sprowadza na manowce. Jeśli ktoś chciałby doszukiwać się słabych stron piwa, może zarzucić mu nieco pestkową goryczkę, która nie stanowi problemu przy pierwszych - powiedzmy - dwóch kuflach. Potem może trochę nużyć. Leffe Bruin to wzorcowy przykład, jak komercyjny zarząd browaru nie tłamsi swoich podopiecznych i przede wszystkim klientów. Uszanujmy to, bo nie jest to zjawisko powszednie.
6.5 vol / A-
Jeśli jesteś zwolennikiem złożonych, aromatycznych smaków, rozsiądź się wygodnie i poddaj swoje zmysły miłemu łechtaniu. Mamy tutaj wybitnie głęboki słód, w którym nie chcą się ukrywać rozmaite składowe, raczej eksplodują nam w ustach, na języku i podniebieniu. Karmel, orzech, wiśnia, rodzynki, suszone śliwki. Mało? No to jeszcze nieco róży, śladowe ilości dymu, akcenty chlebowe i przyjemny pieprz na samym końcu. Cały ten piwowarski majdan podlany został alkoholową nutą, która tak łagodnie i sprawnie wypełnia tło, że można się w niej zakochać. Bo nie ma nic lepszego od powściągliwej kochanki roztaczającej czujne oko nad swoim ukochanym. Goryczka nienachalna, nie trzyma w kleszczowym uścisku, choć nie pozwala zbytnio słodowi popuścić wodzy. Finisz długi, jak wspomniałem nieco pieprzowy i winny. I choć zestawiono wszystko z myślą o koneserach - nie wyobrażam sobie takiej dbałości o detal przy innej grupie docelowej - to zwykły tudzież okazjonalny "pijacz" z lubością wychyli pokala, skrywając onieśmielenie na inną okazję. Uczta ma wszak swoje radosne prawa.
Leffe Bruin to zdecydowanie ciekawszy krewniak jasnego brata, a do tego gładki i niesamowicie pijalny, co przy takiej zawartości alkoholu szybko sprowadza na manowce. Jeśli ktoś chciałby doszukiwać się słabych stron piwa, może zarzucić mu nieco pestkową goryczkę, która nie stanowi problemu przy pierwszych - powiedzmy - dwóch kuflach. Potem może trochę nużyć. Leffe Bruin to wzorcowy przykład, jak komercyjny zarząd browaru nie tłamsi swoich podopiecznych i przede wszystkim klientów. Uszanujmy to, bo nie jest to zjawisko powszednie.
6.5 vol / A-
środa, 9 stycznia 2013
Feldschlößchen Urbock
Należący onegdaj do Carlsberga browar z Drezna wrócił do macierzy i znalazł się pod skrzydłami Frankfurter Brauhaus. Co to oznacza dla drezneńskiego przybytku? Chyba niespecjalnie wiele, bardziej świadczy o kryzysie wielkich w Europie.
Przede mną butelka z solidną niemiecką etykietą, niespecjalnie wyróżniająca się spośród tłumu niemieckich piw. Niemniej jednak postać czeladnika dzierżąca dwa pokaźne kufle w dłoni, w czerwonej koszuli z wyhaftowanym emblematem "f" na piersi, budzi sympatię. Urbock to wg definicji to mocniejsza wersja stylu bock, choć w tym przypadku nie do końca mamy do czynienia z normatywnym podejściem do tematu. Wszak z łatwością możemy wskazać koźlaki o podobnej zawartości alkoholu.
Kolor ciemnej miedzi połyskujący brązowymi blikami. Piana drobnoziarnista, niewysoka choć trwała skrywa toń trunku. W zapachu dominują estry owocowe - trochę śliwki, całkiem sporo wiśni do tego nuty karmelowe i delikatny kwasek alkoholu. Piwo jest pełne i kremowe, w połączeniu z pianą wydaje się syropem zwłaszcza, że słód tutaj dyskretnie dominuje, a goryczka stanowi jedynie dopełnienie harmonii. Karmelowe aromaty są głębokie, lekka spalenizna przedostaje się do finiszu i rywalizuje tam z goryczką, ale generalnie ten finisz przebiega mimochodem i dość leniwie. W słodzie swoją obecność sygnalizuje aromatyczna wiśnia, suszona śliwka, akcenty chleba razowego i winne tło. Czyni to z drezneńskiego specjału piwo wyraziste i dedykowane do degustacji deserowej, dajmy na to przy błyskającym ogniem kominku. Wychylenie kufla nie tylko wprawi cię w dobry humor (alkoholu trochę w tym jest), ale z pewnością dodatkowo wypełni żołądek dodatkową treścią , więc na niedosyt nie będziecie narzekać.
Jeśli degustujesz w mocnych, ciemnych piwach, ten urbock przypadnie ci do gustu, dla całej reszty będzie solidną propozycją, lecz - nie wykluczam - raczej jednorazową. Zasłużone B.
7.0 vol / B
Przede mną butelka z solidną niemiecką etykietą, niespecjalnie wyróżniająca się spośród tłumu niemieckich piw. Niemniej jednak postać czeladnika dzierżąca dwa pokaźne kufle w dłoni, w czerwonej koszuli z wyhaftowanym emblematem "f" na piersi, budzi sympatię. Urbock to wg definicji to mocniejsza wersja stylu bock, choć w tym przypadku nie do końca mamy do czynienia z normatywnym podejściem do tematu. Wszak z łatwością możemy wskazać koźlaki o podobnej zawartości alkoholu.
Kolor ciemnej miedzi połyskujący brązowymi blikami. Piana drobnoziarnista, niewysoka choć trwała skrywa toń trunku. W zapachu dominują estry owocowe - trochę śliwki, całkiem sporo wiśni do tego nuty karmelowe i delikatny kwasek alkoholu. Piwo jest pełne i kremowe, w połączeniu z pianą wydaje się syropem zwłaszcza, że słód tutaj dyskretnie dominuje, a goryczka stanowi jedynie dopełnienie harmonii. Karmelowe aromaty są głębokie, lekka spalenizna przedostaje się do finiszu i rywalizuje tam z goryczką, ale generalnie ten finisz przebiega mimochodem i dość leniwie. W słodzie swoją obecność sygnalizuje aromatyczna wiśnia, suszona śliwka, akcenty chleba razowego i winne tło. Czyni to z drezneńskiego specjału piwo wyraziste i dedykowane do degustacji deserowej, dajmy na to przy błyskającym ogniem kominku. Wychylenie kufla nie tylko wprawi cię w dobry humor (alkoholu trochę w tym jest), ale z pewnością dodatkowo wypełni żołądek dodatkową treścią , więc na niedosyt nie będziecie narzekać.
Jeśli degustujesz w mocnych, ciemnych piwach, ten urbock przypadnie ci do gustu, dla całej reszty będzie solidną propozycją, lecz - nie wykluczam - raczej jednorazową. Zasłużone B.
7.0 vol / B
niedziela, 11 listopada 2012
Freibergisch Bockbier
Piana przyjemnie szeleści, wtórując tańczącym liściom za oknem. Trochę sobie zaszeleściła i szybciutko opadła, ale zważywszy na wysoką zawartość alkoholu nie powinno to raczej dziwić. Kolor ciemnobursztynowy, płyn sklarowany nienagannie, wysycenie poniżej średniego. Zapach ubogi, rachityczny, minimalne aromaty słodowe, na doczepkę odrobina karmelu i tyle. Smak ciekawie zbalansowany czyni z tego trunku całkiem przyswajalny napitek, a przecież alkohol wyraźnie jest wyczuwalny, co jednak w niczym nie przeszkadza w degustacji. Właściwie uzupełnia on bukiet i nieźle wtóruje pozostałym komponentom. Na początek przede wszystkim słód, ale nuty palone tudzież karmelowe stanowią istotne tło dla słodowego spektrum, później łagodna ale głęboka goryczka finiszująca całkiem długo. Trochę owocowych i winnych śladów dopełnia całość i pomimo wszechobecnego alkoholu, nasz bock zdaje się lekki niczym piórko - no może będzie to raczej pióro, ale jednak. Nieczęsto spotyka się nuty alkoholowe, bez których piwo traciło by swoje zalety. W tym przypadku tak jest i nie wiem właściwie czy to wynik specyficznego nastroju, w którym wysokie procenty stanowią świetne dopełnienie dnia, czy to bezsprzeczny walor saksońskiego trunku. Pod koniec uwydatnia się karmelowa słodycz i całkiem miłe palone, nawet wypada zaryzykować stwierdzenie:palące, przypominające klasyczne brandy, aromaty.
Wypić więcej niż butelkę byłoby zdecydowanie trudno, w przypadku niektórych ustrojów stanowiłoby to nawet działanie zahaczające o szaleństwo i mogące zakończyć się rubasznym pośpiewywaniem zapomnianych szlagierów, ale jeśli szukasz czegoś zdecydowanego by zaakcentować jakąkolwiek okazję, a mocniejsze trunki nie leżą w twojej naturze, bockbier z Freiberga będzie adekwatny i wprowadzi cię w odpowiedni nastrój. Oczywiście nie jest to piwo wybitne, raczej wypadałoby go zaliczyć do tych napitków, które albo przypadną do gustu po pierwszym łyku, albo pozostawią po sobie wiele wątpliwości. Innymi słowy: polecam ale nie gwarantuję, że degustacja ta nie będzie jednorazowa.
6.7 vol / B
Wypić więcej niż butelkę byłoby zdecydowanie trudno, w przypadku niektórych ustrojów stanowiłoby to nawet działanie zahaczające o szaleństwo i mogące zakończyć się rubasznym pośpiewywaniem zapomnianych szlagierów, ale jeśli szukasz czegoś zdecydowanego by zaakcentować jakąkolwiek okazję, a mocniejsze trunki nie leżą w twojej naturze, bockbier z Freiberga będzie adekwatny i wprowadzi cię w odpowiedni nastrój. Oczywiście nie jest to piwo wybitne, raczej wypadałoby go zaliczyć do tych napitków, które albo przypadną do gustu po pierwszym łyku, albo pozostawią po sobie wiele wątpliwości. Innymi słowy: polecam ale nie gwarantuję, że degustacja ta nie będzie jednorazowa.
6.7 vol / B
środa, 31 października 2012
Black Hawk Nomad
Black Hawk Nomad to drugi przedstawiciel z czeskiego browaru kontraktowego, uwarzony w stylu ciemnej IPA i chmielony amerykańskimi chmielami. Mówiąc krótko stylowy oksymoron czyli Black AIPA. Z etykiety spoziera w naszym kierunku jastrząb jakby chciał oznajmić wszem i wobec, że nie będzie łatwo, a kompromisy to sobie wsadźcie w.... Ale czy może być inaczej jeśli ojcami chrzestnymi piwa są prascy gracze futbolu amerykańskiego?
Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się całkowicie czarny płyn z obfitą ,jasno brązową pianą, z całych sił oblepiających szkło i niesłychanie długo utrzymującą się na powierzchni. Zapach sosnowy, żywiczny i cytrusowy w czym zasługa chmielu Citra, Columbus i Centennial. 17- procentowy ekstrakt siłą rzeczy niesie ze sobą treściwość i jest to jedna z cech charakterystycznych piwa. Nie jest jednak ona męcząca, wydaje się świetnie równoważyć potężny chmiel, który piwowarzy zafundowali nam nie bacząc na jakiekolwiek utyskiwania. Róg chmielowej obfitości w początkowej fazie zdecydowanie dominuje, ale gdy pierwsze wrażenie opada, ujawniają się nam dodatkowe i trochę niespodziewane atuty - całkiem udana i pełna słodowość, z minimalną nutą palonego zboża. Jednak to oczywiście goryczka wiedzie zdecydowany prym, dudniąc na długo w bukiecie, atakując początkowo iglastym aromatem by niemal nieskończenie wybrzmiewać w twardym, męskim finiszu odnoszącym się wprost do grapefruitowych pestek. Przy okazji swojej sytości jest to trunek niezwykle pijalny - choć trudno nazwać go sesyjnym ze względu na wysoki voltaż podporządkowujący zmysły niemal po pierwszym łyku - mimo to bez zbędnego wysiłku kilku twardzielom uda się spędzić przy nim miłe popołudnie po przegranym meczu :).
Black Hawk to całkiem udana receptura, w całej swej istocie odwołująca się do jankeskiej stanowczości charakteryzującej tamtejszy chmiel i akcentująca kojące i rozleniwiające właściwości słodu. Porównując jastrzębia do swobodnego jeźdźca, drapieżnik wygrywa bezkompromisowością i surowością amerykańskich lasów porośniętych bezkreśnie sosnami, świerkami, czy też modrzewiami. Zazwyczaj łatwiej je przemierzyć na skrzydłach niż chopperem. Polecam koneserom męskich (jakże nie lubię tego zwrotu) trunków. Uwaga! co słabsze konstytucje mogą już po pierwszym kuflu oddać się błogiemu uspokojeniu, wywołanemu przez obezwładniający alkohol.
6.8 vol / B+
Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się całkowicie czarny płyn z obfitą ,jasno brązową pianą, z całych sił oblepiających szkło i niesłychanie długo utrzymującą się na powierzchni. Zapach sosnowy, żywiczny i cytrusowy w czym zasługa chmielu Citra, Columbus i Centennial. 17- procentowy ekstrakt siłą rzeczy niesie ze sobą treściwość i jest to jedna z cech charakterystycznych piwa. Nie jest jednak ona męcząca, wydaje się świetnie równoważyć potężny chmiel, który piwowarzy zafundowali nam nie bacząc na jakiekolwiek utyskiwania. Róg chmielowej obfitości w początkowej fazie zdecydowanie dominuje, ale gdy pierwsze wrażenie opada, ujawniają się nam dodatkowe i trochę niespodziewane atuty - całkiem udana i pełna słodowość, z minimalną nutą palonego zboża. Jednak to oczywiście goryczka wiedzie zdecydowany prym, dudniąc na długo w bukiecie, atakując początkowo iglastym aromatem by niemal nieskończenie wybrzmiewać w twardym, męskim finiszu odnoszącym się wprost do grapefruitowych pestek. Przy okazji swojej sytości jest to trunek niezwykle pijalny - choć trudno nazwać go sesyjnym ze względu na wysoki voltaż podporządkowujący zmysły niemal po pierwszym łyku - mimo to bez zbędnego wysiłku kilku twardzielom uda się spędzić przy nim miłe popołudnie po przegranym meczu :).
Black Hawk to całkiem udana receptura, w całej swej istocie odwołująca się do jankeskiej stanowczości charakteryzującej tamtejszy chmiel i akcentująca kojące i rozleniwiające właściwości słodu. Porównując jastrzębia do swobodnego jeźdźca, drapieżnik wygrywa bezkompromisowością i surowością amerykańskich lasów porośniętych bezkreśnie sosnami, świerkami, czy też modrzewiami. Zazwyczaj łatwiej je przemierzyć na skrzydłach niż chopperem. Polecam koneserom męskich (jakże nie lubię tego zwrotu) trunków. Uwaga! co słabsze konstytucje mogą już po pierwszym kuflu oddać się błogiemu uspokojeniu, wywołanemu przez obezwładniający alkohol.
6.8 vol / B+
sobota, 27 października 2012
Kolekcja Specjalności Książęcego
Nie mam w zwyczaju bazować jedynie na własnych odczuciach i doświadczeniach, szczególnie kiedy kwestia dotyczy ogólnie pojętej piwologii. Oczywiście staram się jednocześnie nie ulegać kolegom po piórze, tworząc raczej skromna kronikę mojego ritual de lo habitual niż busolę nastrojów i trendów codzienności. Nawyk konsumpcji spienionego specjału jest mój, więc i te wpisy odzwierciedlają raczej mapę jego ekspansji i reperkusji , a nie reakcję na opinie innych. Niemniej jednak, w przypływie skonfundowania zdarza mi się zerknąć do sieci by za pomocą guglowego ustrojstwa, wybadać co zacz. Szybka prasówka utwierdza mnie w przekonaniu, że już samo pisanie o akcji Kampanii, a także wprowadzenie jej nowych produktów do blogosfery powinno być sukcesem. Jest to oczywiście wynik odruchu wdzięczności, który w profesjonalnych relacjach nie powinien mieć miejsca. Ale my przecież jesteśmy jedynie pasjonatami wyposażonymi w ludzkie namiętności. Dlatego też możemy przez moment zaniżyć standardy i pochylić się nad trzema tyskimi muszkieterami by pomóc im wgramolić się w krąg naszych zainteresowań.
piątek, 26 października 2012
Polička Eliška
Eliska to typowe czeskie tmave pivo czyli - jak to w przypadku ciemnych piw - na dwoje babka wróżyła. Zawartość ekstraktu 13 procent, w składzie znajdziemy cukier, czyli przedstawiciel swojej rodziny w pełnej krasie.
Należy zaznaczyć że dzisiejszy bohater pochodzi z browaru, które w swoim katalogu oferuje niemal same znakomite piwa. Już taka rekomendacja powinna uspokoić początkowe obawy, choć jak wiadomo, każdemu zdarzają się słabe dni. Ale dość wspomnieć znakomite Hradebni , czy prawie dorównujące mu Zavis i przywołać wspaniałą słodowość tych przedstawicieli browaru z pardubickiego kraju by łaskawym okiem spojrzeć na Eliskę. Czy tmave będzie równie udane?
Kolor płynu, głęboko ciemny z wyraźnymi rubinowymi refleksami powstałymi w połączeniu z kontrastującym światłem. Zapach lekko karmelowy z tłem odrobinę rozpuszczalnikowym, ale nie nadającym całości tonu. Piana bardzo ładna, w kolorze ecru, utrzymuje się wyjątkowo długo.
Data przydatności do spożycia nie minęła i jeszcze daleko jej do tego, ale smak trunku wyraźnie nie pozostawia złudzeń - piwo częściowo skwaśniało i jego ocena nie może być obiektywna. Zważywszy na brak pasteryzacji, zaistniały stan rzeczy należałoby obarczyć nieprawidłowym przechowywaniem. No cóż, takie rzeczy przytrafiają się każdemu, nie warto rozdzierać szat, choć Eliska była łakomym kąskiem, zwłaszcza po całkiem przychylnych recenzjach w sieci. Jakiś kredyt zaufania jej się jednak należy i z tego co jest spróbuję stworzyć choćby zarys tego co było.
Nawet w tym stanie można tutaj wyczuć aromatyczny karmel, owocowe tło z lekką kawową nutą i wyraźną dawkę klasycznej czeskiej goryczki. Finisz długi i chmielowy stanowi duży atut tego piwa. Trudno pokusić się o określenie ogólnego charakteru, choć wypada wnioskować z gładkości i aksamitności, że jest to piwo orzeźwiające (szkoda, że wyczucie tej cechy zaburzył kwaśny posmak). Natomiast z całą stanowczością zaznaczam, że słodkość stanowi tu jedynie element bukietu, ustępującą wytrawności. Eliska jest więc piwem stosunkowo lekkim jak na swoje parametry wyjściowe i śmiało można ją zaliczyć do piw udanych. W jakim stopniu? Trudno mi zawyrokować, ale z pewnością będę wypatrywał tego specjału na sklepowych półkach by uzupełnić recenzję o garść faktów, a nie domniemań.
5.8 vol
Należy zaznaczyć że dzisiejszy bohater pochodzi z browaru, które w swoim katalogu oferuje niemal same znakomite piwa. Już taka rekomendacja powinna uspokoić początkowe obawy, choć jak wiadomo, każdemu zdarzają się słabe dni. Ale dość wspomnieć znakomite Hradebni , czy prawie dorównujące mu Zavis i przywołać wspaniałą słodowość tych przedstawicieli browaru z pardubickiego kraju by łaskawym okiem spojrzeć na Eliskę. Czy tmave będzie równie udane?
Kolor płynu, głęboko ciemny z wyraźnymi rubinowymi refleksami powstałymi w połączeniu z kontrastującym światłem. Zapach lekko karmelowy z tłem odrobinę rozpuszczalnikowym, ale nie nadającym całości tonu. Piana bardzo ładna, w kolorze ecru, utrzymuje się wyjątkowo długo.
Data przydatności do spożycia nie minęła i jeszcze daleko jej do tego, ale smak trunku wyraźnie nie pozostawia złudzeń - piwo częściowo skwaśniało i jego ocena nie może być obiektywna. Zważywszy na brak pasteryzacji, zaistniały stan rzeczy należałoby obarczyć nieprawidłowym przechowywaniem. No cóż, takie rzeczy przytrafiają się każdemu, nie warto rozdzierać szat, choć Eliska była łakomym kąskiem, zwłaszcza po całkiem przychylnych recenzjach w sieci. Jakiś kredyt zaufania jej się jednak należy i z tego co jest spróbuję stworzyć choćby zarys tego co było.
![]() |
| Ciekawsza wersja etykiety |
Nawet w tym stanie można tutaj wyczuć aromatyczny karmel, owocowe tło z lekką kawową nutą i wyraźną dawkę klasycznej czeskiej goryczki. Finisz długi i chmielowy stanowi duży atut tego piwa. Trudno pokusić się o określenie ogólnego charakteru, choć wypada wnioskować z gładkości i aksamitności, że jest to piwo orzeźwiające (szkoda, że wyczucie tej cechy zaburzył kwaśny posmak). Natomiast z całą stanowczością zaznaczam, że słodkość stanowi tu jedynie element bukietu, ustępującą wytrawności. Eliska jest więc piwem stosunkowo lekkim jak na swoje parametry wyjściowe i śmiało można ją zaliczyć do piw udanych. W jakim stopniu? Trudno mi zawyrokować, ale z pewnością będę wypatrywał tego specjału na sklepowych półkach by uzupełnić recenzję o garść faktów, a nie domniemań.
5.8 vol
wtorek, 9 października 2012
Falkon Milk Stout
Na etykiecie czarna krowa wywala czerwony język i trzeba przyznać, że w przypadku tego piwa oprawa Falkona znacznie wyprzedza nieco uproszczony wzór innego piwa z repertuaru browaru (AIPA opisana tutaj). Po przelaniu do kufla naszym oczom ukazuje się czarny płyn, w którego toni zanika wszelkie światło. Nie jest to piwna czarna dziura, lecz metafora jednolitej barwy, chociaż chciałoby się czasami w takiej kosmicznej awanturze zatopić zmysły oszołomione niebywałym aromatem. W tym przypadku raczej nam to nie grozi, choć bukiet dobywający się do nozdrzy zapowiada interesujące kilka minut. Karmelowa nuta jest przyjemnie łagodna i z lubością wciąga się ją raz po raz, ponadto da się wyczuć smak toffi i kawy rozbielonej kremową smietanką. Piany niestety jak na lekarstwo, jakby zniknęła wraz z światłem w głębi czarnego napitku. Rachityczne wzory pojawiające się na szkle to jedyne co świadczy o jej istnieniu, ale oprócz tego ze świecą szukać rasowego zwieńczenia trunku.
Piwo znakomicie wpisuje się w spokojny wieczór, podczas którego zamierzamy trochę pomedytować nad książką lub filmem. W knajpie degustacja też powinna wypaść całkiem przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubimy chłonąć atmosferę starych drewnianych wnętrz owianych zapomnianym zapachem fajki. A jeśli jesteście amatorami ciemnych wyspiarskich stylów, to spędzicie przy tym specjale nawet dłuższe posiedzenie. Niemniej jednak piwo przeznaczono raczej do degustacji niż masowego spożycia.
W pierwszej chwili uderza aksamitna karmelowość, w której pobrzmiewa kwasek balansujący na granicy kwaśności, ale o dziwo ten balans podkreśla pojawiającą się w następnej chwili łagodną choć bardzo długo wybrzmiewającą goryczkę, która w finiszu rozkosznie czaruje podniebienie. Finisz zatem radośniedługi, nieagresywnie zapadający w pamięć. Tym wrażeniom chwilami towarzyszy jakby waniliowe tło będące zwieńczeniem całości. Ekstrakt Falkona to niemal 16 procent, a zawartość alkoholu 6.5 procenta, lecz gdybym nie widział etykiety, trudno by mi było uwierzyć zarówno w tak wysoki ekstrakt, jak i dość sporą zawartość voltów. Im płynu w kuflu ubywa tym więcej chce się go spróbować, ale pojawia się także lekki szum świadczący o niezłym kamuflażu mocy. Niby spokojne, wieczorowe piwo dla zagubionych dusz, ale po czasie ujawnia swój zadziorny pazur. Powinno być B+, ale ze względu na brak piany... W porządku, nie bądźmy pryncypialni.
6.5 vol / B+
Piwo znakomicie wpisuje się w spokojny wieczór, podczas którego zamierzamy trochę pomedytować nad książką lub filmem. W knajpie degustacja też powinna wypaść całkiem przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubimy chłonąć atmosferę starych drewnianych wnętrz owianych zapomnianym zapachem fajki. A jeśli jesteście amatorami ciemnych wyspiarskich stylów, to spędzicie przy tym specjale nawet dłuższe posiedzenie. Niemniej jednak piwo przeznaczono raczej do degustacji niż masowego spożycia.
W pierwszej chwili uderza aksamitna karmelowość, w której pobrzmiewa kwasek balansujący na granicy kwaśności, ale o dziwo ten balans podkreśla pojawiającą się w następnej chwili łagodną choć bardzo długo wybrzmiewającą goryczkę, która w finiszu rozkosznie czaruje podniebienie. Finisz zatem radośniedługi, nieagresywnie zapadający w pamięć. Tym wrażeniom chwilami towarzyszy jakby waniliowe tło będące zwieńczeniem całości. Ekstrakt Falkona to niemal 16 procent, a zawartość alkoholu 6.5 procenta, lecz gdybym nie widział etykiety, trudno by mi było uwierzyć zarówno w tak wysoki ekstrakt, jak i dość sporą zawartość voltów. Im płynu w kuflu ubywa tym więcej chce się go spróbować, ale pojawia się także lekki szum świadczący o niezłym kamuflażu mocy. Niby spokojne, wieczorowe piwo dla zagubionych dusz, ale po czasie ujawnia swój zadziorny pazur. Powinno być B+, ale ze względu na brak piany... W porządku, nie bądźmy pryncypialni.
6.5 vol / B+
wtorek, 2 października 2012
Cerna Hora Granat
Właśnie zjadłem kostkę czekolady i natychmiast otworzyłem piwo, najbliższe pod ręką. Ojej! To tmavy leżak Cernej Hory. Czy mam się obawiać lekkich perturbacji smakowych i przekłamań podniebienia w odbiorze tego "ciemniaka"? Zanim rozpocznę degustację celebruję chwilę nalewania i odwlekam zmoczenie ust, by dać wybrzmieć smakołykowi. Równocześnie staram się ocenić etykietę. Stylistyka trochę chaotycznie nawiązuje do tradycji art deco, wykrój papieru osadzono w rycersko-heraldycznym fasonie. Kolorystyka nieźle zestawiona, a ukośna szarfa z nazwą browaru łamie zbyt uproszczoną symetrię. Zawsze lubiłem logo browaru z siedmioma ostrymi szczytami strzelającymi ku niebiosom i ze szczególnym sentymentem darzyłem także jego kapsle. Szkoda, że ta symbolika najlepiej wykorzystana została tylko na krawatce. Pomimo tych zastrzeżeń design Cernej Hory z pewnością wyróżnia jej produkty na półce - nie sposób je przeoczyć.
Wsadzamy nos tuż nad powierzchnię piwa. Zapach chlebowo-zbożowy uzupełniony lekko przypalanym tłem. Kolor czarny jak noc w nowiu, piana porządna i apetycznie kremowa. Trochę tego mało i zbyt mało intensywne, nie wróży najlepiej, ale przecież zapach to tylko jeden z elementów składowych całości. Dajmy szansę następnym. Niestety... Smak raczej ubogi, dryfujący w kierunku rozwodnionym. Z pewnością nie można mu zarzucić przyciężkawej atmosfery - z premedytacją jest to trunek lekki i orzeźwiający, a osiągnięta wytrawność skutecznie podbija te odczucia. Na pierwszym planie palony słód (to bardziej precyzyjne określenie niż "karmelowy słód", który w tym przypadku byłby nadużyciem), do niego równa trochę zbyt intensywny kwasek, by suma summarum wydobyć z tego związku pewną chłodną cierpkość. Z tym wrażeniem stara się trochę koślawie rywalizować goryczka. I choć nie jest zbyt głęboka, narzuca się niczym agent ubezpieczeniowy stojący w przedsionku. Ta kombinacja niewielu smaków tworzy cały bukiet, który nachalnie atakuje podniebienie. W finiszu można śladowo wyczuć kawowe smaki. Pod koniec kwasek zaczyna się "starzeć" i przemienia się w kwaśność, która do przyjemnych już nie należy.
Rekapitulując: Granat to raczej tylko jednorazowa eskapada, a podróż z nim w krainę aromatów nie można zaliczyć do udanych. Zawodzi jak wakacje w egzotycznych krajach organizowane przez bankrutujące biuro podróży. Niby jest przyjemnie, ale jak stamtąd wrócimy?
Pivovar Cerna Hora ma w swoim katalogu wiele odmian piw i choć zdarzają mu się perełki, nie zawsze udaje mu się utrzymać wysoki poziom. W tym przypadku mamy tego wyraźne potwierdzenie. A kto oczekiwał czegoś w dobrym guście będzie musiał obejść się smakiem.
4.5 vol / C+
Wsadzamy nos tuż nad powierzchnię piwa. Zapach chlebowo-zbożowy uzupełniony lekko przypalanym tłem. Kolor czarny jak noc w nowiu, piana porządna i apetycznie kremowa. Trochę tego mało i zbyt mało intensywne, nie wróży najlepiej, ale przecież zapach to tylko jeden z elementów składowych całości. Dajmy szansę następnym. Niestety... Smak raczej ubogi, dryfujący w kierunku rozwodnionym. Z pewnością nie można mu zarzucić przyciężkawej atmosfery - z premedytacją jest to trunek lekki i orzeźwiający, a osiągnięta wytrawność skutecznie podbija te odczucia. Na pierwszym planie palony słód (to bardziej precyzyjne określenie niż "karmelowy słód", który w tym przypadku byłby nadużyciem), do niego równa trochę zbyt intensywny kwasek, by suma summarum wydobyć z tego związku pewną chłodną cierpkość. Z tym wrażeniem stara się trochę koślawie rywalizować goryczka. I choć nie jest zbyt głęboka, narzuca się niczym agent ubezpieczeniowy stojący w przedsionku. Ta kombinacja niewielu smaków tworzy cały bukiet, który nachalnie atakuje podniebienie. W finiszu można śladowo wyczuć kawowe smaki. Pod koniec kwasek zaczyna się "starzeć" i przemienia się w kwaśność, która do przyjemnych już nie należy.
Rekapitulując: Granat to raczej tylko jednorazowa eskapada, a podróż z nim w krainę aromatów nie można zaliczyć do udanych. Zawodzi jak wakacje w egzotycznych krajach organizowane przez bankrutujące biuro podróży. Niby jest przyjemnie, ale jak stamtąd wrócimy?
![]() |
| Zabudowania browaru i to co najprzyjemniejsze - fermentacja |
Pivovar Cerna Hora ma w swoim katalogu wiele odmian piw i choć zdarzają mu się perełki, nie zawsze udaje mu się utrzymać wysoki poziom. W tym przypadku mamy tego wyraźne potwierdzenie. A kto oczekiwał czegoś w dobrym guście będzie musiał obejść się smakiem.
4.5 vol / C+
wtorek, 18 września 2012
Freibergisch Schwarz Bier
Saksoński szwarc nie zachwyca. Począwszy od niezbyt wyszukanej etykiety, na przeciętnym smaku skończywszy. Kolor piwa jest niemal czarny, ale smołowatości tutaj nie ma. Wysycenie poprawne, piana natomiast niewielka i dość szybko opada. Zapach rozczarowuje - minimalne ślady karmelowe i kwaskowe nuty to zbyt mało by można było ten aromat nazwać czy więcej niż tym, że jest. Lekko przytłumiony zapachami kuchennymi nos, ledwo wyczuje jakąkolwiek woń dobywającą się z kufla.
Smak nie może zachwycić, ale także nie odstręcza. Ot, leciutka, choć całkiem przyjemna goryczka, leciutki słód karmelowy odrobina kwasku i tyle. Finisz krótki ale za to aromatyczny, zbudowany na chmielowej esencji. Całość wyraźnie wodnista, brakuje jej jakiegoś charakteru, jakby co właśnie jakiś podlotek stawiał pierwsze kroki na salonach. Nie ma tutaj posmaków, nie ma niedoróbek, ale jest zwykły nudno-przeciętny niemiecki "ciemniak". Owszem, od biedy, można go nazwać sesyjnym piwem, bo z uwagi na wyraźną przezroczystość można go będzie wypić w dużych ilościach, ale nie jest to zbyt duże pocieszenie dla właścicieli bardziej wyszukanych podniebień.
Freiberg, miejscowość rodzina Schwarz Biera, leży na południowy zachód od Drezna, mniej więcej w połowie drogi do Chemnitz. Jeśli kiedyś będziecie przemierzać te saksońskie podwórka, wstąpcie na jednego Freibergischa - może z kufla będzie bardziej szlachetny.
4.9 vol / B-
Smak nie może zachwycić, ale także nie odstręcza. Ot, leciutka, choć całkiem przyjemna goryczka, leciutki słód karmelowy odrobina kwasku i tyle. Finisz krótki ale za to aromatyczny, zbudowany na chmielowej esencji. Całość wyraźnie wodnista, brakuje jej jakiegoś charakteru, jakby co właśnie jakiś podlotek stawiał pierwsze kroki na salonach. Nie ma tutaj posmaków, nie ma niedoróbek, ale jest zwykły nudno-przeciętny niemiecki "ciemniak". Owszem, od biedy, można go nazwać sesyjnym piwem, bo z uwagi na wyraźną przezroczystość można go będzie wypić w dużych ilościach, ale nie jest to zbyt duże pocieszenie dla właścicieli bardziej wyszukanych podniebień.
Freiberg, miejscowość rodzina Schwarz Biera, leży na południowy zachód od Drezna, mniej więcej w połowie drogi do Chemnitz. Jeśli kiedyś będziecie przemierzać te saksońskie podwórka, wstąpcie na jednego Freibergischa - może z kufla będzie bardziej szlachetny.
4.9 vol / B-
wtorek, 11 września 2012
St. M Dunkel
Gwoli wprowadzenia. St. Marienthaler Klosterbräu to marka piwa klasztornego, którego recepturę oficjalnie zakontraktował browar z Eibau. Jak zdążycie się zorientować produkty Eibauer już chwaliłem na tym blogu, a dzisiejszy zdumiewająco podobnie jak poprzedni wyłamuje się ze stylu, który reprezentuje.
Przyjemny zapach zbożowo-chlebowy dopełniają kwaskowe nuty i karmelowe tło. Płyn zdecydowanie klarowny, w kolorze bardzo ciemnego bursztynu. W każdym razie nie jest to z pewnością smoła. Piana składa się z bardzo drobnych pęcherzyków i swobodnie pływa w formie pierzynki o grubości jednego palca. Należy dodać że ma wspaniały i nieczęsty kolor złamanej beżem bieli, przy czym to złamanie jest zaledwie minimalne. Do tego pierwszorzędna kremowość piany zachęca do degustacji.
Dunkel od St. Marienthaler Klosterbräu jest orzeźwiajacy i jesli brać nazwę do serca, jest to piwo ciemne nietypowe. Świetnie zestawiony słód z lekką goryczką zawiera niespecjalnie wiele karmelowych nut. Są one jakby dopełnieniem słodowości jako takiej, ale nie dominują. Znacznie bardziej wyczuwam tutaj akcenty chlebowe, jakby ten dunkel był bliskim krewnym kellerbierów. Do tego należy wyróżnić ciekawe, owocowe tło i ożywczą kwaskowość. Finisz średnio-długi z wyraźnie dominującym tutaj chmielem goryczkowym.
St. M to niezłe piwo sesyjne, którym trudno pogardzić przy posiłkach czy biesiadach. Powinno ono przypaść do gustu zarówno amatorom "ciemnego" (ale nie fanatykom), jak i traktujących ten styl z lekką rezerwą (jak np. ja ostatnimi czasy). Często w tym blogu, przy okazji piw ciemnych, korzystałem z formuły "dobra alternatywa dla pilznera", która w tym przypadku wydaje się, ze została wymyślona dla tego specjału saksońskiego browaru. Oczywiście puryści i dogmatycy będą kręcić nosem, zarzucając - choć uczciwie należałoby im przyznać rację - nazbyt woluntarystyczne podejście do stylu. Jak dla mnie nawet B+, choć obiektywnie powinno być B.
5.0 vol / B+
Przyjemny zapach zbożowo-chlebowy dopełniają kwaskowe nuty i karmelowe tło. Płyn zdecydowanie klarowny, w kolorze bardzo ciemnego bursztynu. W każdym razie nie jest to z pewnością smoła. Piana składa się z bardzo drobnych pęcherzyków i swobodnie pływa w formie pierzynki o grubości jednego palca. Należy dodać że ma wspaniały i nieczęsty kolor złamanej beżem bieli, przy czym to złamanie jest zaledwie minimalne. Do tego pierwszorzędna kremowość piany zachęca do degustacji.
Dunkel od St. Marienthaler Klosterbräu jest orzeźwiajacy i jesli brać nazwę do serca, jest to piwo ciemne nietypowe. Świetnie zestawiony słód z lekką goryczką zawiera niespecjalnie wiele karmelowych nut. Są one jakby dopełnieniem słodowości jako takiej, ale nie dominują. Znacznie bardziej wyczuwam tutaj akcenty chlebowe, jakby ten dunkel był bliskim krewnym kellerbierów. Do tego należy wyróżnić ciekawe, owocowe tło i ożywczą kwaskowość. Finisz średnio-długi z wyraźnie dominującym tutaj chmielem goryczkowym.
St. M to niezłe piwo sesyjne, którym trudno pogardzić przy posiłkach czy biesiadach. Powinno ono przypaść do gustu zarówno amatorom "ciemnego" (ale nie fanatykom), jak i traktujących ten styl z lekką rezerwą (jak np. ja ostatnimi czasy). Często w tym blogu, przy okazji piw ciemnych, korzystałem z formuły "dobra alternatywa dla pilznera", która w tym przypadku wydaje się, ze została wymyślona dla tego specjału saksońskiego browaru. Oczywiście puryści i dogmatycy będą kręcić nosem, zarzucając - choć uczciwie należałoby im przyznać rację - nazbyt woluntarystyczne podejście do stylu. Jak dla mnie nawet B+, choć obiektywnie powinno być B.
5.0 vol / B+
wtorek, 4 września 2012
Eibauer Schwarzbier
Nieczęsto się zdarza by ciemne piwo było orzeźwiające, a właśnie taki trunek przyszło mi dzisiaj opisywać. Oczywiście nie jest to jakaś niebywała okoliczność, ale niewielka wyjątkowość już owszem. Piwo po otwarciu roztacza wokół przyjemną chmielową woń minimalnie podbitą słodowymi aromatami. Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się niemal czarny płyn, który w zachodzącym słońcu (niestety koniec lata...) spokojnie błyska rubinowymi refleksami. Na powierzchni pojawia się kremowa piana, która lubi swoją obecność w szkle, bo niemal przez cały czas swobodnie sobie pływa. Wysycenie raczej średnie.
Smak ciemnego piwa niemal za każdym razem zaskakuje. Intensywność palonych słodów, których się spodziewasz w bukiecie, może mieć różnoraką intensywność, konfiguracja karmelowych nut w kontrze do goryczki jest dość dużym polem popisu dla piwowarów. Eibauer przyjemnie i filuternie uwodzi. Słodycz jest niewielka, palone aromaty nie dominują, goryczka całkiem przyjemna, która ponadto pobrzmiewa w długim finiszu. Słód całkiem przyjemny, nawet pewna chlebowość się odzywa. Całość dopełnia kwasek i minimalna ziołowość, a wszystko zatopione w smacznej wodzie. Trunek przez swoje świetne zbalansowanie śmiało może zastąpić pilznera w ciepłe dni, a i nie trudno sobie wyobrazić spędzenie przy nim długiego wieczoru w czasie letniej biesiady.
Nie jest to piwo wybitne, ale najzwyczajniej w świecie solidne i wzorcowe, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Szukając bezpiecznego "ciemniaka" do degustacji, możecie spokojnie zaufać temu saksońskiemu specjałowi.
4.5 vol / B+
Smak ciemnego piwa niemal za każdym razem zaskakuje. Intensywność palonych słodów, których się spodziewasz w bukiecie, może mieć różnoraką intensywność, konfiguracja karmelowych nut w kontrze do goryczki jest dość dużym polem popisu dla piwowarów. Eibauer przyjemnie i filuternie uwodzi. Słodycz jest niewielka, palone aromaty nie dominują, goryczka całkiem przyjemna, która ponadto pobrzmiewa w długim finiszu. Słód całkiem przyjemny, nawet pewna chlebowość się odzywa. Całość dopełnia kwasek i minimalna ziołowość, a wszystko zatopione w smacznej wodzie. Trunek przez swoje świetne zbalansowanie śmiało może zastąpić pilznera w ciepłe dni, a i nie trudno sobie wyobrazić spędzenie przy nim długiego wieczoru w czasie letniej biesiady.
![]() |
| Stara pocztówka przedstawiająca browar w Eibau |
Nie jest to piwo wybitne, ale najzwyczajniej w świecie solidne i wzorcowe, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Szukając bezpiecznego "ciemniaka" do degustacji, możecie spokojnie zaufać temu saksońskiemu specjałowi.
4.5 vol / B+
sobota, 25 sierpnia 2012
Krakonoš Tmavé Vyčepni Pivo
Kolejny specjał z Trutnova. Krakonos tym razem prezentuje nam tmavą desitkę. Po otwarciu butelki, degustacja zaczyna się całkiem nieźle. Piana wychodzi niemal ze szkła, zapach przyjemnie pobudza zmysł węchu. Wyczuć wyraźnie można bardzo łagodny i słodkawy aromat palonego słodu, do tego nuty chmielowe i śladowy kwasek. Po przelaniu do kufla pojawia się piana w kolorze ecru, która o dziwo utrzymuje się długo w formie półcentymetrowej kołderki. Kolor ciemnobrązowy, jak na tmave piwo nie należy on do ekstremalnych, raczej ująłbym to w dwóch słowach: "ciemność zaznaczona".
Pierwszy łyk i pozytywny opis sam ciśnie się na usta. Głęboka goryczka podkreślona palonym słodem dominuje w całej rozciągłości. Dla równowagi pojawiają się karmelowe nuty, ale raczej w dalekim tle. Lekki kwasek przyjemnie szczypie w język. Piwo z Trutnova okazuje się świetną propozycją na upalne dni oraz jako dopełnienie posiłków. W tym względzie stanowi rzeczywistą alternatywę dla stworzonych do tego celu klasycznych jasnych pilznerów. Bez najmniejszego wahania poleciłbym ją znudzonemu łykaczowi jasnych z pianką. A i dla degustatora znajdzie się tutaj kilka przyjemnych, niezapomnianych chwil. Po zastanowieniu muszę przyznać obiektywnie (odrzucając na moment moje nabyte ostatnimi czasy i niewytłumaczalne uprzedzenie do piw ciemnych), że jest to jeden z najlepszych czeskich "ciemniaków". Dla amatorów piw tego gatunku, chcących umiejscowić Krakonosa na skali ocen, mogą to być okolice A. Dla całej reszty B+ wydaje się oceną wyjściową.
3.9 vol / B+
Pierwszy łyk i pozytywny opis sam ciśnie się na usta. Głęboka goryczka podkreślona palonym słodem dominuje w całej rozciągłości. Dla równowagi pojawiają się karmelowe nuty, ale raczej w dalekim tle. Lekki kwasek przyjemnie szczypie w język. Piwo z Trutnova okazuje się świetną propozycją na upalne dni oraz jako dopełnienie posiłków. W tym względzie stanowi rzeczywistą alternatywę dla stworzonych do tego celu klasycznych jasnych pilznerów. Bez najmniejszego wahania poleciłbym ją znudzonemu łykaczowi jasnych z pianką. A i dla degustatora znajdzie się tutaj kilka przyjemnych, niezapomnianych chwil. Po zastanowieniu muszę przyznać obiektywnie (odrzucając na moment moje nabyte ostatnimi czasy i niewytłumaczalne uprzedzenie do piw ciemnych), że jest to jeden z najlepszych czeskich "ciemniaków". Dla amatorów piw tego gatunku, chcących umiejscowić Krakonosa na skali ocen, mogą to być okolice A. Dla całej reszty B+ wydaje się oceną wyjściową.
3.9 vol / B+
sobota, 28 lipca 2012
Butautu Dvaro Bravoro Tamsus Alus
Litewski specjał zaskakuje niecodziennym zapachem. Wyraźnie wyczuwalny karmel i kwasek podbijający wrażenia, do tego - nadające charakteru - nuty wędzonego słodu. Wysycenie trunku rachityczne, piana niewielka, niemal mizerna, za to kolor rekompensuje wrażenia wizualne. Piękna rubinowa toń błyskająca miedzianymi refleksami, prezentuje się pięknie w letnim słońcu. Po pierwszym łyku kolejne zaskoczenie, piwo jest niemal słodkie, lecz czająca się w odwodzie goryczka szybko niweluje to nie zawsze miłe i pożądane w tym typie alkoholi, wrażenie. Zatem skarmelizowany słód aromatycznie uderza w kubki smakowe i zostaje niemal natychmiast okiełznany przez głęboką goryczkę, która dodatkowo długo pobrzmiewa w finiszu. Jednak ta pierwsza salwa słodkości pozostaje w głowie, a trunek będzie się nam już zawsze jawił jako słodki i jednocześnie niemęczący. Warto odnotować, że w słodzie da się wyczuć winne aromaty, suszone śliwki, a nawet - przy odrobinie wyobraźni - suszone grzyby! W końcu Butautu pochodzi z Litwy, a korzenie lesistego zakątka Europy do czegoś zobowiązują. Nie jest to piwo do spożycia sesyjnego, raczej do degustacji, na deser lub jesienne ognisko, niemniej jednak trudno oprzeć się jego sympatycznemu urokowi.
Na polskiej etykiecie odnotowano, iż piwo które właśnie zakupiliśmy to pszeniczniak co można zrzucić na karb ignorancji, błędu drukarskiego lub po prostu ironicznemu tudzież humorystycznemu nastrojowi importera. W każdym razie nie należy obdarzać zbytnim zaufaniem wszystkiego co wydrukowane na etykiecie. A może po prostu importer wybiera na chybił trafił marki sprowadzanych piw i w takiż sposób je oznacza?
5.5 vol / B+
Na polskiej etykiecie odnotowano, iż piwo które właśnie zakupiliśmy to pszeniczniak co można zrzucić na karb ignorancji, błędu drukarskiego lub po prostu ironicznemu tudzież humorystycznemu nastrojowi importera. W każdym razie nie należy obdarzać zbytnim zaufaniem wszystkiego co wydrukowane na etykiecie. A może po prostu importer wybiera na chybił trafił marki sprowadzanych piw i w takiż sposób je oznacza?
5.5 vol / B+
czwartek, 5 lipca 2012
Kloster Scheyern Export Dunkel
Upał potrafi człowiekowi nieźle zamieszać w głowie. Do obiadu wypijasz lekką, czeską "dziesiątkę" i nawet nie czujesz różnicy. Pęcherz ignoruje pół litra ponadplanowego płynu, a ty ciągle zachodzisz w głowę dlaczego to piwo ma taka zgodną do skwaru temperaturę? czyżby lodówka ledwo przędła, marnie sobie radząc z taką aurą? A wieczorem słońce zachodzi, a ty odczuwasz jeszcze większy dyskomfort - ulgi niemal nie ma i sięgasz znowu po zimny trunek i w przypływie lekkiego szaleństwa otwierasz piwo dunkel. Ciemniak na upały? Stało się.
Najpierw w nozdrza uderza niesamowity zapach karmelu lekko podbarwiony miodem gryczanym. Zapowiada się nieźle, choć w tych okolicznościach przyrody raczej to nie licuje. Piana krótkotrwała, wysycenie rachityczne. Kolor jak na dunkela nieco nieśmiały. Mamy wprawdzie brąz, ale dość to wszystko klarowne i bez trudu dostrzec można własne palce po drugiej stronie pokala. Smak świetnie ułożony. Początkowo głęboki słód z karmelowym tłem, następnie do głosu dochodzą delikatne kwaskowe nuty, a na koniec niewielka goryczka dopełnia ucztę. Finisz długi i gorzkawy, nieco orzechowy. Oczywiście nie jest to piwo na upały - mistrzem orzeźwienia być nie może, jednak dramatu zasuszenia nie ma. Nawet w taki dzień znakomicie się przyjmuje, domniemywać więc należy, ze w czasie jesiennego wieczoru, podniebienia degustatora choć przez chwilę doświadczy rajskiej perfekcji. Może to zasługa benedyktyńskiej receptury? Dla wierzących może to być sedno sprawy :). Dla amatorów ciemnego z pianką - może zdarzyć się nawet A-, dla całej reszty zasłużone i mocne B+.
5.4 vol / B+
Najpierw w nozdrza uderza niesamowity zapach karmelu lekko podbarwiony miodem gryczanym. Zapowiada się nieźle, choć w tych okolicznościach przyrody raczej to nie licuje. Piana krótkotrwała, wysycenie rachityczne. Kolor jak na dunkela nieco nieśmiały. Mamy wprawdzie brąz, ale dość to wszystko klarowne i bez trudu dostrzec można własne palce po drugiej stronie pokala. Smak świetnie ułożony. Początkowo głęboki słód z karmelowym tłem, następnie do głosu dochodzą delikatne kwaskowe nuty, a na koniec niewielka goryczka dopełnia ucztę. Finisz długi i gorzkawy, nieco orzechowy. Oczywiście nie jest to piwo na upały - mistrzem orzeźwienia być nie może, jednak dramatu zasuszenia nie ma. Nawet w taki dzień znakomicie się przyjmuje, domniemywać więc należy, ze w czasie jesiennego wieczoru, podniebienia degustatora choć przez chwilę doświadczy rajskiej perfekcji. Może to zasługa benedyktyńskiej receptury? Dla wierzących może to być sedno sprawy :). Dla amatorów ciemnego z pianką - może zdarzyć się nawet A-, dla całej reszty zasłużone i mocne B+.
5.4 vol / B+
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















