Szybka degustacja - krótka recenzja. Krótka nie oznacza nieprawdziwa, naciągana, wymuszona. Postanowiłem w ramach letniego odprężenia oraz korzystając z pewnego zaufania jakim obdarzam sam siebie :) nie skupić się na opisie, a na wnioskach. Od czasu do czasu taka metoda nie powinna nikomu wadzić. Pilzner z Mönchshof to nikomu nie wadzący trunek, którego jedyną cechą wartą odnotowania jest przeciętność i niepozorność godna szpiega. Zupełnie "przezroczysta" forma nie urzeka, ale i nie odstręcza. Ot takie codzienne popijadło, po które można sięgnąć i nie nabawić się złych wspomnień. W kategorii "codziennej" to pożądana zaleta, w przypadku ambitnej degustacji seryjna wada. Ale w sumie trunek ten dedykowany jest raczej dla codziennych konsumentów niż degustatorów. Co najmniej B i co najwyżej B.
4.9 vol / B
niedziela, 19 sierpnia 2012
Sternquell Premium Pils
Szybka degustacja - krótka recenzja. Termin "urquell" zawiadamia, że produkt nawiązuje do tradycyjnych receptur. Jednak jeśli piwo kiedyś smakowało tak jak niektóre produkty dumnie wzbogacane tym słowem, to chyba bardziej się cieszę ze współczesnych receptur. Sternquell Premium Pils to trunek które nie powala, bo o taką moc (w przenośni i dosłownie) tutaj wszak nie chodzi. Pilzner ma służyć wiadomym celom i już.
Basta.
W naszym dzisiejszym przypadku wszystko jest przeciętne - goryczka, wysycenie, pienistość, słód. Ten ostatni dodatkowo ma jakiś niezbyt dla mnie przyjemny, nieciekawy posmak, który trudno zaszeregować. Może zbożowy? Rozpoczynając opróżniać butelkę wiedziałem, że nie będzie to miłość od pierwszego wejrzenia. Powtórek być nie może.
5.4 vol / C+
Basta.
W naszym dzisiejszym przypadku wszystko jest przeciętne - goryczka, wysycenie, pienistość, słód. Ten ostatni dodatkowo ma jakiś niezbyt dla mnie przyjemny, nieciekawy posmak, który trudno zaszeregować. Może zbożowy? Rozpoczynając opróżniać butelkę wiedziałem, że nie będzie to miłość od pierwszego wejrzenia. Powtórek być nie może.
5.4 vol / C+
czwartek, 16 sierpnia 2012
Hradebni
![]() |
| Nostalgiczne wspomnienia z przeszłości |
Gorąco polecam bo to jeden z najznakomitszych czeskich pilznerów! Na każdą okazję - rodzinną i, że tak to ujmę, intymną. Usiąść i rozkoszować się, rozmyślając nad tym jak piwo może nas zmieniać na lepsze.
4.1 vol / A-
piątek, 10 sierpnia 2012
Zlatovar Max
Dzisiaj degustacja przaśnej "jedenastki" prosto z Opavy (prawie prosto, a jak wiadomo prawie czyni wielką różnicę). Nalezy odnotować, że to piękne morawskie miasto pozostało już tylko jakimś symbolicznym dodatkiem, reminiscencją dawnych lat, nawiązaniem do tradycji. Browar opavski został zamknięty w 2005 roku i od tego czasu pod marką Zlatovar warzono piwo w kilku miejscach. Jak widać szaleństwo własnościowe nie omija i Czechów. Zatem jesteśmy dzisiaj świadkami (w trakcie tej degustacji) ostatnich podrygów morawskiego specjału, którego tradycja kontynuowana jest już tylko w grafice opakowania.
Na etykiecie przyozdobiony bezrękawnikiem (atrybutem modnisiów po pięćdziesiątce) mężczyzna, dzierży w dłoni olbrzymi kufel spienionego płynu. Jegomość jest słusznych rozmiarów i trochę kilogramów w swoim życiu przeżył. Po przelania do kufla Zlatovar rzeczywiście formuje zacną i długotrwałą pianę, zasilaną armią ciągnących zastępami pęcherzyków. Zapach chmielowy, lekko kwaśnawy i jakby ciut zbożowy, ale ta naleciałość nie wydaje się tutaj zbyt pożądana. Sam płyn niestety cieniutki. Można spotkać sporo "dziesiątek" bardziej treściwych od tego pilznera. W całości dominuje chmiel, ale średniogłęboki i do tego podszyty nieco mydlaną wodą. Wyraźnie czuć, że zastosowane produkty są naturalne, choć nienajlepszej jakości, jednak w finalnym wrażeniu ta oszczędność zbyt przeszkadza by chciało się powrócić do Zlatovara. Ot taki lekko zapyziały czeski browar z trudem nawiązujący do najsłynniejszych braci. Oczywiście nie ma mowy tutaj o jakimś blamażu, ale kudy tam do pierwszej ligi. Między C+ a B- (chyba jednak zbyt jestem wyrozumiały i czechofilski jednocześnie, ale co tam).
Po namyśle nota niższa, wynikająca z przeświadczenia o jednorazowej przygodzie z tym produktem.
4.6 vol / C+
Na etykiecie przyozdobiony bezrękawnikiem (atrybutem modnisiów po pięćdziesiątce) mężczyzna, dzierży w dłoni olbrzymi kufel spienionego płynu. Jegomość jest słusznych rozmiarów i trochę kilogramów w swoim życiu przeżył. Po przelania do kufla Zlatovar rzeczywiście formuje zacną i długotrwałą pianę, zasilaną armią ciągnących zastępami pęcherzyków. Zapach chmielowy, lekko kwaśnawy i jakby ciut zbożowy, ale ta naleciałość nie wydaje się tutaj zbyt pożądana. Sam płyn niestety cieniutki. Można spotkać sporo "dziesiątek" bardziej treściwych od tego pilznera. W całości dominuje chmiel, ale średniogłęboki i do tego podszyty nieco mydlaną wodą. Wyraźnie czuć, że zastosowane produkty są naturalne, choć nienajlepszej jakości, jednak w finalnym wrażeniu ta oszczędność zbyt przeszkadza by chciało się powrócić do Zlatovara. Ot taki lekko zapyziały czeski browar z trudem nawiązujący do najsłynniejszych braci. Oczywiście nie ma mowy tutaj o jakimś blamażu, ale kudy tam do pierwszej ligi. Między C+ a B- (chyba jednak zbyt jestem wyrozumiały i czechofilski jednocześnie, ale co tam).
Po namyśle nota niższa, wynikająca z przeświadczenia o jednorazowej przygodzie z tym produktem.
4.6 vol / C+
piątek, 3 sierpnia 2012
Vévoda Světlý Ležák
Browar Vysoky Chlumec uraczył nas klasycznym, czeskim pilznerem, którego smak przywołuje małe prowincjonalne miasteczka ograne w czeskich filmach lat siedemdziesiątych. Nic nie poradzę, że ta małomiasteczkowość posiada swój nieskrywany urok i pociąga jak piękna pani.
Kolor trunku złoty, wysycenie wysokie, piana obfita, utrzymuje się niezwykle długo tworząc białą pokrywę na przepisowe dwa palce. Każdy łyk odkrywa przede mną nową postać z czeskiej kultury. Widzę Ota Pavlę łapiącego pstrągi, słyszę Bedricha Smetanę płynącego ponad polami usianymi zbożem pośród łagodnych wzgórz. Mignął mi gdzieś podchmielony Hasek, a Rudolf Hrusinsky jak żywo rozprawia w swoim wywodzie na temat prawidłowej temperatury pilznera.
Tego wszystkiego doświadczam pijąc Vevodę z przymkniętymi oczyma i delektując się tym co wytworzyła ta półlitrowa butelka w mojej wyobraźni. Należy zaznaczyć, że piwo smakuje jakby było nalane wprost z kija, co już na początku stanowi zdecydowany plus, gdyż z reguły piwa butelkowe wymagają pewnej korekty związanej z oceną na tle ich odpowiedników rozprowadzanych w KEGach. Napisać, że Vevoda to klasyczny smak pilznera, to nic nie napisać, zważywszy choćby na powyższy pochwalny wywód.
Odnotować z przyzwoitości należy, że mamy tutaj wspaniały słód zrównoważony głęboką i urzekającą goryczką z czeskiego Żateca, która w finiszu trwa nieskończenie długo. Nie wiem czy uległem czeskiej magii, ale dzisiaj Vevoda to dla mnie prawdziwy piwny bohater - bliski wzorca bohemski pilzner, który nie zaskakując niczym nadzwyczajnym, urzeka jakością i tradycją. W swojej klasie ścisła czołówka. Dlatego zaszaleję w ocenie.
4.5 vol / A-
Kolor trunku złoty, wysycenie wysokie, piana obfita, utrzymuje się niezwykle długo tworząc białą pokrywę na przepisowe dwa palce. Każdy łyk odkrywa przede mną nową postać z czeskiej kultury. Widzę Ota Pavlę łapiącego pstrągi, słyszę Bedricha Smetanę płynącego ponad polami usianymi zbożem pośród łagodnych wzgórz. Mignął mi gdzieś podchmielony Hasek, a Rudolf Hrusinsky jak żywo rozprawia w swoim wywodzie na temat prawidłowej temperatury pilznera.
Tego wszystkiego doświadczam pijąc Vevodę z przymkniętymi oczyma i delektując się tym co wytworzyła ta półlitrowa butelka w mojej wyobraźni. Należy zaznaczyć, że piwo smakuje jakby było nalane wprost z kija, co już na początku stanowi zdecydowany plus, gdyż z reguły piwa butelkowe wymagają pewnej korekty związanej z oceną na tle ich odpowiedników rozprowadzanych w KEGach. Napisać, że Vevoda to klasyczny smak pilznera, to nic nie napisać, zważywszy choćby na powyższy pochwalny wywód.
Odnotować z przyzwoitości należy, że mamy tutaj wspaniały słód zrównoważony głęboką i urzekającą goryczką z czeskiego Żateca, która w finiszu trwa nieskończenie długo. Nie wiem czy uległem czeskiej magii, ale dzisiaj Vevoda to dla mnie prawdziwy piwny bohater - bliski wzorca bohemski pilzner, który nie zaskakując niczym nadzwyczajnym, urzeka jakością i tradycją. W swojej klasie ścisła czołówka. Dlatego zaszaleję w ocenie.
4.5 vol / A-
środa, 1 sierpnia 2012
Chodovar Pašerák
Kolejna próba z piwem browaru Chodovar. Po uprzedniej próbie degustacji, niezbyt udanej i rozczarowującej, tym razem pełen optymizmu chciałbym rozpocząć ten wpis. Sympatyczny labrador z logo browaru łypie do mnie życzliwym okiem, nie pozostaje mi zatem nic innego niż rozpocząć.
Chodovar Pašerák to według informacji producenta, idealne piwo do pracy w ogrodzie i do uzupełnieniu płynów po sportowym wysiłku. Nie do końca jestem przekonany do użyteczności jakichkolwiek trunków alkoholowych w sportowym trybie życie, niemniej jednak przekaz jest jasny: Pašerák to codzienne, sesyjne piwo na każdą okazję.
Zapach przyzwoity, chmielowo-kwaskowy. Kolor idealnie złoty, raczej ciemniejszy niż u gatunkowych odpowiedników. Piana śnieżnobiała, niewielkich rozmiarów utrzymująca się długo. Wysycenie średnie, nawet nieco mniej niż średnie. Smak znakomicie zbalansowany choć z niewielkim metalicznym polotem, ujawniającym się gdzieś w tle. Niespecjalnie to przeszkadza, ale jest zauważalne. Jak na piwo lekkie, słód całkiem wyraźny i treściwy, a zrównoważenie goryczką wymierzone z mistrzowską precyzją. Goryczka głęboka i nienachalna, pierwszego sortu, oczywiście długo pobrzmiewająca w finiszu. Ten ostatni natomiast szeroki, niemal panoramiczny, jeśli można użyć takiego określenia. Pod koniec kufla posmaki metaliczne znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej, piwowarskiej warzechy.
Chodovar Pašerák to znakomite piwo w swoim gatunku. Spełnia wszystkie zadania jakie się od tego piwa wymaga. Zaspokaja pragnienie, jest dyskretne, aromatyczne i o niezbyt dużej zawartości alkoholu. Do tego śliczny, dedykowany kapsel w kolorze zielonym. W swojej lidze to A-, trzeba jednak wziąć poprawkę na ten początkowy posmaczek. Polecam na każdą okazję w dużych ilościach i.... oczywiście małych również.
4.0 vol / B+
Chodovar Pašerák to według informacji producenta, idealne piwo do pracy w ogrodzie i do uzupełnieniu płynów po sportowym wysiłku. Nie do końca jestem przekonany do użyteczności jakichkolwiek trunków alkoholowych w sportowym trybie życie, niemniej jednak przekaz jest jasny: Pašerák to codzienne, sesyjne piwo na każdą okazję.
Zapach przyzwoity, chmielowo-kwaskowy. Kolor idealnie złoty, raczej ciemniejszy niż u gatunkowych odpowiedników. Piana śnieżnobiała, niewielkich rozmiarów utrzymująca się długo. Wysycenie średnie, nawet nieco mniej niż średnie. Smak znakomicie zbalansowany choć z niewielkim metalicznym polotem, ujawniającym się gdzieś w tle. Niespecjalnie to przeszkadza, ale jest zauważalne. Jak na piwo lekkie, słód całkiem wyraźny i treściwy, a zrównoważenie goryczką wymierzone z mistrzowską precyzją. Goryczka głęboka i nienachalna, pierwszego sortu, oczywiście długo pobrzmiewająca w finiszu. Ten ostatni natomiast szeroki, niemal panoramiczny, jeśli można użyć takiego określenia. Pod koniec kufla posmaki metaliczne znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej, piwowarskiej warzechy.
Chodovar Pašerák to znakomite piwo w swoim gatunku. Spełnia wszystkie zadania jakie się od tego piwa wymaga. Zaspokaja pragnienie, jest dyskretne, aromatyczne i o niezbyt dużej zawartości alkoholu. Do tego śliczny, dedykowany kapsel w kolorze zielonym. W swojej lidze to A-, trzeba jednak wziąć poprawkę na ten początkowy posmaczek. Polecam na każdą okazję w dużych ilościach i.... oczywiście małych również.
4.0 vol / B+
Subskrybuj:
Posty (Atom)





