Na etykiecie czarna krowa wywala czerwony język i trzeba przyznać, że w przypadku tego piwa oprawa Falkona znacznie wyprzedza nieco uproszczony wzór innego piwa z repertuaru browaru (AIPA opisana tutaj). Po przelaniu do kufla naszym oczom ukazuje się czarny płyn, w którego toni zanika wszelkie światło. Nie jest to piwna czarna dziura, lecz metafora jednolitej barwy, chociaż chciałoby się czasami w takiej kosmicznej awanturze zatopić zmysły oszołomione niebywałym aromatem. W tym przypadku raczej nam to nie grozi, choć bukiet dobywający się do nozdrzy zapowiada interesujące kilka minut. Karmelowa nuta jest przyjemnie łagodna i z lubością wciąga się ją raz po raz, ponadto da się wyczuć smak toffi i kawy rozbielonej kremową smietanką. Piany niestety jak na lekarstwo, jakby zniknęła wraz z światłem w głębi czarnego napitku. Rachityczne wzory pojawiające się na szkle to jedyne co świadczy o jej istnieniu, ale oprócz tego ze świecą szukać rasowego zwieńczenia trunku.
Piwo znakomicie wpisuje się w spokojny wieczór, podczas którego zamierzamy trochę pomedytować nad książką lub filmem. W knajpie degustacja też powinna wypaść całkiem przyjemnie, zwłaszcza jeśli lubimy chłonąć atmosferę starych drewnianych wnętrz owianych zapomnianym zapachem fajki. A jeśli jesteście amatorami ciemnych wyspiarskich stylów, to spędzicie przy tym specjale nawet dłuższe posiedzenie. Niemniej jednak piwo przeznaczono raczej do degustacji niż masowego spożycia.
W pierwszej chwili uderza aksamitna karmelowość, w której pobrzmiewa kwasek balansujący na granicy kwaśności, ale o dziwo ten balans podkreśla pojawiającą się w następnej chwili łagodną choć bardzo długo wybrzmiewającą goryczkę, która w finiszu rozkosznie czaruje podniebienie. Finisz zatem radośniedługi, nieagresywnie zapadający w pamięć. Tym wrażeniom chwilami towarzyszy jakby waniliowe tło będące zwieńczeniem całości. Ekstrakt Falkona to niemal 16 procent, a zawartość alkoholu 6.5 procenta, lecz gdybym nie widział etykiety, trudno by mi było uwierzyć zarówno w tak wysoki ekstrakt, jak i dość sporą zawartość voltów. Im płynu w kuflu ubywa tym więcej chce się go spróbować, ale pojawia się także lekki szum świadczący o niezłym kamuflażu mocy. Niby spokojne, wieczorowe piwo dla zagubionych dusz, ale po czasie ujawnia swój zadziorny pazur. Powinno być B+, ale ze względu na brak piany... W porządku, nie bądźmy pryncypialni.
6.5 vol / B+
wtorek, 9 października 2012
poniedziałek, 8 października 2012
Raptor / California Pivovar Matuška
Pivovar Matuška to jeden z najbardziej
"gorących" i komentowanych minibrowarów u naszych południowych sąsiadów.
Sam byłem świadkiem jak praski piwosz zachwalał produkty browaru swemu amerykańskiemu
znajomemu krzycząc na całą gospodę, że Matuška jest "the best". Ile w
tym prawdy, a ile dobrze prowadzonej promocji, każdy powinien ocenić sam. Niemniej
jednak piwa ze wsi Broumy rozlewane są do charakterystycznych butelek o pojemności
0.7 litra (równolegle także w mniejszych), a zdobią je etykiety znacznie odróżniające się od konkurencji. I chociaż
w moim odczuciu i odbiorze bardziej przypominają opakowanie wiejskiego mleka, nie
można im zarzucić braku rozpoznawalności. Sam przybytek powstał bardzo niedawno, bo
w roku 2009, a został ufundowany w sercu Czech, na terenie chronionego parku krajobrazowego
Křivoklátsko. Każdego kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o tym terenie (a
z pewnością warto, gdyż jest to miejsce uznawane za perłę czeskiego krajobrazu)
i przy okazji zapoznać się z jedną z najpiękniejszych czeskich powieści, odsyłam
do "Śmierci pięknych saren" autorstwa Oty Pavela.
niedziela, 7 października 2012
Hubertus Světlý Ležák
Kacov leży 60 kilometrów na południowy wschód od Pragi. Miasto łączy z piwem nie tylko dwuznaczna w języku polskim nazwa (niejednemu z nas przytrafił się poczciwy katz, kiedy nie udało się powstrzymać smaku na wodzy i wychyliło się zbyt dużo kufli pysznego napoju), ale także historyczny, bo sięgający średniowiecza, choć niewielki browar, z powodzeniem radzący sobie na piwowarskim rynku naszych południowych sąsiadów. Hubertus natomiast - to marketingowa nazwa produktów z Kacova, która tak na marginesie, została przyjęta stosunkowo niedawno. Kibice piłkarskiej Viktorii Żiżkov z pewnością kojarzą czerwone logo ze stylizowanym liternictwem, gdyż Pivovar Kacov jest sponsorem zielono-czerwono-białych (obecnie klub występuje na zapleczu pierwszej ligi). W samej stolicy lanego Kacova można zdegustować W restauracji U Klokočníka tuż obok praskiego więzienia na Pankracu. Przybytek to pozbawiony zadęcia i nieskażony turystyką z całym anturażem tego przemysłu (drożyzna, tandeta, niska jakość). Miejsce idealnie nadaje się do obserwacji prawdziwych Prażan, którzy z lubością delektują się tutaj piwem i jadłem, mało sobie robiąc z "nietutejszych", okazjonalnych gości. Sława gospody, niskie ceny i miejscowy koloryt przywiódł nas do tego miejsca w późny wieczór, w związku z czym zostaliśmy wpuszczeni na jedno szybkie piwo, a nadmiar wrażeń uniemożliwił przeprowadzenie solidnej degustacji, o samym spisaniu choćby wrażeń, nie mówiąc. Zapamiętałem jedynie, że piwo jest warte uwagi i nie można go ot tak przeoczyć, zaopatrzyłem się więc w dwie butelki tego specjału by odrobić kronikarską lekcję.
Z reguły ocena degustacji piwa lanego i butelkowego wypada korzystniej na rzecz tego pierwszego (choć oczywiście nie jest to regułą), podszedłem więc do butelki Hubertusa z pewnym kredytem zaufania, mając na względzie zapamiętane walory lanego braciszka. Zupełnie niepotrzebnie - opakowany w szkło trunek poradził sobie znakomicie, choć początek przygody nie zapowiadał takiego finału.
Zapach po przelaniu do kufla nie imponuje, raczej dość mizernie wdziera się do nosa. Ledwie da się wyczuć odrobinę zbożowego słodu i śladowe chmielowe nuty. Piana także niespecjalnie wzorcowa, opadła po jakimś czasie. Wysycenie średnie, kolor natomiast mistrzowski - złoty niczym promień słońca, zdobi szkło w którym się znajduje. Po tej niespecjalnie udanej zapowiedzi pierwszy łyk rozwiewa wszelkie wątpliwości. Smak urzeka bukietem i jakością składników. Kufel wypełnia trunek skończony, którego receptura została dopracowana w najmniejszym szczególe. Bukiet smaków został zrównoważony jakby ktoś używał do tego laboratoryjnej wagi. Słód łagodnie głęboki przybiera miodowe nuty, a nawet incydentalnie owocowe ślady. Ta część pilznera wydaje się idealna, można oddać się jej oddziaływaniu bez żadnych zastrzeżeń. Warto zwrócić uwagę, że opisywany trunek to klasyczna "dvanactka", choć odfermentowano ją do zaledwie 4,7 procenta alkoholu. To musi wpływać na treściwość i wpływa. Do tego goryczka trzymająca całość w ryzach, z każdym łykiem zachęca do dalszej degustacji. Finisz przyjemnie słodowy z dudniącym chmielowym echem, wybrzmiewa bardzo długo dając pijącemu czas na rozkoszowanie się jakością. Hubertus to piwo na każdą okazję od zwykłego zaspokojenia pragnienia, poprzez posiłki na walorach deserowych skończywszy. Amatorzy pilznera docenią stateczny i zrównoważony smak zaliczając piwo do górnej półki tego typu piw w Czechach. Znudzeni monotonią jasnych piw dolnej fermentacji docenią piwowarski kunszt specjalistów z Kacova.
Zaskakujące jest to, że butelkowy Hubertus niemal idealnie oddał walory lanego odpowiednika. Przywołując tamten kufel wychylony tuż przed zamknięciem U Klocnika, mogę postawić obie wersje na równi obok siebie, a opakowany w butelkę specjał będzie ustępował jedynie cechami zewnętrznymi - pianą i zapachem. Jak dla mnie - piwo po które sięgnę niejeden raz.
4.7 vol / A-
![]() |
| Pivovar Kacov od frontu |
![]() |
| Widok warzelni |
Zapach po przelaniu do kufla nie imponuje, raczej dość mizernie wdziera się do nosa. Ledwie da się wyczuć odrobinę zbożowego słodu i śladowe chmielowe nuty. Piana także niespecjalnie wzorcowa, opadła po jakimś czasie. Wysycenie średnie, kolor natomiast mistrzowski - złoty niczym promień słońca, zdobi szkło w którym się znajduje. Po tej niespecjalnie udanej zapowiedzi pierwszy łyk rozwiewa wszelkie wątpliwości. Smak urzeka bukietem i jakością składników. Kufel wypełnia trunek skończony, którego receptura została dopracowana w najmniejszym szczególe. Bukiet smaków został zrównoważony jakby ktoś używał do tego laboratoryjnej wagi. Słód łagodnie głęboki przybiera miodowe nuty, a nawet incydentalnie owocowe ślady. Ta część pilznera wydaje się idealna, można oddać się jej oddziaływaniu bez żadnych zastrzeżeń. Warto zwrócić uwagę, że opisywany trunek to klasyczna "dvanactka", choć odfermentowano ją do zaledwie 4,7 procenta alkoholu. To musi wpływać na treściwość i wpływa. Do tego goryczka trzymająca całość w ryzach, z każdym łykiem zachęca do dalszej degustacji. Finisz przyjemnie słodowy z dudniącym chmielowym echem, wybrzmiewa bardzo długo dając pijącemu czas na rozkoszowanie się jakością. Hubertus to piwo na każdą okazję od zwykłego zaspokojenia pragnienia, poprzez posiłki na walorach deserowych skończywszy. Amatorzy pilznera docenią stateczny i zrównoważony smak zaliczając piwo do górnej półki tego typu piw w Czechach. Znudzeni monotonią jasnych piw dolnej fermentacji docenią piwowarski kunszt specjalistów z Kacova.
![]() |
| U Klokočníka tuż przed zamknięciem, z perspektywy mojego stolika |
Zaskakujące jest to, że butelkowy Hubertus niemal idealnie oddał walory lanego odpowiednika. Przywołując tamten kufel wychylony tuż przed zamknięciem U Klocnika, mogę postawić obie wersje na równi obok siebie, a opakowany w butelkę specjał będzie ustępował jedynie cechami zewnętrznymi - pianą i zapachem. Jak dla mnie - piwo po które sięgnę niejeden raz.
4.7 vol / A-
piątek, 5 października 2012
Falkon AIPA
Falkon to wzorem duńskiego Mikkellera browar bez browaru zainicjowany przez pewnego czeskiego piwosza. Oto co pisze on w deklaracji fundacyjnej, krótkim manifeście przedsięwzięcia: Falkon to projekt pewnego bezimiennego entuzjasty piwa, który jest niezadowolony ze stanu kultury piwa w naszym kraju. Potem następuje krótka krytyka pilznerowej monokultury piwnej u naszych czeskich sąsiadów i zapowiedź piwowarskiej edukacji. Nic oryginalnego, większości kontraktowcom przyświecają podobne cele. Ten wyrzut zaskakuje jednak w kontekście Czechów, narodu uznawanego za wychowanych na piwie. Pomyślcie jaki ugór Bezimienny zastałby u nas.
Zapach żywiczny, przypomina sosnowy las chwilę po letniej burzy lub w momencie wycinki sosny. Ten drzewny wtręt wydaje się charakterystyczny dla naszego dzisiejszego bohatera. Kolor klasycznie bursztynowy, płyn niemal klarowny, czyli w tym przypadku, "niemal" oznacza zaledwie upalną mgiełkę, tuż za progiem przemysłowej klarowności. Piana średnia, wysycenie podobnie. Drobnoziarnisty kożuszek z całych sił przylega do powierzchni i nie chce go puścić za żadne skarby świata, znacząc misterne ślady na szkle, wraz z ubywaniem płynu. Pierwszy łyk i już wiadomo, że owe 82 IBU z etykiety nie zostało napisane na pokaz. Goryczka jak to w tym stylu dominuje, atakując zmysły żywicą drzew iglastych, cytrusami, trawą, ulotnymi, korzennymi nutami i dzikimi kwiatami. i do tego cały czas obecne sosnowe wióry (nie wiem czemu się ich tak uczepiłem, ale będąc dzieciakiem kiedyś w lesie, lizałem świeżo ściętą sosnę i żułem ścinki. a to połączenie drzewa z żywicą stanęło mi przed zmysłami w czasie degustacji czeskiego piwa). Zasługa to oczywiście amerykańskich odmian chmielu: columbus, chinook, cascade, które zostały użyte do uwarzenia Falkona. Chmiel i goryczka to jedno w AIPA a drugie to oczywiście słód. W tym przypadku mamy go niewiele i jest on mało treściwy, choć pod tym parasolem chmielowym można go bez trudu odnaleźć. Nie zaszkodziłoby nadać mu nieco wyrazistości i owocowości. Finisz zawodzi - choć jest głęboki - takie można się spodziewać po ilości użytego chmielu - trwa zbyt krótko, a iglasta bujność, ten las ciemny, powinien wybrzmiewać znacznie dłużej. Ekstrakt trunku to 14.5 Blg, a więc stosunkowo niewiele jak na amerykańską wersję IPA. Ma to oczywiście przełożenie w treściwości i koniec końców w nieco rachitycznym słodzie.
W związku z tymi parametrami piwo w zasadzie jest sesyjne, choć podwyższona zawartość alkoholu i duże IBU może znacząco wpłynąć (obiektywnie) na długodystansowość degustatora skazanego tylko na Falkona. Wydobycie ciekawej "drzewnej" nuty należy zaliczyć na plus, brak bardziej zdecydowanego słodu na minus. Plus z minusem podobno się znoszą. Mamy zatem B.
6.3 vol / B
Zapach żywiczny, przypomina sosnowy las chwilę po letniej burzy lub w momencie wycinki sosny. Ten drzewny wtręt wydaje się charakterystyczny dla naszego dzisiejszego bohatera. Kolor klasycznie bursztynowy, płyn niemal klarowny, czyli w tym przypadku, "niemal" oznacza zaledwie upalną mgiełkę, tuż za progiem przemysłowej klarowności. Piana średnia, wysycenie podobnie. Drobnoziarnisty kożuszek z całych sił przylega do powierzchni i nie chce go puścić za żadne skarby świata, znacząc misterne ślady na szkle, wraz z ubywaniem płynu. Pierwszy łyk i już wiadomo, że owe 82 IBU z etykiety nie zostało napisane na pokaz. Goryczka jak to w tym stylu dominuje, atakując zmysły żywicą drzew iglastych, cytrusami, trawą, ulotnymi, korzennymi nutami i dzikimi kwiatami. i do tego cały czas obecne sosnowe wióry (nie wiem czemu się ich tak uczepiłem, ale będąc dzieciakiem kiedyś w lesie, lizałem świeżo ściętą sosnę i żułem ścinki. a to połączenie drzewa z żywicą stanęło mi przed zmysłami w czasie degustacji czeskiego piwa). Zasługa to oczywiście amerykańskich odmian chmielu: columbus, chinook, cascade, które zostały użyte do uwarzenia Falkona. Chmiel i goryczka to jedno w AIPA a drugie to oczywiście słód. W tym przypadku mamy go niewiele i jest on mało treściwy, choć pod tym parasolem chmielowym można go bez trudu odnaleźć. Nie zaszkodziłoby nadać mu nieco wyrazistości i owocowości. Finisz zawodzi - choć jest głęboki - takie można się spodziewać po ilości użytego chmielu - trwa zbyt krótko, a iglasta bujność, ten las ciemny, powinien wybrzmiewać znacznie dłużej. Ekstrakt trunku to 14.5 Blg, a więc stosunkowo niewiele jak na amerykańską wersję IPA. Ma to oczywiście przełożenie w treściwości i koniec końców w nieco rachitycznym słodzie.
W związku z tymi parametrami piwo w zasadzie jest sesyjne, choć podwyższona zawartość alkoholu i duże IBU może znacząco wpłynąć (obiektywnie) na długodystansowość degustatora skazanego tylko na Falkona. Wydobycie ciekawej "drzewnej" nuty należy zaliczyć na plus, brak bardziej zdecydowanego słodu na minus. Plus z minusem podobno się znoszą. Mamy zatem B.
6.3 vol / B
czwartek, 4 października 2012
Vyskovsky Hefe Weissbier
Do knajpy Zly Casy w praskiej dzielnicy Nusle trafiliśmy popołudniem. Klientów jeszcze niewielu, barman leniwie poruszał się po sali, a 24 nalewaki lśniły za kontuarem. Samo miejsce warte jest choćby pobieżnej introdukcji (o dzielnicy wspomnę przy okazji następnych recenzji). Na piwnej mapie stolicy Czech to już niemal lokal legendarny, choć mogący się pochwalić zaledwie kilkuletnia historią. To tutaj serwuje się produkty niewielkich czeskich (i nie tylko) browarów, piwa przemawiające do konsumentów szukających czegoś więcej niż tylko klasycznego pilznera. A że u naszych południowych sąsiadów pije się piwo i degustatorów nie brakuje, nic dziwnego, że to przedsięwzięcie było skazane na sukces. Imponujący batalion piw beczkowych uzupełnia niemal armia piw butelkowych, swobodnie dostępnych na terenie lokalu w oświetlonych lodówkach. Jak chcesz wyciągasz i zgłaszasz w barze. Dodatkowo barman całkiem sprawnie posługuje się językiem polskim (przynajmniej takie robi wrażenie) i stara się nas zrozumieć. Coraz rzadszy to przypadek - większość młodych Czechów nie podejmuje żadnego wysiłku zrozumienia bratniej mowy (czy wiecie że 27% słów w obu językach brzmi tak samo? niestety nie zawsze znaczą to samo) i słysząc polskie wyrazy momentalnie przechodzą na angielski.
24 nalewaki to zdecydowanie za dużo by spróbować obfitości lejących się z każdego z nich. Za słaba głowa i za chudy portfel. Bo trzeba uczciwie zaznaczyć - tutaj nie jest tanio. Niemniej jednak udało mi się zdegustować 3 piwa, nietypowego pszeniczniaka i dwie słynne IPA. Zaczniemy od Vyskovskiej pszenicy, by ejle zostawić sobie na deser.
Do stolika podano kufel z bardzo mętnym płynem w kolorze miodowo-złotym. Piana - o dziwo - nie była zbyt obfita, trunek nie wychodził ze szkła, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że okazała się całkiem trwała. Wysycenie także dość leniwe jak na pszenicę. Aromat trochę zaskakujący. Wkładając nos do kufla pełnego weizena spodziewamy się koktajlu zapachu bananów, drożdży i cytrusów, w różnym wzajemnym nasyceniu, choć z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem potrafimy ten bukiet zlokalizować. Vyskovsky specjał znacznie wybija się ponad przeciętność. Na pierwszy niuch czujemy przede wszystkim cytrusy, ale jakie cytrusy! To absolutnie egzotyczny akcent z ananasem na czele i pomarańczą czającą się za plecami. Dopiero w dalszej kolejności mamy typowe banany i odrobinę drożdżowych śladów.
Pierwszy łyk to krótka chwila ekscytującej niepewności. czy to co czuje mój nos będzie odwzorowane także na podniebieniu? Bez obaw, wszystko czuć wyraźnie, pełny egzotyczny bukiet ananasów, pomarańczy i bananów i do tego wyraźnie zaznaczona goryczka, nie od niechcenia, dla przyzwoitości, ale funkcjonująca na pełnych prawach. Oczywiście dyskretnie cofnięta, ale w pełni aromatyczna. Na końcu tego szeregu czają się niemal niewidoczne maślane drożdże.
Przy tych wszystkich opisanych cechach piwo jest w zasadzie lekkie, niemal aksamitne, gładko przechodzi przez spragnione gardło i spokojnie można zaliczyć go do grupy trunków sesyjnych. Oczywiście nie mówimy tutaj o całonocnej balandze, ale pełny wieczór obsłuży bez problemu. Żeby nieco ostudzić nastroje - nie jest to piwo wybitne, bawarskie pszenice niosą czasem pełniejsze aromaty i ciekawsze zestawiania, ale przyczepić się trudno a plusik należy się za oryginalną próbę ananasowego zaskoczenia.
4.7 vol / B+
24 nalewaki to zdecydowanie za dużo by spróbować obfitości lejących się z każdego z nich. Za słaba głowa i za chudy portfel. Bo trzeba uczciwie zaznaczyć - tutaj nie jest tanio. Niemniej jednak udało mi się zdegustować 3 piwa, nietypowego pszeniczniaka i dwie słynne IPA. Zaczniemy od Vyskovskiej pszenicy, by ejle zostawić sobie na deser.
![]() |
| Tu się wchodzi... |
Do stolika podano kufel z bardzo mętnym płynem w kolorze miodowo-złotym. Piana - o dziwo - nie była zbyt obfita, trunek nie wychodził ze szkła, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że okazała się całkiem trwała. Wysycenie także dość leniwe jak na pszenicę. Aromat trochę zaskakujący. Wkładając nos do kufla pełnego weizena spodziewamy się koktajlu zapachu bananów, drożdży i cytrusów, w różnym wzajemnym nasyceniu, choć z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem potrafimy ten bukiet zlokalizować. Vyskovsky specjał znacznie wybija się ponad przeciętność. Na pierwszy niuch czujemy przede wszystkim cytrusy, ale jakie cytrusy! To absolutnie egzotyczny akcent z ananasem na czele i pomarańczą czającą się za plecami. Dopiero w dalszej kolejności mamy typowe banany i odrobinę drożdżowych śladów.
Pierwszy łyk to krótka chwila ekscytującej niepewności. czy to co czuje mój nos będzie odwzorowane także na podniebieniu? Bez obaw, wszystko czuć wyraźnie, pełny egzotyczny bukiet ananasów, pomarańczy i bananów i do tego wyraźnie zaznaczona goryczka, nie od niechcenia, dla przyzwoitości, ale funkcjonująca na pełnych prawach. Oczywiście dyskretnie cofnięta, ale w pełni aromatyczna. Na końcu tego szeregu czają się niemal niewidoczne maślane drożdże.
![]() |
| ...tu się siedzi |
Przy tych wszystkich opisanych cechach piwo jest w zasadzie lekkie, niemal aksamitne, gładko przechodzi przez spragnione gardło i spokojnie można zaliczyć go do grupy trunków sesyjnych. Oczywiście nie mówimy tutaj o całonocnej balandze, ale pełny wieczór obsłuży bez problemu. Żeby nieco ostudzić nastroje - nie jest to piwo wybitne, bawarskie pszenice niosą czasem pełniejsze aromaty i ciekawsze zestawiania, ale przyczepić się trudno a plusik należy się za oryginalną próbę ananasowego zaskoczenia.
4.7 vol / B+
środa, 3 października 2012
Benediktin
Przyjemny aromat chleba, uzupełniony słodem i minimalnie chmielowym tłem. Piana niewielka, ale próbuje się utrzymać. Kolor szczerozłoty, płyn niewinnie zamglony, a wysycenie jest całkiem spore. Piwo zwie się Benediktin i zostało uwarzone w Broumovie (w naszym kraju najbardziej znane produkty browaru to oczywiście piwa Opat) nawiązując swoją recepturą do ojców założycieli piwowarstwa w regionie Broumova czyli benedyktyńskich opatów. 300 lat browaru to 300 lat pierwszego budynku browarnego - historia warzenia sięga ponoć czasów średniowiecza.
W ustach rozlewa się całkiem treściwy płyn, w którym słód gra rolę pierwszoplanową. Wyraźnie Wybijają się owocowo-miodowe nuty, do tego pyszne chlebowe akcenty, lekki kwasek, odrobina wyschniętego właśnie siana. Goryczka pozwala sobie na niewiele, dopełniając bukiet i osłabiając nieco oszałamiające działanie słodu. Finisz zdumiewającą krótki, choć wyraźnie aromatyczny. Trochę chmielu, dużo słodu i pod koniec orzechowa gorycz. Mogłoby to trwać znacznie dłużej, z pewnością bym się nie obraził.
Nie ma się zasadniczo specjalnie do czego przyczepić, ale owa podkreślana wielokrotnie słodowość jest zbyt intensywna. Nie można także zarzucić jej niskiej jakości, nie wypada odmówić złożoności i warto docenić głębię, jednak co za dużo to niezdrowo, jak mawiały nasze mamy. Goryczka jest obecna, równoważy to niebo w gębie, ale mimo wszystko wydaje się nieco obca w całym bukiecie, jakby bezwstydnie nie na miejscu, dobrana nie z tej półki co reszta, w nazbyt skromnej ilości. Może to kwestia dominacji słodu, może nieodpowiedniego doboru chmielu. Nie mam pojęcia, jednak im dłużej myślę o Benediktinie tym bardziej odczuwam pewien dysonans i zgrzyt. Natomiast nie mogę zgodzić się z częścią opinii o metaliczności tego trunku. Być może lekki kwasek wpływa na tę ocenę, ale charakterystyczna metaliczność pilznerów (jak choćby wyczuwalna w Cieszyńskim Browarze Zamkowym, gdzie jest na tyle charakterystyczna by stanowić, o ironio, nieodzowny element większości piw tam warzonych) nie ma tutaj miejsca. Zawartość alkoholu dość spora, a ten wchłania się całkiem swobodnie i łobuzerskim urokiem stara się zmącić zmysły. Przyjemne. Nie muszę oczywiście zaznaczać, że czyni to przewrotnie i zdradziecko, bo nijak tych procentów nie da się zlokalizować.
Trudno byłoby przy tym trunku spędzić cały wieczór. Myślę, że zniewalająca słodycz wcześniej czy później zamieniłaby się w nieznośną lepkość i początkowo gładko przechodzący przez przełyk specjał, męczyłby przy każdym hauście. Niemniej jednak degustacja nie pozostawi po sobie złych skojarzeń, ale żeby wracać... nie dziękuję.
6.0 vol / B-
W ustach rozlewa się całkiem treściwy płyn, w którym słód gra rolę pierwszoplanową. Wyraźnie Wybijają się owocowo-miodowe nuty, do tego pyszne chlebowe akcenty, lekki kwasek, odrobina wyschniętego właśnie siana. Goryczka pozwala sobie na niewiele, dopełniając bukiet i osłabiając nieco oszałamiające działanie słodu. Finisz zdumiewającą krótki, choć wyraźnie aromatyczny. Trochę chmielu, dużo słodu i pod koniec orzechowa gorycz. Mogłoby to trwać znacznie dłużej, z pewnością bym się nie obraził.
![]() |
| Pivovar Broumov. Sprzed 300 lat nie został tu zapewne kamień na kamieniu |
Trudno byłoby przy tym trunku spędzić cały wieczór. Myślę, że zniewalająca słodycz wcześniej czy później zamieniłaby się w nieznośną lepkość i początkowo gładko przechodzący przez przełyk specjał, męczyłby przy każdym hauście. Niemniej jednak degustacja nie pozostawi po sobie złych skojarzeń, ale żeby wracać... nie dziękuję.
6.0 vol / B-
Subskrybuj:
Posty (Atom)












