Black Hawk Nomad to drugi przedstawiciel z czeskiego browaru kontraktowego, uwarzony w stylu ciemnej IPA i chmielony amerykańskimi chmielami. Mówiąc krótko stylowy oksymoron czyli Black AIPA. Z etykiety spoziera w naszym kierunku jastrząb jakby chciał oznajmić wszem i wobec, że nie będzie łatwo, a kompromisy to sobie wsadźcie w.... Ale czy może być inaczej jeśli ojcami chrzestnymi piwa są prascy gracze futbolu amerykańskiego?
Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się całkowicie czarny płyn z obfitą ,jasno brązową pianą, z całych sił oblepiających szkło i niesłychanie długo utrzymującą się na powierzchni. Zapach sosnowy, żywiczny i cytrusowy w czym zasługa chmielu Citra, Columbus i Centennial. 17- procentowy ekstrakt siłą rzeczy niesie ze sobą treściwość i jest to jedna z cech charakterystycznych piwa. Nie jest jednak ona męcząca, wydaje się świetnie równoważyć potężny chmiel, który piwowarzy zafundowali nam nie bacząc na jakiekolwiek utyskiwania. Róg chmielowej obfitości w początkowej fazie zdecydowanie dominuje, ale gdy pierwsze wrażenie opada, ujawniają się nam dodatkowe i trochę niespodziewane atuty - całkiem udana i pełna słodowość, z minimalną nutą palonego zboża. Jednak to oczywiście goryczka wiedzie zdecydowany prym, dudniąc na długo w bukiecie, atakując początkowo iglastym aromatem by niemal nieskończenie wybrzmiewać w twardym, męskim finiszu odnoszącym się wprost do grapefruitowych pestek. Przy okazji swojej sytości jest to trunek niezwykle pijalny - choć trudno nazwać go sesyjnym ze względu na wysoki voltaż podporządkowujący zmysły niemal po pierwszym łyku - mimo to bez zbędnego wysiłku kilku twardzielom uda się spędzić przy nim miłe popołudnie po przegranym meczu :).
Black Hawk to całkiem udana receptura, w całej swej istocie odwołująca się do jankeskiej stanowczości charakteryzującej tamtejszy chmiel i akcentująca kojące i rozleniwiające właściwości słodu. Porównując jastrzębia do swobodnego jeźdźca, drapieżnik wygrywa bezkompromisowością i surowością amerykańskich lasów porośniętych bezkreśnie sosnami, świerkami, czy też modrzewiami. Zazwyczaj łatwiej je przemierzyć na skrzydłach niż chopperem. Polecam koneserom męskich (jakże nie lubię tego zwrotu) trunków. Uwaga! co słabsze konstytucje mogą już po pierwszym kuflu oddać się błogiemu uspokojeniu, wywołanemu przez obezwładniający alkohol.
6.8 vol / B+
środa, 31 października 2012
wtorek, 30 października 2012
Vyškovský Březňák
Vyskovsky browar to nie tylko opisywane na tym blogu piwa specjalne - jak chce strona internetowa nazywając kolekcję piw górnej fermentacji - to także, albo przede wszystkim klasyczny, poczciwy pilzner - król czeskich stołów.
Niefiltrowany Breznak to svetly lezak premium, a więc prawdopodobnie dvanactka (choć ekstraktu nie udało mi się odnaleźć ani na etykiecie, ani na domowej stronie, sklepy podają taki właśnie ekstrakt). Zapach przyjemnie słodowy, uzupełniony chmielowymi nutami. Płyn rzeczywiście mętny, ale jest to mętność zdrowa i efektowna. Piana idealnie biała, początkowo średniej wielkości, po chwili opadła zaznaczając jedynie swoją obecność pod postacią cienkiej firanki dryfującej na powierzchni. Wysycenie całkiem spore co wybitnie wpływa na orzeźwiający charakter trunku. Kolor złoty zachęca do konsumpcji. Smak ujmujący miodowym słodem i grapefruitową oraz ziołowością chmielu. Goryczka początkowo zrównoważona, nienachalna, raczej uzupełnia pełną słodowość bukietu niż stara się ją całkowicie zdominować. Im dłużej jednak smakujemy Vyskovskiego pilznera tym chętniej odsłania on mistrzostwo swojego nachmielenia. Jakby zamiarem sladka było tak dyskretne doprawienie warki, aby na pierwszy ogląd nie zniechęcała ona co wrażliwszych gardeł. Niemniej jednak całą swoją moc chmiel uwalnia na samym końcu. Finisz niezwykle głęboki i intensywny rekompensuje wszystkim miłośnikom chmielu początkową delikatność (a dla zwolenników łagodności już jest za późno na skargi :). Najpierw potężna dawka panoszy się na podniebieniu, by pod koniec dopuścić do głosu także słód. Wracając do tego ostatniego - oprócz lekkich miodowych nut, wyraźnie daje się wyczuć owocowe estry na wzór belgijskich ejli. Całkiem to ciekawy pomysł i wynika chyba z dodatku karmelowego słodu. Taki zabieg dodaje Breznakowi niezwykle chwytliwego posmaku, który nie pozwala o nim zapomnieć.
Piwo w całości jest wyważone - jego treściwość nie przytłacza, ale gęsta faktura wystarczająco syci. Alkohol przyswajamy idealnie, pełzająca moc obezwładnia już po połowie kufla i równie szybko popuszcza by wrócić ze zdwojoną siłą przy kolejnych porcjach. Jeśli szukacie czego naprawdę wyjątkowego i nieoklepanego, rekomenduję Breznaka. Pilzner z nutką szaleństwa, który dzisiaj oczarował mnie swoją niepospolitością. Czy wynika to z rzeczywistego waloru czy z jesiennego osłabienia zmysłów spowodowanego początkiem przeziębienia? Bez względu na te dywagacje jest to piwo godne zapamiętania i polecenia.
5.2 vol / A-
Niefiltrowany Breznak to svetly lezak premium, a więc prawdopodobnie dvanactka (choć ekstraktu nie udało mi się odnaleźć ani na etykiecie, ani na domowej stronie, sklepy podają taki właśnie ekstrakt). Zapach przyjemnie słodowy, uzupełniony chmielowymi nutami. Płyn rzeczywiście mętny, ale jest to mętność zdrowa i efektowna. Piana idealnie biała, początkowo średniej wielkości, po chwili opadła zaznaczając jedynie swoją obecność pod postacią cienkiej firanki dryfującej na powierzchni. Wysycenie całkiem spore co wybitnie wpływa na orzeźwiający charakter trunku. Kolor złoty zachęca do konsumpcji. Smak ujmujący miodowym słodem i grapefruitową oraz ziołowością chmielu. Goryczka początkowo zrównoważona, nienachalna, raczej uzupełnia pełną słodowość bukietu niż stara się ją całkowicie zdominować. Im dłużej jednak smakujemy Vyskovskiego pilznera tym chętniej odsłania on mistrzostwo swojego nachmielenia. Jakby zamiarem sladka było tak dyskretne doprawienie warki, aby na pierwszy ogląd nie zniechęcała ona co wrażliwszych gardeł. Niemniej jednak całą swoją moc chmiel uwalnia na samym końcu. Finisz niezwykle głęboki i intensywny rekompensuje wszystkim miłośnikom chmielu początkową delikatność (a dla zwolenników łagodności już jest za późno na skargi :). Najpierw potężna dawka panoszy się na podniebieniu, by pod koniec dopuścić do głosu także słód. Wracając do tego ostatniego - oprócz lekkich miodowych nut, wyraźnie daje się wyczuć owocowe estry na wzór belgijskich ejli. Całkiem to ciekawy pomysł i wynika chyba z dodatku karmelowego słodu. Taki zabieg dodaje Breznakowi niezwykle chwytliwego posmaku, który nie pozwala o nim zapomnieć.
Piwo w całości jest wyważone - jego treściwość nie przytłacza, ale gęsta faktura wystarczająco syci. Alkohol przyswajamy idealnie, pełzająca moc obezwładnia już po połowie kufla i równie szybko popuszcza by wrócić ze zdwojoną siłą przy kolejnych porcjach. Jeśli szukacie czego naprawdę wyjątkowego i nieoklepanego, rekomenduję Breznaka. Pilzner z nutką szaleństwa, który dzisiaj oczarował mnie swoją niepospolitością. Czy wynika to z rzeczywistego waloru czy z jesiennego osłabienia zmysłów spowodowanego początkiem przeziębienia? Bez względu na te dywagacje jest to piwo godne zapamiętania i polecenia.
5.2 vol / A-
poniedziałek, 29 października 2012
Easy Rider Nomad
Pivovar Nomad, to kolejny przedstawiciel czeskiego odłamu latających browarów. Z manifestu tudzież deklaracji opublikowanego na domowej stronie internetowej (ciekawostka - jest także polska wersja językowa), można się dowiedzieć o idei przyświecającej fundatorom (oklepanej, wiec przytaczać nie warto) i planach na przyszłość (zagraniczne wojaże w celu warzenia w różnych miejscach). Nic oryginalnego, już to wszyscy przerabialiśmy. Ja raczej skłaniałbym się do premiowania osiadłych piwowarów, warzących na własnym sprzęcie, systematycznie i metodycznie podnoszącymi kulturę piwną swojego regionu, ale projekty w stylu Nomada w niczym mi nie przeszkadzają, wzbogacając piwosferę. W końcu liczy się nie rodowód, ale piwo.
Easy Rider to APA, czyli American Pale Ale, rodzimy odpowiednik wyspiarskiego ejla, uwarzony w północnoamerykańskiej scenerii. Oczywiście w nozdrza uderza leśno-żywiczno-cytrusowy aromat, charakteryzujący profil tamtejszego chmielu. Owa zapachowa wizytówka stała się już tak rozpoznawalna, że nawet najwięksi laicy zaczynają wzruszać ramionami, traktując tę wyjątkowość z mniejszą nabożnością niż pół roku temu. Poza snobizmem pozostają bowiem upodobania, a te nie zawsze idą w parze z "leśnym" chmielem. Nie w moim przypadku. Kolor trunku jasno bursztynowy, mętny z dużym wysyceniem. Piana całkiem obfita i trwała, apetycznie oblepia szkło. Osad drożdżowy na dnie świadczy o refermentacji w butelce. No cóż... w Czechach można sobie uwarzyć domowymi sposobami warkę i wprowadzić ją do obrotu.
Dla jako tako obytych z gatunkiem piwoszy, smak Easy Ridera nie może zaskoczyć - mamy tutaj typowego ejla chmielonego na amerykańską modłę. Jak wynika z opisu (i aromatu oczywiście) główne skrzypce gra chmiel Chinook i Willamette. Wyraźnie daje się także zauważyć chmielenie na zimno. Słód śladowy, zaznaczony jedynie, ale przełamujący monotonność goryczki. Lekka kwaśność momentami dopełnia całosć, chwilami lekko nuży. Finisz niedługi, iglasto-sosnowy. Czy jest to piwo pijalne jak chce opis ze strony internetowej? Z pewnością z myślą o tej cesze został on uwarzony. Dwunastoprocentowy ekstrakt, odfermentowanie do 4.8 vol czyni z tego specjału lekkie piwo z charakterem. Orzeźwiające chwile zapewnia wysycenie i chmiel. do 3 kufelków z pewnością można dojść, powyżej może być zbyt jednostronnie. Niemniej jednak skuchy nie ma. Solidne B.
PS W lodówce czeka jaszcze Nomad Black Hawk czyli piwo w stylu Black India Pale Ale. Oprawa graficzna tych piw została uproszczona do liternictwa i loga. I chociaż bardzo lubię taki minimalizm, o jego powodzeniu decyduje dobór kroju pisma i ogólny układ czy też kolor. Jednym słowem wbrew pozorom stworzyć udaną etykietę, na której z pozoru nic nie ma, jest tak samo trudno jak w przypadku innych grafik. Ta sztuka nie do końca wyszła Nomadowi.
4.8 vol / B
Easy Rider to APA, czyli American Pale Ale, rodzimy odpowiednik wyspiarskiego ejla, uwarzony w północnoamerykańskiej scenerii. Oczywiście w nozdrza uderza leśno-żywiczno-cytrusowy aromat, charakteryzujący profil tamtejszego chmielu. Owa zapachowa wizytówka stała się już tak rozpoznawalna, że nawet najwięksi laicy zaczynają wzruszać ramionami, traktując tę wyjątkowość z mniejszą nabożnością niż pół roku temu. Poza snobizmem pozostają bowiem upodobania, a te nie zawsze idą w parze z "leśnym" chmielem. Nie w moim przypadku. Kolor trunku jasno bursztynowy, mętny z dużym wysyceniem. Piana całkiem obfita i trwała, apetycznie oblepia szkło. Osad drożdżowy na dnie świadczy o refermentacji w butelce. No cóż... w Czechach można sobie uwarzyć domowymi sposobami warkę i wprowadzić ją do obrotu.
Dla jako tako obytych z gatunkiem piwoszy, smak Easy Ridera nie może zaskoczyć - mamy tutaj typowego ejla chmielonego na amerykańską modłę. Jak wynika z opisu (i aromatu oczywiście) główne skrzypce gra chmiel Chinook i Willamette. Wyraźnie daje się także zauważyć chmielenie na zimno. Słód śladowy, zaznaczony jedynie, ale przełamujący monotonność goryczki. Lekka kwaśność momentami dopełnia całosć, chwilami lekko nuży. Finisz niedługi, iglasto-sosnowy. Czy jest to piwo pijalne jak chce opis ze strony internetowej? Z pewnością z myślą o tej cesze został on uwarzony. Dwunastoprocentowy ekstrakt, odfermentowanie do 4.8 vol czyni z tego specjału lekkie piwo z charakterem. Orzeźwiające chwile zapewnia wysycenie i chmiel. do 3 kufelków z pewnością można dojść, powyżej może być zbyt jednostronnie. Niemniej jednak skuchy nie ma. Solidne B.
PS W lodówce czeka jaszcze Nomad Black Hawk czyli piwo w stylu Black India Pale Ale. Oprawa graficzna tych piw została uproszczona do liternictwa i loga. I chociaż bardzo lubię taki minimalizm, o jego powodzeniu decyduje dobór kroju pisma i ogólny układ czy też kolor. Jednym słowem wbrew pozorom stworzyć udaną etykietę, na której z pozoru nic nie ma, jest tak samo trudno jak w przypadku innych grafik. Ta sztuka nie do końca wyszła Nomadowi.
4.8 vol / B
sobota, 27 października 2012
Kolekcja Specjalności Książęcego
Nie mam w zwyczaju bazować jedynie na własnych odczuciach i doświadczeniach, szczególnie kiedy kwestia dotyczy ogólnie pojętej piwologii. Oczywiście staram się jednocześnie nie ulegać kolegom po piórze, tworząc raczej skromna kronikę mojego ritual de lo habitual niż busolę nastrojów i trendów codzienności. Nawyk konsumpcji spienionego specjału jest mój, więc i te wpisy odzwierciedlają raczej mapę jego ekspansji i reperkusji , a nie reakcję na opinie innych. Niemniej jednak, w przypływie skonfundowania zdarza mi się zerknąć do sieci by za pomocą guglowego ustrojstwa, wybadać co zacz. Szybka prasówka utwierdza mnie w przekonaniu, że już samo pisanie o akcji Kampanii, a także wprowadzenie jej nowych produktów do blogosfery powinno być sukcesem. Jest to oczywiście wynik odruchu wdzięczności, który w profesjonalnych relacjach nie powinien mieć miejsca. Ale my przecież jesteśmy jedynie pasjonatami wyposażonymi w ludzkie namiętności. Dlatego też możemy przez moment zaniżyć standardy i pochylić się nad trzema tyskimi muszkieterami by pomóc im wgramolić się w krąg naszych zainteresowań.
piątek, 26 października 2012
Polička Eliška
Eliska to typowe czeskie tmave pivo czyli - jak to w przypadku ciemnych piw - na dwoje babka wróżyła. Zawartość ekstraktu 13 procent, w składzie znajdziemy cukier, czyli przedstawiciel swojej rodziny w pełnej krasie.
Należy zaznaczyć że dzisiejszy bohater pochodzi z browaru, które w swoim katalogu oferuje niemal same znakomite piwa. Już taka rekomendacja powinna uspokoić początkowe obawy, choć jak wiadomo, każdemu zdarzają się słabe dni. Ale dość wspomnieć znakomite Hradebni , czy prawie dorównujące mu Zavis i przywołać wspaniałą słodowość tych przedstawicieli browaru z pardubickiego kraju by łaskawym okiem spojrzeć na Eliskę. Czy tmave będzie równie udane?
Kolor płynu, głęboko ciemny z wyraźnymi rubinowymi refleksami powstałymi w połączeniu z kontrastującym światłem. Zapach lekko karmelowy z tłem odrobinę rozpuszczalnikowym, ale nie nadającym całości tonu. Piana bardzo ładna, w kolorze ecru, utrzymuje się wyjątkowo długo.
Data przydatności do spożycia nie minęła i jeszcze daleko jej do tego, ale smak trunku wyraźnie nie pozostawia złudzeń - piwo częściowo skwaśniało i jego ocena nie może być obiektywna. Zważywszy na brak pasteryzacji, zaistniały stan rzeczy należałoby obarczyć nieprawidłowym przechowywaniem. No cóż, takie rzeczy przytrafiają się każdemu, nie warto rozdzierać szat, choć Eliska była łakomym kąskiem, zwłaszcza po całkiem przychylnych recenzjach w sieci. Jakiś kredyt zaufania jej się jednak należy i z tego co jest spróbuję stworzyć choćby zarys tego co było.
Nawet w tym stanie można tutaj wyczuć aromatyczny karmel, owocowe tło z lekką kawową nutą i wyraźną dawkę klasycznej czeskiej goryczki. Finisz długi i chmielowy stanowi duży atut tego piwa. Trudno pokusić się o określenie ogólnego charakteru, choć wypada wnioskować z gładkości i aksamitności, że jest to piwo orzeźwiające (szkoda, że wyczucie tej cechy zaburzył kwaśny posmak). Natomiast z całą stanowczością zaznaczam, że słodkość stanowi tu jedynie element bukietu, ustępującą wytrawności. Eliska jest więc piwem stosunkowo lekkim jak na swoje parametry wyjściowe i śmiało można ją zaliczyć do piw udanych. W jakim stopniu? Trudno mi zawyrokować, ale z pewnością będę wypatrywał tego specjału na sklepowych półkach by uzupełnić recenzję o garść faktów, a nie domniemań.
5.8 vol
Należy zaznaczyć że dzisiejszy bohater pochodzi z browaru, które w swoim katalogu oferuje niemal same znakomite piwa. Już taka rekomendacja powinna uspokoić początkowe obawy, choć jak wiadomo, każdemu zdarzają się słabe dni. Ale dość wspomnieć znakomite Hradebni , czy prawie dorównujące mu Zavis i przywołać wspaniałą słodowość tych przedstawicieli browaru z pardubickiego kraju by łaskawym okiem spojrzeć na Eliskę. Czy tmave będzie równie udane?
Kolor płynu, głęboko ciemny z wyraźnymi rubinowymi refleksami powstałymi w połączeniu z kontrastującym światłem. Zapach lekko karmelowy z tłem odrobinę rozpuszczalnikowym, ale nie nadającym całości tonu. Piana bardzo ładna, w kolorze ecru, utrzymuje się wyjątkowo długo.
Data przydatności do spożycia nie minęła i jeszcze daleko jej do tego, ale smak trunku wyraźnie nie pozostawia złudzeń - piwo częściowo skwaśniało i jego ocena nie może być obiektywna. Zważywszy na brak pasteryzacji, zaistniały stan rzeczy należałoby obarczyć nieprawidłowym przechowywaniem. No cóż, takie rzeczy przytrafiają się każdemu, nie warto rozdzierać szat, choć Eliska była łakomym kąskiem, zwłaszcza po całkiem przychylnych recenzjach w sieci. Jakiś kredyt zaufania jej się jednak należy i z tego co jest spróbuję stworzyć choćby zarys tego co było.
![]() |
| Ciekawsza wersja etykiety |
Nawet w tym stanie można tutaj wyczuć aromatyczny karmel, owocowe tło z lekką kawową nutą i wyraźną dawkę klasycznej czeskiej goryczki. Finisz długi i chmielowy stanowi duży atut tego piwa. Trudno pokusić się o określenie ogólnego charakteru, choć wypada wnioskować z gładkości i aksamitności, że jest to piwo orzeźwiające (szkoda, że wyczucie tej cechy zaburzył kwaśny posmak). Natomiast z całą stanowczością zaznaczam, że słodkość stanowi tu jedynie element bukietu, ustępującą wytrawności. Eliska jest więc piwem stosunkowo lekkim jak na swoje parametry wyjściowe i śmiało można ją zaliczyć do piw udanych. W jakim stopniu? Trudno mi zawyrokować, ale z pewnością będę wypatrywał tego specjału na sklepowych półkach by uzupełnić recenzję o garść faktów, a nie domniemań.
5.8 vol
wtorek, 23 października 2012
Young’s Double Chocolate Stout
Czarny jak diabelska smoła płyn wypełnia szkło. Od razu formuje się piękna, jasnobrązowa piana na grubość palca wskazującego. Warto odnotować jej długą żywotność, co nieczęsto się zdarza u pobratymców. Zapach bardzo przyjemny, roztacza się wokoło - delikatny, niemal intymny chmiel i łagodny aromat palonego słodu. Zazwyczaj piwa z dodatkiem tego składnika mają problem z zapachem. czasem jest on zbyt intensywny, niekiedy ostry, na granicy przyzwoitości. Trudno uchwycić złoty środek, który trunkowi Wells & Youngs udało się wspaniale zaznaczyć.
Pierwsze łyki odkrywają przed nami wszystkie atuty. Niespotykana i obezwładniająca nuta gorzkiej czekolady stanowi wiodący komponent bukietu, nie bez kozery w końcu użyto takiej a nie innej nazwy. Delektując się trunkiem, mija kilka chwil i lekkie oszołomienie ustępuje a oprócz czekolady pojawiają się także owocowe estry. Wyczuwam wytrawną wiśnię, nieco wędzonej śliwki, kawę, toffi, karmel, wanilię. Od samego wymieniania można dostać zawrotu głowy. Wszystko zaserwowane w niemal matematycznej harmonii, by nie użyć frazesu o boskiej symetrii. Każdy element ma swoje miejsce i wypełnia kunsztowną układankę w mistrzowski sposób. Przy całej swojej złożoności, pozostaje ten stout piwem dość lekkim i nawet - można śmiało zaryzykować - orzeźwiającym, w czym zapewne zasługa odpowiedniego wysycenia. Finisz godny najwyższych laurów, niczym zwieńczenie opery w najlepszej arii, zniewala głębią i aromatycznym chmielem. Jeden łyk to długa podróż od przypominającej Afrykę, tajemniczej gorzkiej czekolady, poprzez bujność i obfitość owocowego sadu, z małym postojem podczas zimowych świąt, zakończona królewską wytwornością.
Double Chocolate to trunek skończony, efekt wspaniałej receptury, wytrawny i aksamitny towarzysz degustacji dla każdego amatora piwa. W tym przypadku uprzedzenie czy miłość do piw ciemnych nie odegra żadnej roli w ocenie - ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Ustąpi raczej naturalnej aprobacie dla angielskich piwowarów. W tej cenie trudno będzie znaleźć coś równie jakościowego i pysznego, zważywszy dodatkowo kraj pochodzenia, gdzie jak wiadomo, ceny nie rozpieszczają. Eleganckie wrażenia uzupełnia osadzona w brytyjskiej powściągliwości oraz dyskretnym uroku oprawa graficzna w dedykowanej butelce. Cóż więcej potrzeba? Chapeau bas, panie i panowie! Mamy dzisiejszego wieczoru coś ocierającego się o doskonałość.
5.2 vol / A-
Pierwsze łyki odkrywają przed nami wszystkie atuty. Niespotykana i obezwładniająca nuta gorzkiej czekolady stanowi wiodący komponent bukietu, nie bez kozery w końcu użyto takiej a nie innej nazwy. Delektując się trunkiem, mija kilka chwil i lekkie oszołomienie ustępuje a oprócz czekolady pojawiają się także owocowe estry. Wyczuwam wytrawną wiśnię, nieco wędzonej śliwki, kawę, toffi, karmel, wanilię. Od samego wymieniania można dostać zawrotu głowy. Wszystko zaserwowane w niemal matematycznej harmonii, by nie użyć frazesu o boskiej symetrii. Każdy element ma swoje miejsce i wypełnia kunsztowną układankę w mistrzowski sposób. Przy całej swojej złożoności, pozostaje ten stout piwem dość lekkim i nawet - można śmiało zaryzykować - orzeźwiającym, w czym zapewne zasługa odpowiedniego wysycenia. Finisz godny najwyższych laurów, niczym zwieńczenie opery w najlepszej arii, zniewala głębią i aromatycznym chmielem. Jeden łyk to długa podróż od przypominającej Afrykę, tajemniczej gorzkiej czekolady, poprzez bujność i obfitość owocowego sadu, z małym postojem podczas zimowych świąt, zakończona królewską wytwornością.
Double Chocolate to trunek skończony, efekt wspaniałej receptury, wytrawny i aksamitny towarzysz degustacji dla każdego amatora piwa. W tym przypadku uprzedzenie czy miłość do piw ciemnych nie odegra żadnej roli w ocenie - ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Ustąpi raczej naturalnej aprobacie dla angielskich piwowarów. W tej cenie trudno będzie znaleźć coś równie jakościowego i pysznego, zważywszy dodatkowo kraj pochodzenia, gdzie jak wiadomo, ceny nie rozpieszczają. Eleganckie wrażenia uzupełnia osadzona w brytyjskiej powściągliwości oraz dyskretnym uroku oprawa graficzna w dedykowanej butelce. Cóż więcej potrzeba? Chapeau bas, panie i panowie! Mamy dzisiejszego wieczoru coś ocierającego się o doskonałość.
5.2 vol / A-
Subskrybuj:
Posty (Atom)







