niedziela, 30 września 2012

Purkmistr Polotmavy

Purkmistr Polotmavy to piwo "angielskiego typu" jak wyraźnie informuje etykieta. I rzeczywiście kolor, aromatyczność oraz uwodząca owocowość z dużym powodzeniem nawiązuje do wyspiarskiego profilu. Z góry muszę zaznaczyć, że zakupiony przeze mnie egzemplarz był już trochę przeterminowany, co w przypadku piw niefiltrowanych i niepasteryzowanych (a z takim mamy do czynienia) zawsze jest obarczone pewnym ryzykiem zepsucia. Skusiłem się niską ceną (obniżoną, co zrozumiałe) wierząc we własne siły zdolne oddzielić ziarno od plew, które z pewnością predestynują mnie do sklecenia w miarę obiektywnej recenzji. Trzeba trochę w siebie wierzyć :)

Kolor naszego piwa przypomina piękny okaz bursztynu i jest to element warty wyróżnienia. rzadko spotyka się tak piękna barwę cieszącą oko i wykorzystującą każdy promień słońca by wyeksponować swoje walory. Wysycenie duże, choć piana niezbyt obfita. Zapach królewsko słodowy, z owocowo-wiśniową nutą. Smak orzeźwiający, słód owocowy z winnym aromatem do tego goryczka bardzo głęboka i wyraźna, nie zakłócająca jednak owocowego profilu. Całość łagodna i świetnie zestawiona. Piwo należy do grupy trunków degustacyjnych, które nie zatraciły waloru sesyjności. Bez trudu można przy polotmavym Purkmistra spędzić cały wieczór i nie odczuwać zmęczenia bukietem aromatów. Etykieta (już o tym wspominałem przy okazji Pale Ale tego browaru) prosta, ale przyjemna dla oka, odwołująca się do tradycji czeskiego wzornictwa charakterystycznego dla tamtejszych wyrobów.

Tak wygląda minibar w pivotece Base Camp, gdzie polotmave zostało zakupione

Jeśli zapragniecie sprawdzić jak smakują piwa z małych czeskich browarów, szukajcie butelki z wizerunkiem wielbłąda na etykiecie - gwarantuję nie będziecie żałować, a wrażenia z pewnością wryją się w pamięć na długi czas.

PS Pivoteka Base Camp oferuje jedynie piwa butelkowe, ale można je dodatkowo zdegustować na miejscu. Dostępne są trzy stoliki przy których z trudem zmieści się dwanaście osób, do tego jakieś trzy stojące i już mamy tłok :) Niemniej jednak warto się tam wybrać: atmosfera jest luźna i przyjemna, wybór znakomity (uważać na daty przydatności do spożycia! - chociaż pijąc na miejscu można z powodzeniem reklamować trunek, który "wyszedł"), a w telewizorze lecą stare czeskie produkcje filmowe.
4.8 vol / B+

sobota, 29 września 2012

Jubiler Mild Stout

Wielbicieli stouta nie brakuje, w końcu znany na całym świecie Guinness nie wziął się znikąd, a pracując długie lata na swoją markę i promując ten wyspiarski styl, stał się niemal ikona browarnictwa. Czy Czesi, amatorzy jasnego z pianką, także zagustują w ciemnym trunku? To pytanie zapewne nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale nieduże partie wypuszczane na rynek, w ramach serii przeznaczonych dla piwoszy, stały się już u naszych południowych sąsiadów normą. Robią to nie tylko małe browary, ale także i przemysłowe. Polska w porównaniu z tamtejszym rynkiem, zaledwie raczkuje, a nasze produkty w tym segmencie nie dość, że są produkowane przez browary kontraktowe, to jest ich jeszcze jak na lekarstwo. Dzisiejszy bohater z browaru vyskovskiego Jubiler Mild Stout reprezentuje taką serię dedykowaną degustatorom (i oczywiście każdemu innemu chcącemu się, co tu dużo pisać, napić), a przedstawiciela której przyszło nam już kiedyś na tym blogu opisywać.

Po otwarciu butelki roztoczył się naprawdę przyjemny aromat chmielu i zapowiedział wytrawną ucztę. Po chwili doszlusowały do niego lekko palone aromaty i minimalnie owocowe nuty. Po przelaniu do kufla ukazał się czarny jak szatańska smoła płyn, zwieńczony wspaniałą pianą. Kożuszek w kolorze ecru utrzymuje się cały czas i do tego znaczy wspaniałe ślady na szkle. Po pierwszym łyku wszystko jasne: zapowiedź z etykiety, gdzie tekst odwołuje się do Guinnessa, nie powstał bez kozery. Mocno wytrawny trunek cieszy podniebienie, a kremowa pianka stanowi wspaniałe zwieńczenie każdego łyka. Goryczka jest głęboka, z nawet minimalnie ostra, do tego posmaki palonego słodu zdają się jedynie dogrywać melodię a nie w niej przewodzić. Nietrudno także wyłowić smaki gorzkiej czekolady, które wspaniale spajają całość. Poza tym trochę kawy i tyle. Mogłoby być to bardziej intensywne, ale właśnie ta łagodność czyni z Jubilera piwo wyraźnie sesyjne, a sesyjność to pożądana cecha stouta. Finisz bardzo długi i wspaniale goryczkowy, w którym wyraźnie można wyczuć chmiel Fuggles.

Base Camp pivní galerie w praskiej dzielnicy Bubenec. Tutaj kupiłem Jubilera

Wyobrażam sobie jak to piwo musi smakować lane wprost z beczki, kiedy czekając przepisowe 3 minuty na zapełnienie kufla, z przyjemnością czeka się na finał barmańskiej powinności. Nie jest to oczywiście specjał rzucający na kolana, ale pozazdrościć solidności i... odwagi. Mierzenie się z legendą nie zawsze musi boleć.
4.7 vol / B+

piątek, 28 września 2012

Svijanský Weizen

Restauracja U Rokytky leży w praskiej dzielnicy Libeń. Każdy miłośnik literatury powinien skojarzyć to miejsce z Bohumilem Hrabalem, który nota bene w pobliżu tej gospody mieszkał. Po jego kamienicy został już tylko mural przypominający samą postać pisarza (oraz fragmenty prozy i ulubione koty) wyeksponowany pomiędzy parkingami tuż obok stacji metra Palmovka. W ścisłej okolicy, a naprzeciwko samego Rokytky, dumnie w niebo wznosi się komin libeńskiego browaru przywołując choć na chwilę stare czasy często opisywane w twórczości najbardziej znanego mieszkańca tej dzielnicy.

Sama restauracja należy do typowych czeskich przybytków z wszystkimi wiążącymi się z tym atrakcjami. Mamy tutaj miejscowy koloryt, niezłe jedzenie, gwarny tłumek spragniony radośnie spędzanych chwil, kelnera krążącego po sali i zabawiającego gości, karteczki z systemem kresek no i oczywiście znakomite piwo. Patronem U Rokytky jest browar Svijany i to jego produkty degustowałem owego ciepłego, jesiennego dnia w czasie pobytu w Pradze. Opisałem jeden: rzadko spotykany, dostępny bowiem jedynie w wersji lanej, Svijanský Weizen.


Fragment libeńskiego murala
Komin nieczynnego libeńskiego browaru widoczny z okien restauracji U Rokytky

Obserwacja wspomnianego komina, skróciła czas oczekiwania na piwo. Pojawiło się na stole w kilka chwil i bez zbędnych ceregieli. Zapach wybitnie bananowy z ledwo zaznaczonym cytrusowym tłem. Piana niestety lekko zawiodła - niewielka, do tego znikająca jak kamfora, a w połowie kufla nie został po niej nawet ślad. Kolor weizena jest przyjemny dla oka, złoty, a szlachetną ostrość barwy łagodzi mętność przywodząca na myśl wypełniony karpiami staw.
Nie każdy to lubi...
A to lubi każdy :)

Pierwszy łyk i już wiadomo, że mamy przed sobą trunek lekki i orzeźwiający w typie klasycznych weizenów. Na pierwszym planie bardzo wyraźne banany, uzupełnione cytrusowym tłem z ledwie zaznaczonymi lub raczej maźniętymi kremowymi drożdżami. Piwo idealnie komponuje się z letnim dniem i leniwym słonecznym wczesnym popołudniem. Zważywszy na fakt, iż styl ten nie należy do czeskich specjalności, można powiedzieć, że Svijany odrobiły lekcję bardzo porządnie. Svijanský Weizen nie jest oczywiście pozbawiony wad (choćby wspomniana piana), które raczej nie wywindują go do pierwszej ligi bawarskich odpowiedników, ale spożyte w atmosferze libeńskiej gospody wraz z odrobiną utopenca, przysporzy sporo satysfakcji. Mocne B.
28 koron / B

środa, 26 września 2012

Purkmistr Pale Ale

Browar ze stylowym wielbłądem w godle raczy swoich klientów trunkami starającymi się łączyć tradycje czeskie z angielskimi. Przynajmniej dwa piwa, które przyszło mi zdegustować, wpisują się w tę krótką charakterystykę. Dzisiaj na pierwszy ogień idzie Pale Ale, które nie tylko w smaku, ale i w nazwie wprost nawiązuje do klasycznych wzorców.

Pivovarski dvur Plzen serwuje swoje produkty sygnowane charakterystycznymi etykietami, i choć nie ma w nich przesadnej dbałości o detal, ani rezolutnej wyobraźni, ujmują bezpretensjonalnością, ilością informacji, czytelnym układem. Oprócz informacji oczywistych mamy tutaj nazwiska odpowiedzialnych sladków i zestawienie receptury. Bardzo to miłe i uczciwe.

Pale Ale to piwo o ekstrakcie 13 procentowym, którego zapach wyraźnie nawiązuje do czeskich pilznerów (to zapewne zasługa czeskich chmielów). I należy odnotować, że jest to pierwszy dowód na wspomnianą na początku ideę łączenia swojskiego z zamorskim. Kolor bursztynowy, owiany mgiełką drobin (co jest oczywiście zasługa braku filtracji), piana imponująca swoją solidnością - gruboziarnista, biała niewielkiej wysokości, ale nieprawdopodobnie trwała. Sposób w jaki oblepia szkło powinien być wzorcowy dla innych odpowiedników. Wysycenie utrafione w styl. Smak goryczkowy i łagodny zarazem. Zrazu lekko kwaśnawy by po chwili ustąpić klasycznej goryczce uzupełnionej słodowym nutom, z przewagą  - można rzec - jesiennej owocowości. Finisz bardzo długi i przyjemny, w którym wszystkie zalety zdają się echem przypominać. Czyli początkowa lekka agresywność goryczki ustępuje nieco pod naporem słodowych aromatów. Piwo ujmuje kremowością i gładkością, a ta idealnie sprawdzi się jako towarzysz pubowych biesiad tudzież bohater intymnej degustacji.

Browar w swoim portfolio ma kilkanaście różnych gatunków, choć na mapie czeskiego browarnictwa zajmuje miejsce producenta niewielkiego - w końcu to hotel i pivovar nastawiony na trochę inny rynek. Niemniej jednak ambicje tej inicjatywy wybiegają mocno w przyszłość a sposób realizacji celu zasługuje na uwagę. Jak się przekonamy przy okazji następnego piwa Purkmistr, Pale Ale nie jest jakimś szczególnym wyjątkiem. W tym pilzneńskim przybytku jakość po prostu jest normą.


 PS. Niniejszym rozpoczynam podsumowanie wypadu do Pragi gdzie udało się odwiedzić kilka znakomitych piwiarni i zakupić sporo piwowarskich perełek, wyprodukowanych przez tamtejsze niewielkie browary.
5.9 vol / A-

czwartek, 20 września 2012

Sto15° Ostravar

Ostravar obchodząc 115 rocznicę swojego powstania postanowił uczcić okoliczność warząc piwo specjalne. Nie jest to może pomysł zbyt oryginalny, jednakże naturalnie narzucający się. Problem polega na tym by jubileuszowy trunek wbił się w pamięć, a nie spowodował czegoś wręcz odwrotnego. Innymi słowy mierzenie się z własną historią wymaga jednak sporego przygotowania i niemałej odwagi. Sto15° to czeska piętnastka, bohater naszej dzisiejszej degustacji. Już etykieta skromnie oznajmia, że pompy tutaj nie będzie, a okrzyk "Orkiestra, tusz!" wywoła jedynie niedługi jęk kwartetu smyczkowego, w którym czwarty muzyk postanowił wzmocnić efekt, przedkładając z musu skrzypce na rzecz helikonu.

Zapach niezbyt przyjemny chlebowy, z nutami owocowymi, a wszystko to podlane rozpuszczalnikową bazą, niezbyt intensywną, ale wyraźnie wyczuwalną. Piana rachityczna, znika po niecałej minucie. Wysycenie tego trunku jest za duże, dwutlenek węgla uderza do nozdrzy przy każdym łyku i wyraźnie szczypie w język. Kolor natomiast nienaganny, pięknie bursztynowy płyn mieni się w kuflu, a delikatna mgiełka zmętnienia dodaje mu tylko unikalnego czaru.

Smak niestety zawodzi. Rozpuszczalnikowo-emulsyjne ślady są zdecydowanie za mocno wyczuwalne, towarzyszą goryczce, jakby chciały ją sztucznie podbić ku uciesze  "prawdziwych mężczyzn". Także słód zdominowany został przez te remonotowo-chemiczne konotacje i właściwie trudno doszukać się w tym piwie czegoś w czystej postaci. Każdy element jest zafałszowany, dosztukowany, niepożądanym smakiem, jawi się nie jak rasowa składowa, ale jak proteza, imitacja, odbicie oryginału. Duża zawartość alkoholu przekłada się dość szybko na zmysły, co świadczy o jego niezłej przyswajalności. Można zatem litościwie mniemać, że użyto tutaj możliwie maksymalnie naturalnych komponentów, ale sam proces ich uzdatniania został kiepsko potraktowany. Zawsze będzie to jakieś alibi dla jubileuszowego produktu. Choć jestem przekonany, że dla wielu nie będzie to alibi, ale główna linia obrony w oskarżeniu. Z tym Ostravarem jest tak jak z okrągłymi rocznicami: trzeba przez nie jakoś przejść, z uśmiechem na ustach aprobować wznoszone toasty, silić się na dobry humor i  zapewniać gości, że do końca życia będziemy wspominać jubileuszowe chwile. A w gruncie rzeczy smutna prawda wyzierać będzie z każdej spędzonej pod przymusem chwili - 50 urodziny to w końcu nie to samo co 20.
6.9 vol / C+

środa, 19 września 2012

Moravské Sklepní

Rycerz na etykiecie dzierży w prawej ręce kufel piwa, a w lewej tarczę ozdobioną symbolem krzyża. Nie od dziś wiadomo, że rycerze lubią piwo i walki w obronie wiary. Sam wzór i wzór kontryetykiety w heraldycznym kształcie mieni się złocistymi barwami i połyskuje zgaszoną czerwienią. Nie wiem po co to wszystko...
Nie raz wyrażałem swoją dezaprobatę dla tych rycerskich odniesień w oprawie piw i tutaj pozostanę równie nieugięty.

Kolor: słomkowy, pięknie stonowany. Płyn nieśmiało mętny.

Zapach: słodowo-chlebowy z nutami kwaskowymi.

Piana: Średniej wielkości, gruboziarnista, utrzymuje się długo.

Wysycenie: solidne co wpływa na wybitną rześkość trunku.

Smak: Lekka dominacja głębokiej, choć łagodnej goryczki, rzuca się po pierwszym łyku. Dopełnia ją wysokiej jakości słód. Do tego kwaskowe nuty. Jak na desitkę to piwo do rozwodnionych raczej nie należy. Finisz średniodługi z ciekawym akcentem słodowym, uzupełnionym goryczkowym echem.

Piwo świetnie nadaje się na trunek sesyjny i do codziennego spożycia w zasadzie nieograniczonych ilościach. Nieźle zestawione, ciążące raczej w stronę pilznerowego wzorca i wpisujące się w styl w całej rozciągłości. Mam oczywiście na myśli wzór pilznera butelkowego, masowo dostępnego i powszechnie spożywanego w setkach hektolitrów, nie tylko u naszych południowych sąsiadów.
Bardzo solidny wybór zasługujący na niejedną powtórkę.
4.0 vol / B
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...