czwartek, 29 listopada 2012

Sonnenbräu Eber-Weisse

Jeśli na etykiecie pojawia się wizerunek świni wychylającej szklanicę piwa, a w nazwie użyto gotyckiego kroju czcionki, to z pewnością mamy przed oczami niemiecki trunek. Tego swoistego, a nawet osobliwego poczucia humoru, trącącego z jednej strony przaśną wiejskością i lekkim dystansem do własnej tradycji z drugiej strony, trudno pomylić z czymkolwiek innym. Nie ma to jak usiąść wygodnie z butelką bawarskiej specjalności w ręku i rozmarzyć się o starych, dobrych czasach wypełnionych jodłowaniem, alpejską panoramą i konkretnym mięsiwem opiekanym na wolnym ogniu. Aż łezka się woku kręci, a skórzane szorty marszczą gdzie nie potrzeba.

Zapach naszego weizena jest drożdżowo-bananowy, i w sumie nie byłoby w tym nic godnego szerszego omówienia, gdyby nie intensywność tego pierwszego skłądnika - zaburza on nieco harmonię aromatu. Kolor piwa złocisty, sam płyn bardzo mętny, początkowo obfita piana, opadła jak emocje po premierze nieudanego filmu. Ciągle patrząc na "świńską etykietę", wpatrując się w jej drugi plan z  wieżą kościoła górującą ponad dachami malowniczo miasteczka przycupniętego w jakiejś dolinie, raczę się pierwszym łykiem.

Śliski i gładki smak drożdży wydaje się rywalizować tutaj ze wszystkim. Dodatkowo jego posmak nieco zjełczałego masełka wyraźnie nie licuje z całością. Gdzieś obok majaczą wytrawne banany i cierpkie goździki. Cytrusy są obecne w szerokim tle, choć momentami tłumi je kwaśność. Warto podkreślić, że postarano się o zaznaczenie goryczki, a chmiel wyraźnie wybrzmiewa aż do finiszu. Weizen z Sonnenbrau to "pszenica" ulokowana pośród tej wytrawnej grupy, która dodatkowo ma ambicje lekkiego wstrząśnięcia nieco ugładzonym stylem. Ze względu na swój brak słodyczy aspiruje do bycia sesyjnym napitkiem, ale drobne niedociągnięcia jak i wyraźne wady, nie zachęcą mnie do wychylenia następnych kufli. Przede wszystkim zapach, który także ma swoje odzwierciedlenie w smaku, powoduje moją lekką awersję. Zbyt mało aromatyczne estry, także nie poprawią oceny. Do zalet można przypisać goryczkę oraz niezłą treściwość przy ogólnie lekkim charakterze. Rekapitulując: piwo nie należy do bawarskich wizytówek, a ledwo majaczący potencjał został zaprzepaszczony w jakimś piwowarskim bezhołowiu. Otruć sie nie da, wypić jakoś też, ale nie zmienia to faktu, że ciężką będzie dzisiaj wyjść poza C. Mniej niż B-.
5.0 vol / C+

poniedziałek, 26 listopada 2012

Hron Premium

Primator do dobrze znany polskiemu piwoszowi browar, usytuowany tuż za granicą w Nachodzie. W swoim portfolio ma cały szereg różnych trunków, o urozmaiconym obliczu i jakości. Hron to piwo u nas spotykane rzadziej, natomiast w miejscu produkcji poprzedzono jego sprzedaż kampanią promocyjną, w związku z czym nie jest anonimowe. Ale wszystko wskazuje na to, że przeznaczone zostało raczej na masowy rynek. Włodarze browaru chwalą się, że powstało według starych receptur i uwodzi swoim aromatem i smakiem. Skąd my to znamy...

Cechy zewnętrzne Hrona są nienaganne - mamy pięknie sklarowany, złoty płyn, widzimy niezłą pianę oblepiającą szkło oraz wysycenie jakie odpowiada stylowi. Problem zaczyna się w czasie pierwszych prób organoleptycznych. Zapach rozczarowuje - trochę słodu, odrobina kwasku minimalne aromaty chmielowe i wyraźnie wyczuwalny diacetyl. Pierwszy łyk potwierdza obawy - nie jest to piwo uwarzone dla koneserów, a jego grupa docelowa została określona najszerzej jak się dało. Goryczka głęboka, choć nieco ściągająca i zbyt "pestkowa", pozbawiona aromatycznego uroku, zdecydowanie dominuje nad miałkim słodem o niewielkiej rozpiętości bukietu. Wspomniany maślane posmaki są początkowo wyczuwalne, ale wraz z opróżnianiem kufla przechodzą do finiszu, gdzie konkurują z długo wybrzmiewającą goryczką. Niespecjalnie przeszkadzają, ale także nie za bardzo pomagają, dodatkowo tworząc wraz z goryczką niezbyt udany mariaż. Balans wyraźnie przesunięty w stronę goryczki, po kilku łykach nuży, zaczynamy myśleć o tym czego nie ma: aromacie pilzneńskiego słodu, bardziej wyrafinowanym chmielu. Gdyby dołożyć tutaj nieco klasycznych słodowych nut, trunek wskoczyłby na zupełnie inny poziom, gdzie zaczynają się prawdziwe oceny, a nie naciągane "niewiadomoco".

Hron zawodzi i nie warto po niego sięgać powtórnie. Na sklepowych półkach można bez trudu znaleźć o niebo lepsze piwa w tym przedziale cenowym. A szukając po sąsiedzku (np. Krakonos), nawet piwa wybitne. W przypadku Primatora potwierdza się stara, banalna i wyświechtana prawda, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością.
5.0 vol / C+

niedziela, 25 listopada 2012

Bombardier Premium Bitter

Angielskie piwa to ciągle u nas rzadkość. Nawet jeśli się pojawiają to ceny przyprawiają o zawrót głowy. Tym bardziej trzeba się cieszyć, gdy możemy w rozsądnej cenie poznać klasyczny angielski styl wprost z wyspiarskiego browaru. Nie jest to oczywiście browar niszowy, ale zważywszy na jakość oferowanych produktów tej stajni (patrz Double Chocolate Stout), pewnym kredytem zaufania warto go obdarzyć. Bombardier od Wells & Youngs reprezentuje najbardziej klasyczny styl: bitter, w wersji premium bitter, a więc mającej uchodzić za wizytówkę. Przy okazji (niestety) z pewnością pojawi się refleksja dotycząca jakości i poziomu brytyjskich dużych browarów w kontekście rodzimego rynku. Ale dość narzekania.

Po przelaniu do kufla naszym oczom ukazuje się znakomicie sklarowany płyn w barwie ciemnej miedzi, wyjątkowo efektownie się prezentujący, zwłaszcza że kremowa piana wieńczy zawartość szkła i nie zamierza odpuścić, klejąc się doń niemiłosiernie. Zapach bardzo przyjemny, niesie ze sobą aromatyczny słód i królestwo angielskiego chmielu z całym jego dobrodziejstwem. Wizualnie Bombardierowi nie można nic zarzucić, a z pewnością w konkursie na najbardziej klasyczny wygląd bittera, zająłby on zasłużenie wysokie miejsce. Po pierwszym łyku emocje nieco zostają ostudzona, ale podkreślam: nieznacznie. W smaku da się wyczuć alkohol i to jest zła wiadomość tonująca nieco pierwsze wrażenie. Poza tym jest bardzo dobrze. Goryczka głęboka i całkiem mocno pobrzmiewa, aż do średniego finiszu, ujawniając nam opiewaną chwałę  chmielu Fuggles - żywiczność, nuty tropikalne i anyżowe, wszystko jednak stonowane, nienachalne, z iście brytyjską powściągliwością statecznego dżentelmena. Do tego słód, z wyraźną dominacją nut karmelowych i minimalnie palonych. Na podniebieniu pojawia się lekki kwaskek wtórujący wspomnianemu alkoholowi, co w efekcie nieco podkreśla jego obecność. Z jednej strony ta kombinacja sprawia, że ogólny charakter Bombardiera jest ożywczy pomimo niewielkiego wysycenia (naturalnego dla tego stylu), ale z drugiej strony staje się przyciężkawa i trochę irytująca na dłuższą metę. Niemniej jednak, kiedy tempo degustacji spada wada ta zdaje się rozmywać w dominujących zaletach. Jeśli zatem chcesz spędzić cały wieczór przy tym piwie, nie spiesz się, daj sobie czas na długie dysputy i dobrą zabawę, którą Bombardier ma podkreślić a nie zastąpić. Wtedy nie będziesz zawiedziony. Etykieta przyciąga wzrok krzyżem św. Jerzego, który to symbol jednocześnie kojarzy się z krajem rodzinnym Bombardiera. Nie ma w niej zaskoczenia, ale pewna solidność połączona z dyskretnym smakiem warta jest odnotowania.

Pomiędzy B a B+ (w związku z pewnymi chemicznymi dodatkami - w końcu na jaką cholerę to paskudztwo dodawać do naturalnych piw - postanowiłem skłonić się do oceny nieco niższej).
5.2 vol / B

środa, 21 listopada 2012

Herold světlý kvasnicový pšeničný ležák

Pivovar Herold to mało u nas znany browar warzący całkiem ciekawe piwa, dlatego zachęcam wszystkich odwiedzających naszych południowych sąsiadów, by osobiście zapoznali się z ofertą z Brzeźnic. Konsekwencja w prezentowaniu medali na etykiecie, może łatwo nas zmobilizować do weryfikacji zasadności ich przyznania, co jednych wprawi w błogi nastrój innym zaś pozwoli poczuć się recenzentami recenzentów. A propos: etykieta całkiem przyjemna, niemiłosiernie poprawna, w tej swojej klasyczności prawie urocza, a z pewnością sympatyczna. Przewrotny napis (raczej niezamierzona to przewrotność) głosi, że mamy do czynienia z pszenicznym lagerem, co przywodzi na myśl Książęcą pszenicę z Tychów, dość krytycznie onegdaj przeze mnie potraktowaną. Ale bez obaw - to najzwyczajniejszy w świecie weizen w z bawarskim rodowodem, do tego niepozbawiony błysku oryginalności.

Najpierw zapach w którym wyraźnie dominują goździki i banany, te ostatnie niemal osaczają nozdrza. Płyn złoty, mętny. Wysycenie całkiem spore, piana średnio gruba, stara utrzymać się długo, i więcej w tym zamysłu niż wykonania. W połowie kufla zmęczona opada i szukaj wiatru w polu.
Smak wyraźnie słodowy, choć niepozbawiony zwiewnej goryczki, która niemniej jednak jest na tyle łagodna, że można ją przegapić. Za to w finiszu aromaty chmielowe występują już całkiem pierwszoplanowo, ale stanowią jakby dopełnienie niezwykle gładkiego słodu wybrzmiewającego przez długi czas. Wracając do smaku: bananowe estry, rozciągnięto tutaj do granic możliwości. Chwilami sąsiadują z gumą balonową i zaskakującym znienacka miodem gryczanym, a gdzieś w tle pobrzmiewa jabłko. Do tego oczywiście goździki tak wtopione w aromat, iż wydaje się jakbyśmy żuli płatki tego kwiatu. Na koniec orzeźwiające nuty cytrusowe i przytłumione drożdżowe echo. Sporo tego, choć odnoszę wrażenie, że wkradł się do receptury mały zamęt. W zależności od tempa spożycia przeszkadzają dwie rzeczy: pijąc szybko, duszkiem, słodowa część zbyt dominuje, stając się przyciężkawa, natomiast degustując spokojnie, powoli racząc się niewielkimi łykami, goryczka zaczyna się uwydatniać i oddzielać od całości burząc harmonię smaku.

Słodownia browaru Herold. Coraz to rzadszy widok w browarach.

Raczej nie wychylisz tego trunku więcej niż dwa kufle, ale w końcu nie musi to być wadą. Tak czy owak Herold to całkiem przyjemny pszeniczniak, z wyraźnymi aspiracjami przełamania bawarskiego schematu. Czy zakończyło się to sukcesem? Zapewne znajdzie się wielu, którzy taką opinie podzielą, dla mnie jednak jest to sukces połowiczny, co nie przeszkadza ocenić tego piwa pozytywnie. Coś pomiędzy B a B+.
5.0 vol / B

poniedziałek, 19 listopada 2012

Vyškovská Desítka

Mając na uwadze poprzednie produkty Vyskovskiego browaru, oczekiwałem solidnego trunku,  wpisującego się w miły trend małych czeskich browarów, warzących lepiej od komercyjnych braci. Nie zawiodłem się.

Desitka siłą rzeczy jest piwem przeznaczonym do powszedniego spożycia i mało kto rozwodzi się nad jej zaletami. Niejednokrotnie wspominałem o  tym, że dla większości najważniejsze jest to by nie przeszkadzała w czynnościach, którym towarzyszy. Próby uczynienia z niej napoju wyrafinowanego i zasługującego na szersze omówienie, nie należą do częstych, a nierzadko spełzają na niczym, niosąc ambitnym porażkę. Tym bardziej należy docenić próby udane łączące subtelny i lekki charakter będący znakiem rozpoznawczym tej pilzneńskiej rodziny, z elementami starającymi się troszkę go
wywindować, podrasować czy też zwyczajnie ubarwić. Vyskovska desitka zalicza się do takich piw i chwała jej za to, że planując długie posiedzenie, nie będziemy zagubieni w dobrze zaopatrzonej piwotece.

Kolor szczerozłotego samorodka, wysycenie porządne i całkiem aromatyczny zapach, rozpoczynają nasza przygodę. Piana niestety niezbyt pokaźnych rozmiarów, ale może to być wynikiem niedbałego zaserwowania. W zapachu dominuje wyraźnie, czysty słód, pozbawiony naleciałości. Całkiem przyjemnie wnika on do nozdrzy, a chmielowe tło, podkreśla ten aromat. Smak to idealna wypadkowa dwóch klasycznych składowych pilznera: głęboka i szeroka goryczka, nienachalnie wtórująca wspaniałym słodowym aromatom, pełnym letniego siana, świeżego pieczywa, odrobiny kwiatowości i śladowym ilościom lipowego miodu. Finisz średniej długości, w którym im bliżej końca, tym bardziej do głosu dochodzi chmielowy aromat. Pivovar Vyskov uraczył nas świetnym piwem, będącym niemal kwintesencją stylu. Łagodnym, orzeźwiającym, aromatycznym i niezwykle sesyjnym trunkiem, o którym warto pamiętać nie tylko w czasie lata.
4.2 vol / B+

wtorek, 13 listopada 2012

Altbier, Pils, Piwo na Miodzie Gryczanym - Browar Jabłonowo



Paczka przyszła dyskretnie, bez wielkiego szumu i zapowiedzi, tak po prostu. W środku 3 piwa. Ale po kolei. Browar Jabłonowo to stały bywalec dużych sklepowych sieci. Niby jest mały, trochę regionalny, starał się nieco wygrać na modzie preferującej odmienne browary od koncernowych, jednak zawsze trącił lekką tandetą, choć ambitnie próbował to emploi przełamać - na przykład flagowym Belfastem, który do dzisiaj stanowi marketingowy atut browaru. Szeroki katalog piw obejmuje zarówno typowe mózgotrzepy, strongi, mocne i inne wymysły na szybką akcję, jak i jakieś cudaki typu Pedritos. Od sasa do lasa, ale taka a nie inna jest myśl przewodnia w Jabłonowie. Ostatnio coś drgnęło i wprowadzono kategorię piw dla tzw. konesera i stąd akcja, w efekcie której na moim stole wylądowała drewniana skrzyneczka skrywająca trzy specjały. "Browar Jabłonowo" staje się tylko przypiskiem do "Manufaktury Piwnej". W dobie industrializacji termin manufaktura miał zdecydowanie pejoratywne zabarwienie, a teraz by zaimponować konsumentom i odwołać się do kulturowych kodów, wyrażenie to wraca do łask. Ma się kojarzyć z solidnością, ręczną robotą i ekskluzywnością. Zatoczyliśmy już koło, a dzięki koncernowym produktom, nowoczesny kojarzy nam się źle. Takie czasy...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...