środa, 9 stycznia 2013

Feldschlößchen Urbock

Należący onegdaj do Carlsberga browar z Drezna wrócił do macierzy i znalazł się pod skrzydłami Frankfurter Brauhaus. Co to oznacza dla drezneńskiego przybytku? Chyba niespecjalnie wiele, bardziej świadczy o kryzysie wielkich w Europie.

Przede mną butelka z solidną niemiecką etykietą, niespecjalnie wyróżniająca się spośród tłumu niemieckich piw. Niemniej jednak postać czeladnika dzierżąca dwa pokaźne kufle w dłoni, w czerwonej koszuli z wyhaftowanym emblematem "f" na piersi, budzi sympatię. Urbock to wg definicji to mocniejsza wersja stylu bock, choć w tym przypadku nie do końca mamy do czynienia z normatywnym podejściem do tematu. Wszak z łatwością możemy wskazać koźlaki o podobnej zawartości alkoholu.

 Kolor ciemnej miedzi połyskujący brązowymi blikami. Piana drobnoziarnista, niewysoka choć trwała skrywa toń trunku. W zapachu dominują estry owocowe - trochę śliwki, całkiem sporo wiśni do tego nuty karmelowe i delikatny kwasek alkoholu. Piwo jest pełne i kremowe, w połączeniu z pianą wydaje się syropem zwłaszcza, że słód tutaj dyskretnie dominuje, a goryczka stanowi jedynie dopełnienie harmonii. Karmelowe aromaty są głębokie, lekka spalenizna przedostaje się do finiszu i rywalizuje tam z goryczką, ale generalnie ten finisz przebiega mimochodem i dość leniwie. W słodzie swoją obecność sygnalizuje aromatyczna wiśnia, suszona śliwka, akcenty chleba razowego i winne tło. Czyni to z drezneńskiego specjału piwo wyraziste i dedykowane do degustacji deserowej, dajmy na to przy błyskającym ogniem kominku. Wychylenie kufla nie tylko wprawi cię w dobry humor (alkoholu trochę w tym jest), ale z pewnością dodatkowo wypełni żołądek dodatkową treścią , więc na niedosyt nie będziecie narzekać.


Jeśli degustujesz w mocnych, ciemnych piwach, ten urbock przypadnie ci do gustu, dla całej reszty będzie solidną propozycją, lecz - nie wykluczam - raczej jednorazową. Zasłużone B.
7.0 vol / B

piątek, 4 stycznia 2013

Diamond Bear Southern Blonde

Piwo wprost z rodzinnego stanu Billa Clintona, Arkansas nie zachwyca. Na szczęście w lodówce chłodzą się jeszcze dwa inne produkty browaru, więc nie można narzekać.

Minął czas świątecznych bzdetów, nudny, osowiały okres przepełniony ględzeniem o rodzinnych tradycjach i magicznych, dobrych uczynkach, z kolędami w hipermarketach i ciągnącymi się reklamami z tv w tle. Kto mógł opisywał wrażenia z degustacji piw uwarzonych na tę okoliczność, komu się udało, wystrzegał się ich jak diabeł święconej wody. Zwyczaj podkręcania śruby i podbijania grudniowej gorączki dotyczy także browarów, które gdzie tylko mogą walą te cholerne korzenne przyprawy, atakując w oczy zielono-czerwonymi etykietami. Uff... Jako zwolennik racjonalnego podejścia do tych kwestii, ignoruję falsyfikaty podsuwane przez zasady rynku, a piwo będzie dla mnie zawsze piwem, bez względu na moment jego zakupu. Nie ulegam wymuszonym nastrojom, nie wierzę w sztuczną mgłę i zimnym okiem staram się ogarniać rzeczywistość. Żaden trunek nie dostanie u mnie bonusa tylko z tego powodu, że został wypuszczony w odpowiednim momencie, właściwej etykiecie i z modnymi świątecznymi ingredientami. Albo będzie dobry, albo nie. Zresztą gdzie jest tego granica? Święto zmarłych - pumpkin ale, Boże Narodzenie - christmas ale... aż strach pomyśleć czym nas uraczą np. 1 grudnia (przypominam: Światowy Dzień AIDS).


Święta to także czas podróży i to dzięki temu wzbogaciłem się o trzy produkty małego amerykańskiego browaru Diamond Bear, ulokowanego w samym sercu stanu Arkansas, Little Rock. Na pierwszy ogień wybrałem Southern Blonde, czyli amerykańską wersję/wariację na temat niemieckiego pilznera. Jak informuje strona domowa browaru, trunek ten ma 11.5 Blg i 4,14 procent alkoholu, a nachmielony został niemieckim Perle i czeskim Saaz.



W kuflu pieni się słomkowy płyn, tak niewiarygodnie jasny i sklarowany, że przypomina raczej ice-lagery niż klasyczne pilznery. Piana niestety nie zdążyła specjalnie owładnąć powierzchni, a w zapachu wyraźnie da się odczuć DMS. Pierwszy łyk przynosi znudzenie i rozczarowanie. Piwo jest mało treściwe, bez charakterystycznych dla słodu pilzneńskiego aromatów - chlebowych czy miodowych, zaledwie gdzieś na horyzoncie majaczy coś co ogólnie można by nazwać szeroko słodowym tłem. Jak na deklarowany ekstrakt trochę to za mało. Oczywiście podobnie jak w zapachu w smaku nuty maślane również są zauważalne, a w połączeniu z dość intensywnym chmielem, tworzą mieszaninę niezbyt atrakcyjną.
Goryczka jest tutaj ślamazarna, przyciężkawa i zdecydowanie za tępa, egzystuje poza trunkiem, jakby wysforowanie się przed orkiestrę było jej ulubionym zajęciem. Ponadto zanika dość szybko, finisz rachitycznie ględzi o pójściu do domu, a degustatora łapie w kleszczowy uścisk rutyna. Mało to się różni od eurolagerów, walor pijalności także niewielki, a by się "przydymić" dla zapomnienia są zdecydowanie lepsze trunki. Pomiędzy C a C+, ale z uwagi na długi i męczący lot C+ :) 
4.1 vol / C+

wtorek, 18 grudnia 2012

Ferdinand Sedm Kul

Kolor miedziany jak u klasycznego angielskiego bittera, do tego niezłe wysycenie i piana obfita w kolorze ecru. Zapach zdradza słodową proweniencję i wprowadza w lekki niepokój zważywszy jeszcze na zawartość cukru w składnikach. Czyżby czekał na nas przesłodzony ulepek? I cóż ma oznaczać, że Siedem Kul to piwo ziołowe, jak chce jedna z informacji na etykiecie? W każdym razie pod względem wizualnym jest wyjątkowo pięknie i zachęcająco, także zapach pomimo jednostronnego charakteru jest całkiem przyjemny.

Pierwszy łyk i zagadka rozwiązana. W kuflu czai się ciekawy polotmavy trunek (niby vienna lager, ale filuternie przełamujący styl), w którym mocne i głębokie nuty słodowe toczą walkę z goryczką, choć zdecydowanie bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie, że to symbioza. To co odpowiada za słodszą stronę trunku, to karmel, delikatne, suszone owoce, pełnia słodowego aromatu, z miodowo-kwiatowym echem. Od niebiańskiej słodyczy aż wiruje na podniebieniu i wtedy wkracza zdecydowana, lekko ściągająca  goryczka, czyniąc rzadko spotykaną woltę w charakterze trunku. Goryczka wybrzmiewa w bardzo długim finiszu, a jej ziołowość, intensywność i moc tworzą ze słodowym echem całkiem niezłe duo, które nie chce zakończyć występu.

Siedem Kul to piwo wybitnie deserowe, pełne, gęste i mocno aromatyczne. Zarówno zwolennicy słodu jak i wyraźnej goryczki znajdą tu coś dla siebie. Połączenie jest jednak na tyle odważne i dwugłosowe, że niejeden degustator może skonfundowany podkulić ogon i zapytać: dla kogo ten słodko-gorzki koktajl? Dla mnie jak najbardziej. Browar Ferdinand nie wypuszcza tuzinkowych produktów, starając sie przy tym by jego trunki trzymały wysoką jakość.

Uwaga! Polotmave idealnie się przyswaja i pomimo niezbyt wysokiej (jak na trzynastkę) zawartości alkoholu, miłe ogniki wzniecane przez wszędobylskich psotników, łechcą nasza głowę :)
Skutečne pivo (czyt. prawdziwe piwo), to w tym przypadku całkiem adekwatna informacja i chyba po raz pierwszy pomyślałem, że taki baner na etykiecie nie musi być tylko czczą pisaniną.
5.5 vol / B+

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Bastard

Zakrętka typu twist off otwiera nam pięknie bursztynowy płyn, którego aromat niesie przyjemne chlebowe i słodowe komponenty. Wysycenie całkiem spore, jednak ulatnia się nazbyt szybko, a wraz z nim znika na powierzchni rachityczna piana. Z etykiety łypie na nas czerwonym okiem emotwarz, człowieka androgenicznego. Piekielne ognie niczym diabelskie języki liżą jej oblicze. Bastard czyli hmm... powiedzmy drań, jest słodki (trochę jak tytułowy bohater jednego filmów Woody Allena) a goryczka daleko w tle dopełnia całości.

Zaiste dziwny to produkt, gdyż cała oprawa wydaje się ukłonem w stronę młodego pokolenia i zdąża w stronę trunku z niecodziennym charakterem - świadczą o tym zarówno hasła reklamowe (nieco żenujący Cool beer from hell) jak i mocna nazwa, ale w gruncie rzeczy otrzymujemy wzmocnionego pilznera w typowym dla Pivovara Herold, zestawieniu. A więc wybitny słód (wsparty dodatkowo nie wiedzieć czemu cukrem) i dopiero potem cała reszta. Jednak w porównaniu z tradycyjną rodziną piw z Brzeźnic - nomen omen - Bastard, zawodzi i jest wyraźnie gorszy. Wspomniany słód zawiera nuty chlebowe, trochę siana, śladowo miód, wyraźnie chlebowych naleciałości i niewielki "wspomagający" DMS. Chmiel łagodny i wyczuwalny, ale jest go jak na lekarstwo, przy dłuższym obcowaniu z trunkiem słodycz zaczyna przyciężkawo brzmieć, a nawet przynudzać, choć późnojesienne popołudnie sprzyja tego rodzaju trunkom. Brak piany i wysycenie, które tak szybko zniknęło jak mocno się zaczęło, nie dodają całości skrzydeł. Wysoka zawartość alkoholu daję się odczuć jedynie w głowie, a nie na języku i to trochę ratuje ocenę. Niemniej jednak Bastrad to zaledwie ciekawostka z tradycyjnego browaru, który próbuje podążać za trendami rynkowymi. W tym przypadku niespecjalnie z powodzeniem. Zważywszy na cenę i ilość piwa (butelka 0,33 l) lepiej zdegustować tradycyjną linię Herolda. I co z tego że jest B-?
6.1 vol / B-

Książęce korzenne aromatyczne

Można być dumnym ze swojej religii i zamiatać pod dywan wstydliwe epizody. Można być dumnym z Boga i udawać, że teodycea nie kuleje. Można być dumnym ze swojego nałogu (znam takich). Można być dumnym ze swojego kraju (takich już tysiące). Można być dumnym ze swojej zaściankowości, wynosząc na piedestał swoje wady i przywary. Można hodować na stole serwety, a na podłodze birmańskie dywany. Można na święta myć okna i wietrzyć pościel. Można nie czytać książek zasłaniając się brakiem czasu. Można myć auto co tydzień i parkować sobie pod oknem dla złudnego bezpieczeństwa. Można być dumnym ze swoich ciasnych horyzontów. Można hołubić własne resentymenty. Można udawać, że niewidzialna ręka rynku umie naprawić świat, można w konsekwencji ignorować to co doprowadziło do wojny. Można lekceważyć pisarzy i artystów tylko z tego powodu, że nie podzielają naszych politycznych poglądów. Można udawać bohaterstwo, krzycząc z trwogi. Można wymachiwać flagami kiedy w głowie uwiera ciasny mózg, a potrzeba jest surowej pracy. Można wierzyć, że nagroda spotka cię po śmierci (choć nawet za życia niezbyt na nią zasłużyłeś). Można udawać, że tutaj jest świat nie gorszy niż tam i że nie mamy czego się wstydzić. Można tuszować karłowatość i pod niebiosa wynosić walkę za wolność waszą i naszą. Można przywdziewać maskę moralizatorską trzymając po biblijnemu rodzinę pod butem. Można udawać światowca, tylko dlatego że posiadło się zdolności językowe, z kulturą być jednakowoż na bakier. Można w końcu opiewać same zalety ignorując, że są podszyte niewybaczalnymi wadami. Można udawać że korzenne aromatyczne jest piwem.

PS To nie jest recenzja Książęcego Korzennego (po dwóch łykach zasilił on bowiem trzewia mojej kanalizacji), a jedynie refleksja nad rodzimą próbą dorównania europejskim standardom. Choć nie wiadomo po co te wysiłki, skoro ta przeklęta Europa jest be, a nas stać na dużo więcej...
5.0 vol / C

wtorek, 11 grudnia 2012

Taxis

W czasach dzieciństwa stereotyp Czech utrwalało wiele zjawisk osadzonych w kulturze popularnej, przyjętych u nas jak wizytówki krainy zza południowej granicy. Jedną z nich była Wielka Pardubicka - bodaj najtrudniejsza z gonitw terenowych dla koni na świecie. A na pewno w Europie. Nie było chyba wśród moich rówieśników nikogo, kto nie kojarzyłby widoku olbrzymiego rowu wypełnionego wodą i wpadających doń rumaków poganianych przez niewysokich, ale wystarczająca zdeterminowanych dżokejów, dla których wspomniana przeszkoda jawiła się niczym najważniejszy w życiu test, którego oblanie mogło oznaczać niezmywalną plamę na honorze. Widok dla jednych fascynujący, dla innych przykry, niemniej jednak na trwale zapisany  w obrazie Czech. Po tym przydługim wstępie, który stanowi preludium do innej atrakcji Pardubic - lokalnego browaru Pernstejn, przechodzę do opisu jednego z ich flagowych trunków. Jego etykietę zdobią - a jakże - galopujące konie, i trudno się dziwić takiemu wyborowi w kontekście tego co napisałem powyżej. Każdy chwali się tym co najbardziej znane.

Zapach tu mamy lekko zbożowy, z miodowymi nutami i minimalnym drożdżowym echem. W sumie całkiem przyjemne zestawienie. Kolor bursztynowy zawładnął na dobre kuflem. Piana niewielka, wysycenie całkiem spore.
Smak wybitnie słodowy, ze szczególnym naciskiem na "wybitnie", gdyż jakość tego elementu zdaje się być niepodważalna. Szerokie spektrum słodowości zawiera aromaty zbożowe, chlebowe, trochę siana, odrobina miodu, kwiatowo-ziołowe nuty i minimalny diacetyl podbijający całość. Goryczka ledwie zaznaczona, w finiszu wyraźniejsza, nieco pestkowa i całkiem długo wybrzmiewająca. Po dłuższej chwili ściąga podniebienie, zmuszając do kolejnego łyku niosącego łagodzący słód. Trudno to piwo nazwać sesyjnym - podwyższona zawartość alkoholu i wysoki ekstrakt raczej do tego nie skłaniają, a jednak z łatwością wyobrażam sobie spędzenie z Taxisem upojnego wieczoru. W całej rozciągłości tego słowa, gdyż alkohol przyswaja się momentalnie i ulatuje on niczym opar przez warstwy organizmu wprost do głowy.
Szukając po sklepowych półkach alternatywy dla klasycznych czeskich pilznerów spożywanych każdego dnia, warto skusić się na mocniejszą wersję złocistego trunku z Pardubic.
6.0 vol / B+
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...