niedziela, 4 listopada 2012

Permon India Pale Ale P.I.P.A

Permon IPA czyli P.I.P.A to czeska wariacja na temat brytyjskiego stylu. Miałem okazję degustować ten trunek zarówno z kija jak i z butelki. Poniżej kilka refleksji z tych dwóch wydarzeń.

Odwiedziwszy praską knajpę Zly Casy (tutaj kilka słów o tym miejscu), na pierwszy ogień wybrałem złocisty trunek, którego cena, choć wcale nie niska, nie przyprawiała o zawrót głowy. Przede mną w kuflu pojawił się bursztynowy, sklarowany płyn, cieszący oko urodą, z niewielką pianą i takim też wysyceniem. Butelkowany odpowiednik powiela te cechy jedynie w kolorze, prezentując lekko zmętniały płyn o nad wyraz obfitej pianie i dość potężnym wysyceniu. Lana wersja została wyposażona w chmielowy zapach z ziołowym tłem, w wersji butelkowej, te aromaty występują nieco mniej intensywnie. W obu przypadkach słód bardzo delikatny i "panoramiczny", czyli stanowiący szerokie tło dla tego, co w tym stylu charakterystyczne: dość dużej dawki głębokiej goryczki, która jednak nie jest zbyt nachalna. Charakterystyczne dla amerykańskiego cytrusowo, żywiczne nuty, w przypadku P.I.P.Y schodzą na odległy plan, bardziej eksponując goryczkę jako taką, a aromat jedynie sygnalizując. Takie rozwiązanie przybliża ten trunek bardziej do wyspiarskiej rodziny niźli tryskających żywotnością amerykańskich kuzynów, pomimo - jak zaznaczył producent - użycia amerykańskich odmian chmielu. To kolejny przedstawiciel czeskich IPA próbujący zachować europejski profil (Jubiler Amber IPA)

Wersja butelkowa w odróżnieniu od beczkowej siostry, naznaczona została niezbyt szczęśliwą kwaśnością, która siłą rzeczy obniża końcową ocenę, a została sprowokowana być może na zbliżający się termin przydatności do spożycia. Niemniej jednak do końca wyznaczonego jej czasu jeszcze trochę zostało, więc takich mankamentów piwo mieć nie powinno.

Permon IPA to całkiem udany specjał, zwłaszcza w wersji lanej i śmiało mogę go polecić entuzjastom brytyjskich trunków. Do tego niebanalna etykieta i aura egzotyki pośród morza pilznera lejącego się w tysiącach czeskich gospód. Piwo niemal sesyjne stworzone w celu alternatywnej pubowej degustacji przez cały wieczór. Sprzyja temu niewysoki ekstrakt (jak na styl) 14 stopni Blg i akceptowalna w takich przypadkach zawartość alkoholu. Smacznego!
5.7 vol / B+ (butelka B)

sobota, 3 listopada 2012

Pilsner Urquell

Pilsner Urquell obchodzi 170 lecie swojego istnienia, a w dobie marketingowych akcji, nic tak nie wzmacnia wizerunku jak okolicznościowe produkty. Oczywiście kiedyś podobne akcje również nie należały do rzadkości, ale z reguły organizowane były w jubileusze bardziej okrągłe.
Dygresja: czy ktoś jeszcze pamięta rok 1956 i setną rocznicę Browaru Żywieckiego? Z opowieści mojego ojca wyłania się arena przepełniona dantejskimi scenami.

Pilsner Urquell, zwany w ojczyźnie Pilsner Prazdroj, to browar i marka niemal mityczna. Kamień milowy, a będąc bardziej drobiazgowym - kamień węgielny najpopularniejszego stylu piwa na świecie. O genezie stylu i historii browaru przeczytacie bez trudu w annałach internetu, zatem pozwolę sobie przejść od razu do sedna.

Jubileuszowa edycja Prazdroja została opakowana w nietypową, litrową butelkę zamykaną krachlą. Zdobi ją adekwatna, gustowna etykieta, a całość wpakowano - wzorem ekskluzywnych trunków w tekturowe pudełko. Całkiem to ładne i przyjemne. Z informacji wydrukowanych na opakowaniu dowiadujemy się, że piwo ma 11.8 procent ekstraktu i 4.4 procent alkoholu. Dystrybutorem na terenie Polski tej światowej marki jest Kampania Piwowarska, a swego czasu pilzneńskie piwo było także warzone (oczywiście na licencji i pod nadzorem) w naszym kraju. Od tego czasu pojawiła się opinia, że polski odpowiednik nie dorastał nawet do pięt pierwowzorowi, a zaprzestanie produkcji w Poznaniu spowodowane było drastycznym spadkiem jakości trunku i zanikającym splendorem wśród odbiorców. Produkcja wróciła za południową granicę. W rzeczywistości przeniesienie produkcji spowodowane było bardziej prozaicznymi przyczynami (koszty, koszty). Kwestia jakości również nie do końca odpowiada obiegowej opinii (ponoć w ślepych testach degustatorzy nie znajdowali różnic), ale nie mnie się wypowiadać w tej kwestii, gdyż Urquell nie znajdował się w kręgu moich zainteresowań. Niemniej jednak ten ikoniczny browar obrósł w Polsce w szczególny rodzaj mitologii, wzmacnianej dodatkowo przez różnej maści wyrocznie odsądzające od czci i wiary wszystko co popularne.



Otwieramy tę potężną butelkę i przelewamy zawartość do kufla. Oczom ukazuje się przepięknie sklarowany płyn, w kolorze szczerozłotym. Piana całkiem spora, idealnie biała i drobnoziarnista. Wysycenie zdecydowane, objawiające się nieustannym przemierzaniem pęcherzyków gazowych w górę toni. Są one przy tym tak mikroskopijne, że oko w czasie ich obserwacji doznaje lekkiej fiksacji. Zapach minimalny, nieco przeciętny, niczym się nie wyróżnia. Przed nami najważniejszy test: smak. Podniebienie wypełnia bukiet wzorcowego pilznera. Mamy tutaj głęboką goryczkę, charakterystyczną dla czeskich chmieli, nieco ziołową, grapefruitową, odważnie wytrawną, którą uzupełnia najczystszy, niemal przezroczysty słód. To uzupełnienie jest zaledwie próbą równoważenia, gdyż nie stara się wyjść przed szereg. Goryczka długa i bezlitośnie podkreślająca walory całości. Pilsner Urquell to znakomite sesyjne piwo, potwierdzające swój światowy splendor. Nie jest piwem "arystokratycznym", bliżej mu do walki o środek, wykuwanie wzorca niż przełamywanie schematów i zaszczepianie piwowarskiego kunsztu nutami szaleństwa. Jednakże czego oczekuje czeski konsument, dla którego piwo to nieustanny towarzysz dnia? Zapewne trunku nienachalnego, uwydatniającego raczej moment i okoliczności  degustacji, niż niecodzienne walory samego piwa. Bardzo mocne B. A zważywszy na kontekst nawet B+.
4.4 vol / B+

środa, 31 października 2012

Black Hawk Nomad

Black Hawk Nomad to drugi przedstawiciel z czeskiego browaru kontraktowego, uwarzony w stylu ciemnej IPA i chmielony amerykańskimi chmielami. Mówiąc krótko stylowy oksymoron czyli Black AIPA. Z etykiety spoziera w naszym kierunku jastrząb jakby chciał oznajmić wszem i wobec, że nie będzie łatwo, a kompromisy to sobie wsadźcie w.... Ale czy może być inaczej jeśli ojcami chrzestnymi piwa są prascy gracze futbolu amerykańskiego?

Po przelaniu do kufla oczom ukazuje się całkowicie czarny płyn z obfitą ,jasno brązową pianą, z całych sił oblepiających szkło i niesłychanie długo utrzymującą się na powierzchni. Zapach sosnowy, żywiczny i cytrusowy w czym zasługa chmielu Citra, Columbus i Centennial. 17- procentowy ekstrakt siłą rzeczy niesie ze sobą treściwość i jest to jedna z cech charakterystycznych piwa. Nie jest jednak ona męcząca, wydaje się świetnie równoważyć potężny chmiel, który piwowarzy zafundowali nam nie bacząc na jakiekolwiek utyskiwania. Róg chmielowej obfitości  w początkowej fazie zdecydowanie dominuje, ale gdy pierwsze wrażenie opada, ujawniają się nam dodatkowe i trochę niespodziewane atuty - całkiem udana i pełna słodowość, z minimalną nutą palonego zboża. Jednak to oczywiście goryczka wiedzie zdecydowany prym, dudniąc na długo w bukiecie, atakując początkowo iglastym aromatem by niemal nieskończenie wybrzmiewać w twardym, męskim finiszu odnoszącym się wprost do grapefruitowych pestek. Przy okazji swojej sytości jest to trunek niezwykle pijalny - choć trudno nazwać go sesyjnym ze względu na wysoki voltaż podporządkowujący zmysły niemal po pierwszym łyku - mimo to bez zbędnego wysiłku kilku twardzielom uda się spędzić przy nim miłe popołudnie po przegranym meczu :).

Black Hawk to całkiem udana receptura, w całej swej istocie odwołująca się do jankeskiej stanowczości charakteryzującej tamtejszy chmiel i akcentująca kojące i rozleniwiające właściwości słodu. Porównując jastrzębia do swobodnego jeźdźca, drapieżnik wygrywa bezkompromisowością i surowością amerykańskich lasów porośniętych bezkreśnie sosnami, świerkami, czy też modrzewiami. Zazwyczaj łatwiej je przemierzyć na skrzydłach niż chopperem. Polecam koneserom męskich (jakże nie lubię tego zwrotu) trunków. Uwaga! co słabsze konstytucje mogą już po pierwszym kuflu oddać się błogiemu uspokojeniu, wywołanemu przez obezwładniający alkohol.
6.8 vol / B+

wtorek, 30 października 2012

Vyškovský Březňák

Vyskovsky browar to nie tylko opisywane na tym blogu piwa specjalne - jak chce strona internetowa nazywając kolekcję piw górnej fermentacji - to także, albo przede wszystkim klasyczny, poczciwy pilzner - król czeskich stołów.

Niefiltrowany Breznak to svetly lezak premium, a więc prawdopodobnie dvanactka (choć ekstraktu nie udało mi się odnaleźć ani na etykiecie, ani na domowej stronie, sklepy podają taki właśnie ekstrakt). Zapach przyjemnie słodowy, uzupełniony chmielowymi nutami. Płyn rzeczywiście mętny, ale jest to mętność zdrowa i efektowna. Piana idealnie biała, początkowo średniej wielkości, po chwili opadła zaznaczając jedynie swoją obecność pod postacią cienkiej firanki dryfującej na powierzchni. Wysycenie całkiem spore co wybitnie wpływa na orzeźwiający charakter trunku. Kolor złoty zachęca do konsumpcji. Smak ujmujący miodowym słodem i grapefruitową oraz ziołowością chmielu. Goryczka początkowo zrównoważona, nienachalna, raczej uzupełnia pełną słodowość bukietu niż stara się ją całkowicie zdominować. Im dłużej jednak smakujemy Vyskovskiego pilznera tym chętniej odsłania on mistrzostwo swojego nachmielenia. Jakby zamiarem sladka było tak dyskretne doprawienie warki, aby na pierwszy ogląd  nie zniechęcała ona co wrażliwszych gardeł. Niemniej jednak całą swoją moc chmiel uwalnia na samym końcu. Finisz niezwykle głęboki i intensywny rekompensuje wszystkim miłośnikom chmielu początkową delikatność (a dla zwolenników łagodności już jest za późno na skargi :). Najpierw potężna dawka panoszy się na podniebieniu, by pod koniec dopuścić do głosu także słód. Wracając do tego ostatniego - oprócz lekkich miodowych nut, wyraźnie daje się wyczuć owocowe estry na wzór belgijskich ejli. Całkiem to ciekawy pomysł i wynika chyba z dodatku karmelowego słodu. Taki zabieg dodaje Breznakowi niezwykle chwytliwego posmaku, który nie pozwala o nim zapomnieć.

Piwo w całości jest wyważone - jego treściwość nie przytłacza, ale gęsta faktura wystarczająco syci. Alkohol przyswajamy idealnie, pełzająca moc obezwładnia już po połowie kufla i równie szybko popuszcza by wrócić ze zdwojoną siłą przy kolejnych porcjach. Jeśli szukacie czego naprawdę wyjątkowego i nieoklepanego, rekomenduję Breznaka. Pilzner z nutką szaleństwa, który dzisiaj oczarował mnie swoją niepospolitością. Czy wynika to z rzeczywistego waloru czy z jesiennego osłabienia zmysłów spowodowanego początkiem przeziębienia? Bez względu na te dywagacje jest to piwo godne zapamiętania i polecenia.
5.2 vol / A-

poniedziałek, 29 października 2012

Easy Rider Nomad

 Pivovar Nomad, to kolejny przedstawiciel czeskiego odłamu latających browarów. Z manifestu tudzież deklaracji opublikowanego na domowej stronie internetowej (ciekawostka - jest także polska wersja językowa), można się dowiedzieć o idei przyświecającej fundatorom (oklepanej, wiec przytaczać nie warto) i planach na przyszłość (zagraniczne wojaże w celu warzenia w różnych miejscach). Nic oryginalnego, już to wszyscy przerabialiśmy. Ja raczej skłaniałbym się do premiowania osiadłych piwowarów, warzących na własnym sprzęcie, systematycznie i metodycznie podnoszącymi kulturę piwną swojego regionu, ale projekty w stylu Nomada w niczym mi nie przeszkadzają, wzbogacając piwosferę. W końcu liczy się nie rodowód, ale piwo.

Easy Rider to APA, czyli American Pale Ale, rodzimy odpowiednik wyspiarskiego ejla, uwarzony w północnoamerykańskiej scenerii. Oczywiście w nozdrza uderza leśno-żywiczno-cytrusowy aromat, charakteryzujący profil tamtejszego chmielu. Owa zapachowa wizytówka stała się już tak rozpoznawalna, że nawet najwięksi laicy zaczynają wzruszać ramionami, traktując tę wyjątkowość z mniejszą nabożnością niż pół roku temu. Poza snobizmem pozostają bowiem upodobania, a te nie zawsze idą w parze z "leśnym" chmielem. Nie w moim przypadku. Kolor trunku jasno bursztynowy, mętny z dużym wysyceniem. Piana całkiem obfita i trwała, apetycznie oblepia szkło. Osad drożdżowy na dnie świadczy o refermentacji w butelce. No cóż... w Czechach można sobie uwarzyć domowymi sposobami warkę i wprowadzić ją do obrotu.


Dla jako tako obytych z gatunkiem piwoszy, smak Easy Ridera nie może zaskoczyć - mamy tutaj typowego ejla chmielonego na amerykańską modłę. Jak wynika z opisu (i aromatu oczywiście) główne skrzypce gra chmiel Chinook i Willamette. Wyraźnie daje się także zauważyć chmielenie na zimno. Słód śladowy, zaznaczony jedynie, ale przełamujący monotonność goryczki. Lekka kwaśność momentami dopełnia całosć, chwilami lekko nuży. Finisz niedługi, iglasto-sosnowy. Czy jest to piwo pijalne jak chce opis ze strony internetowej? Z pewnością z myślą o tej cesze został on uwarzony. Dwunastoprocentowy ekstrakt, odfermentowanie do 4.8 vol czyni z tego specjału lekkie piwo z charakterem. Orzeźwiające chwile zapewnia wysycenie i chmiel. do 3 kufelków z pewnością można dojść, powyżej może być zbyt jednostronnie. Niemniej jednak skuchy nie ma. Solidne B.

PS W lodówce czeka jaszcze Nomad Black Hawk czyli piwo w stylu Black India Pale Ale. Oprawa graficzna tych piw została uproszczona do liternictwa i loga. I chociaż bardzo lubię taki minimalizm, o jego powodzeniu decyduje dobór kroju pisma i ogólny układ czy też kolor. Jednym słowem wbrew pozorom stworzyć udaną etykietę, na której z pozoru nic nie ma, jest tak samo trudno jak w przypadku innych grafik. Ta sztuka nie do końca wyszła Nomadowi.
4.8 vol / B

sobota, 27 października 2012

Kolekcja Specjalności Książęcego

Nie mam w zwyczaju bazować jedynie na własnych odczuciach i doświadczeniach, szczególnie kiedy kwestia dotyczy ogólnie pojętej piwologii. Oczywiście staram się jednocześnie nie ulegać kolegom po piórze, tworząc raczej skromna kronikę mojego ritual de lo habitual niż busolę nastrojów i trendów codzienności.  Nawyk konsumpcji spienionego specjału jest mój, więc i te wpisy odzwierciedlają raczej mapę jego ekspansji i reperkusji , a nie reakcję na opinie innych. Niemniej jednak, w przypływie skonfundowania zdarza mi się zerknąć do sieci by za pomocą guglowego ustrojstwa, wybadać co zacz. Szybka prasówka utwierdza mnie w przekonaniu, że już samo pisanie o akcji Kampanii, a także wprowadzenie jej nowych produktów do blogosfery powinno być sukcesem. Jest to oczywiście wynik odruchu wdzięczności, który w profesjonalnych relacjach nie powinien mieć miejsca. Ale my przecież jesteśmy jedynie pasjonatami wyposażonymi w ludzkie namiętności. Dlatego też możemy przez moment zaniżyć standardy i pochylić się nad trzema tyskimi muszkieterami by pomóc im wgramolić się w krąg naszych zainteresowań.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...